Dzielimy się informacjami, doświadczeniami narosłymi wokół programu 12 Kroków i stosujących go, by wymieniać je i by dać szanse zdobycia o nich wiedzy nieuzależnionym.

"Byłem poniżej dna"
Krzysztof Jaryczewski dla Newsweeka


Piosenkarz, muzyk rockowy, były lider zespołu Oddział Zamknięty.

Gdybym dłużej pożył tak, jak żyłem, dołączyłbym do klubu, w którym teraz jest Amy Winehouse – mówi były lider zespołu Oddział Zamknięty Krzysztof
Jaryczewski.


Newsweek: Zdziwiła pana śmierć Amy Winehouse?
Krzysztof Jaryczewski: Niespecjalnie. Chociaż myślałem, że z tego wyjdzie. Parę osób już się w ten sposób pożegnało z tym światem.

Newsweek: Pan też tak mógł skończyć.
Krzysztof Jaryczewski: No, robiłem wszystko, żeby właśnie tak się stało. Tylko zakładałem, że dożyję do trzydziestki.

Newsweek: O, to długo. Dlaczego muzycy tak łatwo wpadają w nałogi?
Krzysztof Jaryczewski: Słyszałem, że szewcy, hydraulicy, biznesmeni i dziennikarze też.

Newsweek: W narkotykowe?
Krzysztof Jaryczewski: A, o tym pani myśli? Chociaż coraz więcej naukowców mówi, że alkohol to narkotyk, bo działa na te same receptory, są prawie te same mechanizmy uzależnienia. To tylko kwestia substancji. Często narkomani przestają brać i zaczynają pić albo odwrotnie. Podobno – jak to określił Wiktor Osiatyński – to jest skaza pierwotna, na osobowości, na charakterze. Polega ona na tym, że się kompulsywnie robi różne rzeczy. Myślę, że uzależnienie to cecha umysłu powodująca, że się chce sięgać nawet nie dna, tylko spodu, włazić pod ten spód.

Newsweek: I pan właził?
Krzysztof Jaryczewski: Właziłem. Pamiętam, że kiedy zaczynałem pić, a miałem wtedy ze 14 lat, to nie było stop. Piłem do końca, do spodu właśnie. Początkowo wszystko wygląda niewinnie, bo to są tak zwane urwane filmy, mniejsze lub większe zatrucia.

Newsweek: I młodym ludziom w szkołach mówi pan, że początki są niewinne, że od kilku piwek się nie uzależnią?
Krzysztof Jaryczewski: Przecież taka jest prawda. Dodaję też zawsze, że alkohol może się spodobać, działka dragów też i można przepaść.

Newsweek: Panu się spodobało?
Krzysztof Jaryczewski: Pamiętam pierwszą alpagę wypitą z kumplami. Po wszystkim jechałem windą z taką babą, sąsiadką jakąś, której po prostu nie trawiłem. A po tej alpadze wydała mi się niezwykle sympatyczną kobietą. Nawet do niej zagadałem. Cieszyłem się, że znalazłem skuteczne lekarstwo na swoje blokady, nieśmiałość, stany depresyjne.

Newsweek: Alkohol lekarstwem dla nastolatka na stany depresyjne?
Krzysztof Jaryczewski: Miałem swoje smuteczki i zacząłem je znieczulać. Pytała pani o środowisko muzyczne, dlaczego muzycy tak łatwo wpadają w nałogi. Jeśli mają konstrukcję psychiczną podobną do mojej, to znaczy, że są wrażliwcami. To ludzie często nieśmiali, nieradzący sobie z popularnością. Nie znałem Amy Winehouse, ale wydaje mi się, że była nadwrażliwa, a przy tym bardzo zdolna. I dlatego sięgała po różne rzeczy. Tak mają ludzie, którym wydaje się, że nie pasują do tego świata, że są z innej bajki.

Newsweek: A pan z jakiej jest bajki?
Krzysztof Jaryczewski: Kosmicznej. Z kosmosu jestem po prostu. Już jako dzieciak miałem takie wrażenie. Czułem, że nie pasuję, że ktoś mnie moim rodzicom podrzucił. Miałem wrażenie, że jestem za szybą i żeby nie zwariować z tej samotności, przełamać lęk przed innymi, zwłaszcza przed kobietami, nie mówiąc już o publicznych występach, piłem, a potem brałem. Pamiętam, jak mój starszy brat, który również jest muzykiem, a który widział, co się dzieje w Oddziale Zamkniętym (zawsze na scenę wychodziłem pod wpływem używek), powiedział: „Uważaj, bo kiedyś bez tego nie wyjdziesz na scenę”.

Newsweek: Olał pan te słowa oczywiście?
Krzysztof Jaryczewski: Oczywiście. Poza tym, co to znaczy: kiedyś? Jakie kiedyś? Nie planowałem dłuższego życia niż do trzydziestki. A kiedy zobaczyłem serial „Czterdziestolatek”, utwierdziłem się w tym przekonaniu. Poza tym wychodziłem z założenia, że w życiu wszystkiego trzeba spróbować. I nie mówię tylko o substancjach. Na scenę wychodziłem pijany albo naćpany, a podczas koncertu za wzmacniaczem zawsze stała flaszka, bo przecież musiałem podtrzymać ten stan.

Newsweek: Winehouse na ostatnim koncercie, w czerwcu, była kompletnie pijana, nie panowała nad sobą, nad tym, co śpiewa. Panu też się to zdarzało?
Krzysztof Jaryczewski: Pamiętam jak przez mgłę koncert na zamku w Malborku, bodajże w 1983 roku. Po pięciu czy sześciu numerach padłem na pysk na scenę. Nie mogłem się ruszyć, choć nie straciłem przytomności. Koncert przerwano. Później koledzy z zespołu zawsze mieli nerwy, bo nie wiedzieli, czy dam radę dociągnąć koncert do końca. Może myślałem, że publiczność i tak zna wszystkie piosenki na pamięć, więc ja na tej scenie jestem zbędny (śmiech). Pierwszą płytę wydaliśmy w 1984 roku, a i tak dwa lata wcześniej ludzie znali cały nasz repertuar. Nagrywali na grundigi koncerty, potem przegrywali jedni od drugich i się kręciło.

Newsweek: Koledzy z zespołu pilnowali pana, zakazywali chlania, dragów?
Krzysztof Jaryczewski: Przecież ja byłem dyktatorem. Nikt nie śmiał podskoczyć. Gdyby menedżer zwrócił mi uwagę, pewnie bym go zwolnił. Na pewno byłem potworem.

Newsweek: Odetchnęli z ulgą, kiedy dwa lata później stracił pan głos?
Krzysztof Jaryczewski: W pewnym sensie tak, zwłaszcza Wojtek Pogorzelski. Potem parę lat się zbierał, ale reaktywował Oddział. A mnie ta akcja z utratą głosu, z chorobami, paradoksalnie uratowała życie. Miałem 25 lat i jeśli jeszcze ze dwa lata pograłbym z Odziałem i tak pożył, to jak nic dołączyłbym do klubu, w którym teraz jest Amy.

Newsweek: Ale nie przestał pan używać alkoholu i narkotyków?
Krzysztof Jaryczewski: Jasne, że nie przestałem. Ale trochę ograniczyłem. Przynajmniej na początku. Nie wiedziałem tylko, że choroba przeciągnie się na 15 czy 16 lat. Myślałem, że przez rok czy dwa odpocznę sobie od Oddziału Zamkniętego, a potem wrócę i uwaga: wszystkim wam, kurwa, jeszcze pokażę, co potrafię!

Newsweek: Miał pan odłożone pieniądze?
Krzysztof Jaryczewski: Kasa do odpoczynku nie jest aż taka potrzebna. Poza tym umiałem zarobić w inny sposób – hazardowo grałem w karty. To był mój kolejny nałóg. Chodziłem też na wyścigi konne. A jak nie miałem na picie i dragi, to na przykład zastawiłem naszą Złotą Płytę na jakiejś mecie. Dostałem za nią dwie flaszki. Manipulowałem ludźmi i robiłem wszystko, żeby zdobyć substancje, od których byłem uzależniony. Nawet w stosunku do mamy posunąłem się do szantażu, że sobie życie odbiorę, jeśli nie da mi pieniędzy. Miałem oczywiście przebłyski, żeby leczyć gardło, bo przecież nie mogłem mówić, szeptałem ledwie.

Newsweek: Dotarł pan do lekarza?
Krzysztof Jaryczewski: Szedłem kilkanaście lat. Przecież trzeba się umówić, potem na tę wizytę dotrzeć i być w miarę trzeźwym, bo lekarz musiałby w gardło zajrzeć, wywiad zrobić. To było dla mnie niewykonalne. Oczywiście trafiałem na odtrucia, detoksy, w sumie pewnie z dziesięć razy. Kiedyś nawet leżałem w szpitalu po jakiejś bójce. Do lekarza od gardła dotarłem w 1999 roku, po 14 latach od utraty głosu.

Newsweek: I przez ten czas nie było przy panu nikogo, kto chciałby panu pomóc?
Krzysztof Jaryczewski: Było wielu. Ale najpierw taką pomoc trzeba chcieć przyjąć. A ja nie chciałem. Miałem zawsze swoje koncepcje, nie wyobrażałem sobie, że pójdę do psychologa i powiem mu, że coś ze mną nie tak, że nie potrafię sobie ze sobą poradzić, że poniosłem porażkę. Nawet najbliższa osoba, czyli żona, nie potrafiła mi pomóc, mimo że jest terapeutką, a pracę magisterską pisała z 12 kroków anonimowych alkoholików. Dopiero kiedy chciała odejść, zacząłem
się leczyć.

Newsweek: Zaszantażowała pana?
Krzysztof Jaryczewski: Nie. Myślę, że naprawdę chciała odejść. Wówczas miałem rzeczywiście długi ciąg alkoholowo-narkotykowy. Żona przyszła z pracy i znalazła mnie bez oznak życia. Wezwała pogotowie, które odwiozło mnie do szpitala, gdzie mnie kilka dni ratowano, a potem przez dwa miesiące odtruwano z tej całej chemii. Przez ten czas nikt ze znajomych mnie nie odwiedził. Na koniec przyszła moja żona i powiedziała, że jest już spakowana, że odchodzi, wyjeżdża, że się poddała. A wcześniej chyba miała misję, żeby Jaryczewskiego wyciągnąć z tarapatów.

Newsweek: Jest jakaś pana zasługa w tym, że jest pan teraz trzeźwym człowiekiem?
Krzysztof Jaryczewski: Największa jest zasługa strachu. Miałem paniczny lęk przed samotnością. I pewnie ten lęk nazywałem miłością. Wszystko było mało związane z rzeczywistością. Przecież przyszłą żonę poznałem, kiedy byłem nietrzeźwy. Brałem ślub, kiedy byłem nietrzeźwy. Zresztą wszystkie trzy śluby brałem
po pijaku albo po dragach. Dopiero po wielu latach, po długiej terapii nauczyłem się żyć bez alkoholu, marihuany, chemii, środków uspokajających.

Newsweek: Na znane wszystkim pytanie: „Stary, ze mną się nie napijesz?” – co pan dziś odpowiada?
Krzysztof Jaryczewski: Że się nie napiję. Bez tłumaczenia. Nauczyłem się odmawiać.

Newsweek: Robi pan prywatki?
Krzysztof Jaryczewski: Tak, ale zapraszam ludzi, którzy wiedzą, że u mnie się nie pije, nie pali. Staram się być ostrożny, ale często gram w klubach, do których ludzie przychodzą wiadomo po co. Po koncercie nie siedzę, nie chłonę atmosfery, bo wiem, że to wciąż niebezpieczne. Pewnie zawsze będzie niebezpieczne. W głowie uaktywnia się ten wirus nałogu nawet pod wpływem odpowiedniej atmosfery. A dzisiaj alkohol by mi w niczym nie pomógł.

Newsweek: Z perspektywy 51 lat żałuje pan tego, co robił sobie przez ponad dwie dekady?
Krzysztof Jaryczewski: Miałem taką fazę. Nie mogłem sobie dać rady ze stratą czasu, który przepiłem, przećpałem. Nie umiałem tego przerobić na tych wszystkich terapiach. Chociaż z drugiej strony wiem, że wtedy też się zdarzyło wiele fajnych rzeczy.

Newsweek: Na przykład wtedy, gdy fani zablokowali ulicę Nowy Świat, bo chcieli, żeby Oddział Zamknięty podpisał im płytę. To było w 1984 roku.
Krzysztof Jaryczewski: Na przykład. A wie pani, że te tłumy i nas w tych tłumach zarejestrowała wtedy telewizja austriacka? Dobrze, że mogę to teraz na trzeźwo obejrzeć, bo wtedy nie bardzo kontaktowałem. Oczywiście teraz śmieję się z różnych sytuacji, demolek w hotelach, jeżdżenia na froterkach, rzucania galaretą w tresowane pudelki dające występ dla gości jakiegoś nocnego dancingu… Z drugiej strony to było żałosne.

Newsweek: Byliście porównywani do Rolling Stonesów…
Krzysztof Jaryczewski: Tak, tak. Tylko Mick Jagger dziś skończył 68 lat i świetnie się trzyma. Choć ćpał i pił. Ja też chciałem tak jak on: trasa, koncerty, panienki, alkohol i dragi. Kiedyś było sex, drugs & rock’n’roll, a teraz jest love, pax i rock’n’roll.

Newsweek: Wszystkiego pan spróbował?
Krzysztof Jaryczewski: Amfetaminy nie próbowałem. Ale brałem kokainę, a to ma podobne działanie. Marihuanę zapaliłem pierwszy raz w klubie Remont, jeszcze w liceum. I dostałem tak w dekiel, że nie wiedziałem, jak się nazywam. To był paniczny napad lęku. Wielu ludzi to odstrasza i więcej nie palą. Ja się jednak nie wystraszyłem. Znalazłem niedawno kalendarzyk kieszonkowy z czasów liceum, w którym zaznaczałem krzyżykami dni, kiedy jestem trzeźwy. I tylko raz zdarzyło się, że dziesięć dni z rzędu nie piłem, nie paliłem, nie wąchałem.

Newsweek: Czyli już wtedy pan wiedział, że coś jest nie tak, że to jest niebezpieczne?
Krzysztof Jaryczewski: Przecież głupi nie jestem. Czułem, że piję nienormalnie i gdzieś intuicyjnie – bo wiedzy na ten temat nie miałem prawie żadnej – wiedziałem, że to mnie niszczy. A mimo to brnąłem w to.

Newsweek: To była potrzeba autodestrukcji?
Krzysztof Jaryczewski: Ale i intensywności przeżyć. Trawę, samosieję głównie, a trzeba było pół worka wypalić, żeby coś zakręciło, paliłem pewnie codziennie. Odurzałem się różnymi rzeczami: lekami nasercowymi, kodeiną, lekiem na padaczkę, strasznym halucynogenem, po którym widziałem swoje poodcinane ręce i nogi – ale to jeszcze w liceum. Kiedyś postanowiłem uciec na wieś, odpocząć od tego rockandrollowego życia, od tego grania po dwa, trzy koncerty dziennie, i uciekłem do znajomego do Przysieki w okolicach Jeleniej Góry. Jednak nie na długo, bo okazało się, że znajomy zajmuje się tam hurtową produkcją kompotu i zaopatruje narkomanów chyba z całego regionu dolnośląskiego (śmiech). Na gazie stały takie wielkie gary, gdzie towar się gotował, a co chwila dowożono susz. I jak ja miałem się wyciszyć, uspokoić, oczyścić trochę? Jeszcze któregoś dnia kolega powiedział, że idziemy na grzyby i w swojej naiwności byłem przekonany, że naprawdę wybieramy się do lasu. Okazało się, że zaserwował mi grzybki halucynogenne. Chodziłem po tym na uszach.

Newsweek: I teraz ma pan prawo mówić ludziom, że narkotyki są złe, żeby nie brali?
Krzysztof Jaryczewski: Nie mam zapędów misyjnych. Mnie, kiedy byłem dzieciakiem, nikt nie powiedział paru prostych rzeczy, tylko serwowano mi jakieś komunały, farmazony, przy tym traktowano mnie jak dziecko. A człowieka, który ma 15-16 lat, trzeba traktować jak dorosłego, jak partnera i mówić do niego otwartym tekstem. Pamiętam, jak w drugiej klasie liceum przysłano do nas młodą panią psycholog, która mówiła o szkodliwości alkoholu. To był śmiech na sali. Wtedy prawie cała klasa co sobota imprezowała i piła. A rodzice nie rozmawiali, tylko nakazywali albo zakazywali. Jak miałem wierzyć ojcu, który był sportowcem, a wypalał półtorej paczki papierosów dziennie i zakazywał mi palić. Przyzna pani, że był mało wiarygodny.

Newsweek: A pan jak mówi do młodych ludzi?
Krzysztof Jaryczewski: Przede wszystkim, że ich życie to ich wybór. Tłumaczę, że jak zaczną pić, ćpać, to nie mogą mieć do nikogo pretensji, kiedy wylądują na detoksie, a rodzina się od nich odwróci. Staram się nie mówić o sobie, choć jak pytają, to nie mam tajemnic. Pytam ich, jaki mają stosunek do siebie, czy uważają, że są dla siebie kimś ważnym, czy też mają w dupie to, co się z nimi stanie. No i tak sobie gadamy. Czasem godzinami. Pytam też te dziewczyny i chłopaków, czy potrafią stanąć przed lustrem, spojrzeć sobie głęboko w oczy i bez ironii, bez śmiechu żadnego powiedzieć: kocham siebie.

Newsweek: Pan potrafi?
Krzysztof Jaryczewski: Od kilku lat. Ale łatwo nie było. Nie zajmuję się leczeniem uzależnień, bo do tego trzeba być specjalistą. A w Polsce jest bardzo wielu pseudoterapeutów. U nas wystarczy skończyć krótki kurs i już się jest terapeutą. Znam też na szczęście wielu profesjonalistów. Po
13 latach w trzeźwości umiem odróżnić amatorów od mistrzów w swoim fachu.

Newsweek: Kiedyś pan śpiewał: „Zróbmy więc prywatkę, jakiej nie przeżył nikt. Niech sąsiedzi walą, walą, walą do drzwi” albo „Świat w kolorach daje mi. Ja i ona już na zawsze. Andzia”. I to ostatnie to była pochwała gandzi, czyli marihuany?
Krzysztof Jaryczewski: To była opowieść o niej.

Newsweek: Zachęcał pan do brania?
Krzysztof Jaryczewski: Ależ ja i teraz nikomu nie zakazuję. Niech ludzie robią, co chcą. Moim celem jest, by jak najwięcej z nich wiedziało, jakie są tego konsekwencje.

Newsweek: Amy Winehouse śpiewała, że mówią jej, by poszła na odwyk, a ona na to: nie, nie, nie.
Krzysztof Jaryczewski: I co, myśli pani, że tą piosenką namówiła wielu uzależnionych, by nie poszli na odwyk, a ja zalecałem, by pić i palić gandzię?

Newsweek: Właśnie tak myślę.
Krzysztof Jaryczewski: Jeśli tak było, to nie wprost. Amy nie śpiewała: nie idź na odwyk. A ja nie śpiewałem: zajaraj.

Newsweek: Dalej pan śpiewa „Prywatkę” i „Andzię” na koncertach?
Krzysztof Jaryczewski: Oczywiście. Ale może te moje programy antynarkotykowe, te spotkania z młodzieżą, to jest jakaś forma zadośćuczynienia. Na przestrzeni paru lat trochę młodzieży już się przewinęło przez moje spotkania. Na pewno to idzie w tysiące.

Newsweek: Bierze pan za to pieniądze?
Krzysztof Jaryczewski: Biorę. Wydaje mi się, że finansowane jest to z gminnych bądź miejskich pieniędzy. Gram też młodym na gitarze. Trochę śpiewam starych i nowych piosenek.

Newsweek: Czyli wychowuje pan sobie fanów?
Krzysztof Jaryczewski: Mnie się wydaję, że to służy temu, żeby klimat wprowadzić (śmiech). Często śpiewam „Obudź się”, „Andzię” i oni znają te piosenki. Ba, nawet mają płyty Oddziału Zamkniętego, często od rodziców. Poza tym ja teraz sporo gram – mam dwa zespoły: Exces i Jary Band. Młodzi przychodzą i śpiewają ze mną. Wydaje mi się, że piosenki się nie zestarzały.

Newsweek: A pan?
Krzysztof Jaryczewski: A ja mam wrażenie, że właśnie dorastam. We wrześniu z Jary Band wydaję płytę „Trudno powiedzieć” i mam nadzieję, że ludzie też będą ze mną śpiewać nowe piosenki.

Newsweek: Myśli pan, że 13 lat temu dostał pan nowe życie?
Krzysztof Jaryczewski: Gdybym wtedy nie przestał, dzisiaj bym nie żył. Na szczęście przestraszyłem się śmierci. Wcześniej bałem się, że zwariuję i zamkną mnie do końca życia w szpitalu psychiatrycznym. Zacząłem pytać, co zrobić, żeby nie umrzeć. Zadziwiające jest, ile ciało ludzkie może znieść. Przecież poddawałem je tak strasznym katuszom. Po latach spotkałem Zbyszka Hołdysa i obydwaj mieliśmy refleksję, że było duże prawdopodobieństwo śmierci. On też niezbyt łaskawie obchodził się ze swoim ciałem. Dorosłość zawsze kojarzyła mi się z odpowiedzialnością, z odważnym podejmowaniem decyzji, a ja do 1998 roku naprawdę nie byłem odpowiedzialny.

Newsweek: A teraz nawet nie pali pan papierosów?
Krzysztof Jaryczewski: Od ośmiu lat. A nagromadzone toksyny wyrzucam w saunie. Sam zbudowałem tę saunę w ogrodzie i jestem z tego bardzo dumny. Staram się żyć zdrowo.

Newsweek: Ortodoksyjnie?
Krzysztof Jaryczewski: Nie, bez przesady. Colę czasami wypiję.

źródło: Newsweek

dodajdo.com





1 komentarz: