Alkoholizm to choroba, możesz nauczyć się ją kontrolować ciesząc się pełnią życia.


Blog do wynajęcia Blog do wynajęcia Blog do wynajęcia

Felicjańska nie leczy się z alkoholizmu


Po tym, jak w lutym pijana Ilona Felicjańska spowodowała wypadek samochodowy, wyszło na jaw, że była modelka jest uzależniona od alkoholu. Jednak, zamiast poddać się terapii odwykowej, znowu zaczęła bywać na bankietach...

"Jestem osobą nieuleczalnie chorą. Od lat zmagam się z problemem alkoholowym. Chcę się leczyć, ale pragnę również pomagać innym kobietom" - oświadczyła Ilona Felicjańska po głośnym wypadku samochodowym, który spowodowała, będąc pod wpływem alkoholu.

Niedawno gwiazdka otworzyła wraz ze swoim przyjacielem, Hubertem Łusiakiem, Instytut Tożsamości Uzależnień, w którym mają być organizowane turnusy dla alkoholików. Sama jednak jeszcze nie rozpoczęła leczenia.

Jak donosi "Fakt", Łusiak opublikował właśnie oświadczenie, w którym zaznacza, że to on jest właścicielem ośrodka, a Ilona jedynie promuje go swoją osobą. "Ilona (...) sama podda się terapii w odpowiednim czasie" - napisał.

Tymczasem Felicjańska znowu intensywnie oddaje się życiu towarzyskiemu i bywaniu na warszawskich bankietach i imprezach dla celebrytów, na których darmowy alkohol leje się strumieniami.

To chyba nie najlepsze miejsce dla osoby, która od wielu lat jest uzależniona. Przypominamy, że modelka już siedem lat temu próbowała wyjść z nałogu. Z jakim skutkiem - wiadomo.

Więcej na ten temat


>Felicjańska: Jestem uzależniona od alkoholu
>Felicjańska zarabia na nałogu?
>Felicjańska usłyszała wyrok

źródło: Pomponik.pl

dodajdo.com

Bezsilność


I skomląc przejdę przez życie
stronnicza
wypłoszona.
Na koniec jak ryba z wody
wyjęta
wypatroszona.
Poczuję ogrom siły ciało rozpierającej
ustami i nozdrzami wolno wyciekającej.
Bezsilność jest jak kołek tkwiący w starym płocie
spróchniały
wykrzywiony
wyglądem oczy raniący.
Nie zdolnym do działania
poświęceń i miłości
Nie zdolnym do myślenia
starym kołkiem bez przyszłości...


źródło: http://www.alkoholizm.com.pl/forumalko/viewtopic.php?t=2842&start=240



dodajdo.com

Piciorys - życiorys pijaka


Na początku był chaos, chaos był dobry. Potem rozdzieliłem światłość od ciemności - i to mnie zgubiło...

Mam na imię Jarek, jestem alkoholikiem.

Piłem alkohol od kiedy pamiętam. Jak byłem małym chłopcem, rodzice podczas radosnych imprez podawali mi alkohol, by dodać gadżetu do uciechy. Gościom to imponowało, ...takie dziecko! ...a już potrafi... A i mi to pasowało. Byłem fajnie zakręcony i w centrum uwagi ;-) I tak mi zostało...

Ujrzałem sposób na życie. Moi rodzice żyli w takich, a nie innych warunkach. Wokół duża rotacja ludzi. Wciąż nowe twarze. Życie w strachu i przełamywanie się nawzajem. Alkohol służył do tego niczym czarodziejska różdżka. Wszyscy radośni i otwarci, a ja w centrum ;-)

Potem zauważyłem, że to rzeczywiście działa. Zacząłem trzymać się starszych ode mnie. Wkupowałem się załatwianym, dzięki kłamstwu, alkoholem, a wśród rówieśników i młodszych ode mnie byłem kimś ważnym ;-)

Potem sam wyruszyłem pomiędzy ludzi. Rozpoczęła się rotacja wokół mnie. Najpierw szkoła zawodowa. Chłopak, który zapowiadał się na kogoś porządnego, poszedł do budowlanki. Pierwsza własna decyzja. Przeciw rodzicom, nauczycielom, systemowi, a może, tak naprawdę, chodziło mi o piwo na budowie...

Zawodówkę omal nie przepiłem. Na pewno przepiłem zaufanie kilku ważnych i bliskich osób, kilku mniej ważnych i swoje...

Po raz pierwszy zaczynałem się bać siebie. Nie rodziców, szkoły i systemu ale zadziwiającej łatwości dokonywania poważnych błędów. Co ciekawe... pod wpływem alkoholu, który kojarzył mi się z ciepłotą ludzką, zaufaniem, wspólnotą...

Zaczynałem wyraźnie rozumieć, że czegoś w tym wszystkim nie rozumiem...

Być może dlatego tak łatwo było mi odejść z technikum i nie zdać do drugiej klasy. Zaczynała mi towarzyszyć porażka...

Kolejna przeprowadzka. Tym razem do naprawdę dużego miasta. Okna na świat. Kolejni nowi ludzie, zatrudnienie, dorosłość, traktowanie mnie równorzędnie, mimo, że się nie wkupiałem... Byłem, pod tym względem, równiacha ;-) Nie trzeba mnie było namawiać...

Pierwszy raz zobaczyłem, że ludzie mają mnie na uwadze, bo jestem...

Jednak nadal trenowałem swój, poznany za dzieciaka, sposób na życie. Już nie potrafiłem się ocknąć. Wróciłem do szkoły. Tym razem wieczorowej. Pracowałem, dziewczyna, kumple, wielki świat wokół, idea Rastafarianizmu, życia w zgodzie z Bogiem i naturą, odpowiedzialność za babcię i niepełnosprawną ciotkę... Wtedy poznałem zbawienny wpływ klina na życie...

Życie moje zostało uratowane... Przecież tylko dzięki alkoholowi potrafiłem to wszystko ogarnąć, a teraz jeszcze bardziej ;-)

Po roku dojechali rodzice... No i dopiero się zaczęło... Znienawidziłem ich za to, że ukazali mi tę prawdę, którą ukrywałem przed innymi. A inni pomagali mi ją ukryć przede mną samym... Staczałem się szybciutko... W pracy kręcili nade mną głową. Szkoła przepadła. Dziewczyna odeszła. W domu wojna. Koszmar. A na koniec, walka z trzmielami zagnieżdżonymi pod kołdrą...

Porażka. Prawdziwa porażka... A tak pięknie miało być...

Trafiłem do armii. Mówiono tam na mnie uśmiechnięty. Może dlatego, że już znałem cierpienie. Może dlatego że już wiedziałem czego się bać...

W armii przestałem się upijać. Żadnych wielodniówek. Jadłem i spałem spokojnie. Odzyskałem wiarę w siebie i w przyszłość. Przecież nie mogło jeszcze ze mną być tak źle...

Do cywila wychodziłem mając marzenia, plany, chęć do życia. Niedługo zmieniłem pracę. Miałem lepszą i większe pieniądze. Wszystko się układało pięknie - do pierwszej wypłaty...

Wtedy poznałem przyjacielską dłoń drugiego człowieka, bo sam nie byłem w stanie wlać w siebie alkohol... Kolejna porażka. Przepadły marzenia... Plany... Wolność... Potężny cios...

Postanowiłem więc zawalczyć o siebie. Coś przecież było w tym świecie... Dopiero co miałem się ok... Zacząłem polepszać sobie życie. Wywalili mnie z tej pracy, ale wygrałem na tym. Ówczesna kuroniówka i nieźle płatna praca, do tego lewizna... Wszystko było w zasięgu... I przepadło... Ktoś za mnie spłacił długi. Ktoś się zaopiekował, pomógł... Też przepadło...

Ja już przepadłem... Chodziłem po tym świecie i śmierdziałem...

Nic i nikt nie było w stanie wyrwać mnie z tego...

Tylko dlaczego nie umieram?... Starałem się, przynajmniej, nie być zbyt wielkim obciążeniem. Starałem się przynajmniej zarobić na to swoje pijaństwo. Starałem się by ludzie się do mnie nie przywiązywali, żebym nie ściągał ich za sobą w dół...

Po latach tułaczki trafiłem do takiej firmy, skansenu, w której tolerowano pijaństwo. Mogłem jeszcze trochę przeboleć to życie. Wróciłem do technikum... żeby mieć pretekst do wyjścia z domu, wciąż mieszkałem z rodzicami, a trochę po to by mieć coś w co się zaangażuje, co jeszcze mnie odciągnie od tego cholernego pijaństwa. Trułem się piwem, bo liczyłem, że to na tyle długo potrwa, że nie zdążę się upić. Nie potrafiłem jednak odmówić sobie gorzały. Chociaż wiedziałem, że za nią czeka na mnie, znowu, to samo szaleństwo. Piłem już coraz mniej, a upijałem się...

Nie miałem w sobie zgody na to... Przecież ja muszę wypić sześć piw, żeby czuć się dobrze ;-) Życie przerodziło mi się w ciągły kac i walkę z samopoczuciem.

Porażka, po prostu... totalna porażka... Czyżby Bóg coś spierdolił?

Po co wciąż żyje? Za co ciepię? Co jest grane?

Jeszcze mnie z tego skansenu wyrzucą... Co za hańba... Potem już tylko bezdomny pijanica będę... Dykta i kanały zajrzały mi głęboko w oczy...

W tych ostatnich latach poznałem człowieka, który zrobił coś zadziwiającego. Dla mnie nieosiągalnego. Nawet nie myślałem, że to można... Przerwał picie... Powiedział mi jak to się robi i skorzystałem z rady, żeby utrzymać się w pracy.

Postanowiłem zalegalizować swoje pijaństwo i zostać oficjalnie leczącym się alkoholikiem. Poszedłem na odwyk nauczyć się pić po ludzku, radząc sobie z problemami. Przecież tam są psychologii, to chociaż skorzystam... Kiedy wszedłem na sale terapeutyczną i zobaczyłem z kim będę przebywał. Pomyślałem że ci ludzie owszem... Dla nich jest szansa... Porządni, mądrzy i zaradni... Mieli motywację. Rodziny. Pracę. Porządne życie. A ja, taka sierota skończona, byłem tam tylko po to by mieć pieczątkę w książeczce. Żeby się moi szefowie odwalili ode mnie, jak się znowu spiję ;-)

Ale miałem pecha. Siedziałem obok człowieka, który opowiadając o sobie, mówił o mnie. Wszystko się absolutnie zgadzało... Tylko był dużo starszy... Spostrzegłem, że nie tak łatwo się umiera, nawet jak się wiele lat zdycha i zapił terapie...

Cholera! Mogę nie umrzeć. Będę się męczył...

To mi się w pale nie mieściło... Byłem przerażony... Popadłem w jakąś bezwolę i zacząłem słyszeć co do mnie mówią, na tej całej terapii. Że ja, choćby nie wiadomo jaki, skończony alkoholik, mogę nie pić... I to nie jakiś tam czas, aż szum w głowie i wokół ucichnie - tylko w ogóle nie pić!

Czyżby?

Na dodatek trafiłem na spotkanie Anonimowych Alkoholików... Siedziałem tam, taki porąbany alkoholik i siedzieli tam inni... Mówili o sobie, że też są alkoholikami... Ale byli spokojni, zrównoważeni i pewni siebie. Bardzo jasno się wyrażali. Przypomnieli mi, jakim człowiekiem zawsze chciałem być. Biło od nich coś, czego całe życie poszukiwałem. Co ciekawe... Powiedzieli mi, że też mogę taki być... Prędzej czy później, ale na pewno jeśli zostanę w AA...

No to zostałem ;-)





Łatwo było mnie przekonać, że piję bez umiaru. Uwierzyłem, że jeśli nie sięgnę po alkohol w ogóle, to mogę być na sto procent pewny, że pozostanę trzeźwy. Trudno mi jednak było uwierzyć, że potrafię utrzymać abstynencję od alkoholu. Przecież znajomi, święta, uroczystości, okazje, braki okazji, tyle wokół mnie pokus, że abstynencja wydawała mi się zwykłą mrzonką.

Pech jednak zechciał, że właśnie wtedy otoczony byłem ludźmi, którzy już sobie z tym dylematem poradzili. Byli dla mnie żywym świadectwem, że warto spróbować. Postanowiłem więc, że dokonam takiej próby. Podstawowy warunek o jakim wtedy słyszałem, to być z nimi.

Zacząłem 19 lipca 2002r. i ta pierwsza próba trwa do dziś. Dziękuję tym wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że akurat mi się powiodło, bo nie każdy ma taką szansę by wyjść z alkoholizmu, a większość nie potrafi z niej skorzystać. Jedyny sposób w jaki mogę wyrazić swoją wdzięczność za życie, to wytrwać w trzeźwości i pomagać w jej osiągnięciu innym.


źródło: serwis TENJARAS

Piecha: tak, jestem alkoholikiem


O tym, jak trudno przyznać się do nałogu, dlaczego w Polsce nie ma atmosfery do takich wyznań i dlaczego są one potrzebne innym, z Bolesławem Piechą, posłem PiS, byłym wiceministrem zdrowia, rozmawia Joanna Leszczyńska.

Niedawno w tabloidzie przyznał się Pan do tego, że od 25 lat zmaga się z chorobą alkoholową. To była trudna decyzja?

No pewnie, że trudna. Choroba alkoholowa to nadal w polskim społeczeństwie temat tabu. Dalej panuje przekonanie, że alkoholik to człowiek z rynsztoka, bez silnej woli, który świadomie niszczy swoje życie i zdrowie, a także swojej rodziny. To nie jest prawda, ponieważ to jest choroba. Nikt na przykład nie twierdzi, że cukrzykowi potrzebna jest silna wola, by poziom cukru uregulował się jak trzeba. W Polsce nie ma wciąż atmosfery, by mówić o tym otwarcie. Ten opór wewnętrzny, który tkwi w nas, alkoholikach, można nazwać
wstydem i lękiem. Boimy się, jakie to może mieć konsekwencje dla dalszego życia.

Dlaczego przyznał się Pan do tej choroby właśnie teraz?

Ja tego nie planowałem ani nie zamierzałem niczego manifestować. Po prostu dziennikarz ogólnopolskiej gazety zapytał mnie o to w zawoalowany sposób i uznałem, że byłoby źle udawać idiotę i zaprzeczać. Gdyby wcześniej ktoś mnie o to spytał, pewnie też bym powiedział prawdę. Zresztą dawałem to do zrozumienia we wcześniejszych wywiadach.

Było Panu łatwiej, gdyż wcześniej utorowali Panu drogę ojciec Maciej Ziemba i prof. Wiktor Osiatyński oraz inni znani...

To i tak nie jest takie łatwe. Artykuł prof. Osiatyńskiego "Alkoholizm, grzech czy choroba", który ukazał się w "Polityce" 25 lat temu, miał duży wpływ na mnie. Dzięki niemu jako młody mężczyzna przyjrzałem się swojemu postępowaniu. Profesor od dawna wie o mojej chorobie.

A koledzy z Prawa i Sprawiedliwości?

Sam o tym powiedziałem władzom partii. Nie mogłem tego ukrywać, gdyż od czasu do czasu potrzebuję trochę wolnego, by się wyciszyć. Gdyby nie to wyciszenie się, runąłbym. Chwyciłbym za alkohol. Może w domu, może nikt by nie widział, ale czy to zmniejsza wymiar tej tragedii? Konsekwencje nawrotu są straszne. Wszystko wybuchnie z jeszcze większą siłą, nawet jeśli było to tylko jedno zapicie.

Rozmawiał Pan z prof. Religą o problemie, kiedy był ministrem zdrowia i Pana przełożonym?

Nie zgłębialiśmy tego tematu, choć profesor sugerował, że i on miał problemy z alkoholem. On o moim problemie wiedział ode mnie i od innych, bo nie pracujemy w próżni. Aczkolwiek grono to nie było tak powszechne jak teraz.

Pana pierwszy kieliszek?

Miałem 16 czy 17 lat. Były to chyba dwa kieliszki. To było w latach 70. w Rybniku. Po meczu w knajpie dyrektor mojej szkoły postawił mi jarzębiak. Jaki czułem się wtedy doceniony! To plus poczucie mocy sprawiło, że zapamiętałem to. Nie wiem, czy u mnie przeważył pierwszy kieliszek, czy może setny lub tysięczny. Wiem tylko, że mam do tego słabość i że dla mnie alkohol jest śmiertelnym zagrożeniem. Na studiach też piłem. Trzeba było się uczyć, a po pijanemu było to trudne. Byłem bardzo dobrym studentem, toteż szukałem pomocy. Lekarz zaordynował leczenie chemiczne. To była nieudana próba.

Jest Pan z zawodu lekarzem ginekologiem. Czy sięganie po kieliszek to była metoda na złagodzenie napięcia związanego z pracą?

To stereotyp. Alkoholizm jest chorobą demokratyczną. Dotyka wszystkich: zarówno prostych ludzi, jak i wybitnie utalentowanych. I wszystkie grupy zawodowe. Tyle że w pewnych środowiskach, np. artystycznych, jest większe przyzwolenie na picie, a inne są bardziej napiętnowane.

Czyżby nie miało żadnego znaczenia to, że lekarze mają do alkoholu bardzo łatwy dostęp, są nim obdarowywani przez pacjentów?

Gdybym nie miał dostępu do dobrego alkoholu, piłbym denaturat! Alkoholizmu nie wiązałbym ze specyfiką pracy, ale z predyspozycjami do uzależnienia, z deficytami wyniesionymi z dzieciństwa. Tusk zapalił w młodości skręta i się nie uzależnił. Tak samo niektórzy mogą pić całe życie i nigdy się nie uzależnią. A inni dosyć szybko. Na ogół alkoholicy są ludźmi o dużej wrażliwości i znaleźli sposób, całkiem przypadkowo, na łagodzenie napięć. Uważam się za człowieka wrażliwego, w związku z tym chwieję się emocjonalnie.
Każdy dąży do spokoju. Wiele lat temu ten spokój uzyskiwałem po wypiciu kieliszka, który uruchamiał przymus picia.

Miał Pan problemy w pracy z powodu alkoholizmu?

Raz zdarzyło mi się nie przyjechać na dyżur. Ktoś musiał mnie zastąpić. Szarpałem się, żeby nie wypić wieczorem, bo trzeba rano być w pracy. Albo nie dopuścić do tego, by wypić w pracy.

Były rozmowy ostrzegawcze z przełożonymi?

Nie było takich rozmów, Bogu dzięki. Chociaż... szkoda. Kiedy byłem stażystą, zdarzyło mi się przyjść do pracy "wczorajszym". Bez konsekwencji. Nikt z nas nie potrafi wytknąć komuś, że robi źle. Ile osób zwraca innym w tramwaju uwagę, że się źle zachowują? Oczywiście, że tolerowano zarówno moje, jak i moich kolegów picie. To są kulturowe rzeczy, których się nie przeskoczy. Przyzwolenie na picie nadal w Polsce jest duże, choć ta tolerancja trochę osłabła.

Zwalniał Pan jako dyrektor szpitala alkoholików?

Dwóch, którzy przyszli do pracy pijani. Jeden był lekarzem. To było trudne. Czy tym ludziom to pomogło, nie wiem. Uzależnionym dawałem alternatywę: spróbuj podjąć wysiłek leczenia.

Czy skłonność do kieliszka można odziedziczyć?

Nie sądzę. Na początku zadawałem sobie pytanie: dlaczego ja? Dziś nie nurtuje mnie to, bo nie ma odpowiedzi na to pytanie. Moi rodzice nie nadużywali alkoholu. Myślę, że w grę wchodzą deficyty wychowawcze. Widziała pani świętą rodzinę? Ja jedną, ale opisano ją dwa tysiące lat temu. Myślę, że temu nałogowi sprzyjają takie cechy jak wrażliwość, nieśmiałość, może niskie poczucie własnej wartości. Strasznie groźny jest perfekcjonizm. Często miałem poczucie, że mogę lepiej.

źródło: polskatimes.pl

Tolerancja


Przyszła mi do głowy taka myśl, że wszyscy ludzie są do pewnego stopnia chorzy emocjonalnie.
Czy może być inaczej? Któż z nas jest doskonały pod względem duchowym? Albo pod względem fizycznym? Jak ktokolwiek mógłby być doskonały pod względem emocjonalnym? Cóż zatem innego można zrobić, jak tylko znosić siebie nawzajem i traktować się wzajemnie tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani w podobnych okolicznościach?
Na tym polega prawdziwa miłość.

Geny ostrzegą przed alkoholizmem



Badania genetyczne, które mogą nas ostrzec przed alkoholizmem? To możliwe, bo naukowcy z Uniwersytetu Północnej Karoliny znaleźli właśnie wariant genu, który może mieć bliski związek z ryzykiem nałogu.

Chodzi o wariant genu CYP2E1, który koduje enzym rozkładający alkohol i dlatego ściśle wiąże się z indywidualną reakcją naszego organizmu na napoje wyskokowe. Ten wariant, występujący u 10 do 20 procent ludzi sprawia, że już po kilku kieliszkach czują się upojeni bardziej niż inni.

Do tej pory przypuszczano, że to zmniejsza ryzyko wpadnięcia w szpony nałogu, teraz jednak wydaje się, że sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana.

Wyniki tych badań, które w całości zostaną opublikowane w styczniu przyszłego roku, sugerują, że modyfikowanie działania tego genu może okazać się najlepszym sposobem walki z alkoholizmem, a wcześniejsze sprawdzenie, którą wersją dysponujemy, może oszczędzić nam wielu problemów.

źródło: Rmf24.pl

Co lepsze miłość, narkotyki czy dopalacze?


Ostatnio niemal we wszystkich mediach toczy się spór o dopalacze, firmy je sprzedające i ustawę antynarkotykową. Pada wiele pomysłów, jak przerwać nielegalne procedery handlu substancjami psychoaktywnymi, jakie stosować procedury by wyeliminować nałogi z życia publicznego, a tymczasem psycholodzy odkryli, że naturalnie uzależniającą używką jest miłość :)

W zeszłym kwartale dr Helen Fisher z Rutgers University w stanie New Jersey dowiodła, że miłość ściśle łączy się z uzależnieniami. Jet to związane z tym, że pogodzenie się z odtrąceniem w miłości jest równie trudne jak zerwanie z nałogiem. Jest to wniosek potwierdzający badania psychologów z uniwersytetu Stanforda, którzy dowiedli, że miłosne zauroczenie jest silnie związane z ośrodkami przyjemności w mózgu. Miejscem, które jest najmocniej pobudzane jest jądro półleżące – jeden z głównych regionów, który bierze udział w rozwoju uzależnień od narkotyków! To obszar mózgu, który czy nam się to podoba czy nie, przekonuje nasze umysły, że nie możemy uwolnić się od naszego nałogu i musimy robić to co robimy, by dostarczać sobie w sposób ciągły przyjemności.

I właśnie dlatego zachęcam Cię (nie po raz pierwszy zresztą) do zadbania o to, aby Twój związek był związkiem pełnym miłości i satysfakcji zarówno dla Ciebie, jak i Twojego partnera. Oczywiście może nie być jeszcze związkiem idealnym lub... możesz jeszcze nie mieć związku lub nie chcieć obecnie go mieć. Ale i tak warto zadbać, by Twoje myśli zaczęły krążyć wokół MIŁOŚCI.

„Bez miłości można rąbać drzewo, wypalać cegły, kuć żelazo.

Lecz bez miłości nie można zbliżyć się do drugiego człowieka.”


Lew Tołstoj

To, co składa się na miłość można zamknąć (teoretycznie) w trzech składnikach miłości.

Pierwszy z nich to intymność – która wiąże się z pozytywnym uczuciem do partnera. Ten pozytywny stan ma na celu wywołać w związku miłosnym przywiązanie oraz wzajemną zależność od siebie. Intymność wynika z umiejętności komunikowania się, czyli dochodzenia do kompromisów, dzielenia się przeżyciami i doświadczeniami. Bardzo ważne jest tutaj wsparcie i zrozumienie. Intymność powstaje wraz z rozkwitem związku. Powstaje podczas wzajemnego poznawania się i rośnie w miarę trwania związku.

To, co może zabić intymność i związane z nią uczucia to pojawienie się rutyny. Rutyna zabija zwłaszcza emocje pozytywne, dlatego też, tak ważne jest by w związku pojawiały się tzw. sytuacje nieoczekiwane, dzięki czemu jest szansa ze wzrośnie temperatura relacji z Twoim partnerem

Namiętność – Ten stan można by opisać jako konstelację emocji pozytywnych (takich jak, zachwyt druga osobą, pożądanie, radość) jak i negatywnych (tj. ból niepokój, zazdrość, tęsknota). Temu składnikowi miłości towarzyszy silne pragnienia erotyczne i pobudzenie seksualne. Namiętność pojawia się na samym początku trwania związku, jest bardzo silnie energetyzująca partnerów, ale uwaga, namiętność w związku najszybciej opada. Jest to naturalne, że nie możesz cały czas trwać w permanentnym stanie zakochania. Przez niektórych stan zakochania uważany jest za pewien rodzaj choroby psychicznej. Jeśli byłeś zakochany to wiesz o czym mówię :). To taki okres w życiu, że patrzy się na związek i na otaczający świat jak przez różowe okulary, wtedy nie ma rzeczy niemożliwych, a dążenie do bliskości (nie tylko psychicznej, ale i fizycznej) z partnerem jest najważniejsza. Namiętność intensywnie rośnie i szybko osiąga szczyt, ale to, co łatwo przychodzi również łatwo odchodzi i gaśnie.

Zaangażowanie, czyli podjęcie działań by przekształcić relacje miłosna w trwały związek, wiąże się to również z chęcią utrzymania związku mimo pojawiających się przeszkód. Jest to bardzo silna strona, która podtrzymuje związek w razie ewentualnych konfliktów. Po ślubie i podjęciu świadomej decyzji o byciu razem nie jest łatwo zakończyć relację.

Miłość to ślepa pasja, pewien rodzaj demencji, która pochłania umysł, tworzy emocjonalne uzależnienie i każe idealizować partnera zniekształcając jego prawdziwy obraz
– twierdzi David Buss

Omówiłam te Trzy składniki miłości po to, by przedstawić Ci wpływ ich poziomów na rozwój związku miłosnego, który przebiega w pięciu etapach. A są to: zakochanie, namiętne początki, związek kompletny, związek przyjacielski, związek pusty.

I tak,

W zakochaniu dominuje namiętność skierowana do drugiej osoby. W niewytłumaczalny dla nas sposób jakąś to istotę ludzką obdarzasz uczuciem silnym i bezwarunkowym. Badania pokazują, że mężczyźni pożądają kobiet pięknych, młodych i zdrowych, zaś kobiety pragną opiekunów oraz mężczyzn inteligentnych i ambitnych, o możliwie wysokim statusie społecznym i materialnym (lub rokujących jego osiągnięcie w przyszłości).

Więcej spotkań z partnerem, więcej chwil spędzonych wspólnie, pragnienie maksymalnej bliskości, zaufania a co za tym idzie, intymności. To już romantyczne początki - kolejny etap rozwoju miłości. Na tym etapie góruje namiętność i intymność. W tej fazie nic do szczęścia nie potrzeba poza własnym towarzystwem. Wzrasta uczucie zaufania do partnera, co wiąże się z potrzebą otwartości i wyrażania siebie, pokazania siebie z najlepszych stron, ale także potrzeba dzielenia się smutkami i troskami.

Kolejną fazę nazywamy związkiem kompletnym – tutaj współgrają z sobą wszystkie trzy składniki miłości a zatem jest tu i namiętność i intymność i zaangażowanie. Na tym etapie partnerzy zdecydują się przekształcić związek w stałą relację. Na ogół w tej fazie dochodzi do zalegalizowania związku, czyli podjęcie decyzji o ślubie.

Po pewnym czasie intensywność namiętności zaczyna szybko spadać, intymność osiąga swój punkt kulminacyjny, jednak, jeśli zaangażowanie okaże się wystarczająco silne, wówczas związek przetrwa i przekształci się w związek przyjacielski (słaba intymność, bardzo ważne zaangażowanie). Jak sama nazwa wskazuje na tym etapie związku konieczna jest przyjaźń między partnerami, a ta zależy od nich samych, czyli od tego w jaki sposób się porozumiewają, czy potrafią dochodzić do kompromisów, czy są otwarci na drugą osobę, czy szanują się wzajemnie. Jeśli tylko partnerzy wykażą się chęcią utrzymania zaufania i wzajemnego przywiązania, związek jest w stanie przetrwać największy kryzys.

Jeśli nie uda się zbudować trwałej i silnej więzi między kochankami, wówczas miłość zanika. Pojawia się wtedy faza związku pustego. Na tym etapie nie ma ani intymności ani namiętności, to, co trzyma małżonków przy sobie to zaangażowanie, czyli wspólny majątek, wspólne wspomnienia, dzieci.

Miłość to nie jest tylko euforyczne poruszenie serca, które objawia się na początku związku w zakochaniu. Potem jednak intensywność emocji opada i trzeba pracować nad poznawaniem siebie, akceptacją, rozwojem zaufania, wybaczaniem, przyczynianiem się do wzrostu partnera. Miłość wyraża się w pragnieniu dobra małżonka mimo wszystko, w codziennym pozbywaniu się egoizmu, a także poprzez pokazywanie, co jest dobrem a co złem i wybieranie dobra ponad wszystko.


Porady psychologiczne przez internet

12 Kroków AA, z humorem


1. Jest dla mnie jasne, że mogę kontrolować swoje picie, jeśli tylko
inni przestaną próbować dyktować mi co i jak mam robić.

2. Mocno wierzę w to, że nie ma żadnej Większej Siły niż moja własna
i ktokolwiek uważa inaczej jest nienormalny.

3. Zdecydowanie wiem, że istnieje całkowity rozdział między moją wolą
oraz moim życiem, a Bogiem, który i tak mnie nie rozumie.

4. Zajmuję się poszukiwaniem i obciążaniem wszystkich osób, które mnie
oszukiwały i wykorzystywały moją szlachetną naturę.

5. Po odnalezieniu tych osób staram się ich zmusić do tego, aby podali
dokładną przyczynę swoich błędów.

6. Wykazuję gotowość do udzielenia pomocy tym ludziom, aby mogli
wyzbyć się defektów swoich charakterów.

7. Opierając się na własnej pokorze proszę tych ludzi, żeby wyzbyli
się swoich błędów.

8. Mam spis tych ludzi, którzy skrzywdzili mnie i czekam cierpliwie na
okazje wyrównania rachunków.

9. Wyrównuje takie rachunki korzystając z każdej nadarzającej się
okazji oprócz takich, które mogłyby przysporzyć mi kłopotów.

10.Mając w ręku spis win innych osób zmuszam je do przyznania się do
tego, że je popełnili.

11.Poprzez koncentracje moich wewnętrznych sił teraz porachuje się z
Bogiem, który nigdy mnie nie rozumiał a teraz zobaczy, że to ja mam
najlepsze pomysły. Przecież to nie On dał mi moc do ich realizowania.

12.Posiadając umiejętność kontrolowania swoich emocji oraz picia
alkoholu uzyskane przy pomocy tych Dwunastu Kroków mogę z pełnym
przekonaniem polecać je tym wszystkim, którzy nie mają zamiaru utracić
swojej ciężko wypracowanej pozycji i życzą sobie być zostawionymi sami
sobie z problemami dnia codziennego na resztę ich życia.

Rodzina zdrowiejąca


Rodzina "zdrowiejąca" - On wieloletni AA, Ona - Al-Anon.
Ona wchodzi do pokoju, gdzie On z pilotem w ręku penetruje zasoby TV.
- Posłuchaj, u naszego Kajtka nie za bardzo układa się z żoną.
- To jest jej problem...
- Ale ona prawdopodobnie go zdradza...
- To jest jego problem...
- Ale ona zdradza go z tobą...
- To jest mój problem...
- Ale co ja mam z tym wszystkim zrobic?!!!
- To jest twój problem...

Dziadek z babcią


Dziadek z babcią tak długo już byli w AA, że nie pamiętali już jak
długo. Zatem zaczęli zastanawiać się czy tam też są spotkania
(mitingi)?
Ale ponieważ byli na programie to zastosowali zasadę "Keep it simple"
czyli "Nie komplikuj" i ustalili, że to, które trafi TAM pierwsze
jakoś da znać.
W mojej wersji wyszło na dziadka.
Następnej nocy babcię budzą jakieś hałasy
- To ty Józuś?
- A któżby, przecie umówiliśmy się że damy sobie znać! Kiepsko z Twoją
pamięcią!
- Ni i co macie tam spotkania?
- A jakżeby nie, przecie tylu tam naszych.
- Ale, żeby być uczciwym to zgłosiłem w sprawach organizacyjnych naszą
umowę.
- I dlatego pozwoli Ci przyjść?
- Tak, tylko że musiałem obiecać, że jutro ty poprowadzisz spotkanie.

Hey - Mimo wszystko




Ci, którzy żyją nadzieją...


Ci, którzy żyją nadzieją, widzą dalej.
Ci, co żyją miłością, widzą głębiej.
Ci, co żyją wiarą, widzą wszystko w innym świetle.
Nie poddawaj się stereotypom ....... wierz w to, w co serce wierzy,
..........żyj tak,
by nikt przez Ciebie nie płakał ...

/Lothar Zenetti/

dodajdo.com

Przyczynek do pogody ducha


-Kiedy nie wiesz co wybrać, wybierz poczucie humoru.
-Skoro już wiesz, że to ty odpowiadasz za swoje życie - co zamierzasz z tym zrobić?
-Błogosław z miłością to, co wkładasz do ust.
-W domu atmosfera miłości jest bardzo ważna - rób wszystko by wykreować wokół siebie harmonię i spokój.
-Wszystko co cię spotyka, w ostatecznym rezultacie służy twemu dobru.
-Codziennie ucz się nowych sposobów życia.
-Zaczynaj - na co jeszcze czekasz.
-Wybaczam i wyzwalam.
-Idę przez życie, świadomie i z entuzjazmem.
-Przeszłość minęła. Przyszłości jeszcze nie ma. To jest jedyna
ważna chwila.
-Mam ważną rolę do spełnienia w życiu na mojej planecie.
-Bóg jest tam, gdzie ja jestem.
-Naszym jedynym obowiązkiem jest ocalić swoje marzenia. Modigliani.
-Znam odpowiedź na wszystkie moje pytania. Wszystkie rozwiązania są moje.
-Uwalniam wszystkie urazy i żale, które mam do moich braci i sióstr.
-Zasługuję na całe dobro, które otrzymuję codziennie.
-Mój umysł zajmuje się tylko konstruktywnymi pomysłami. Świadomie rezygnuję ze wszystkich innych.
-Czas istnieje tylko po to, abym mógł zrealizować moje pragnienia.
-Moje ciało i umysł są wolne od choroby. Jestem zdrowy.
-Życie odradza i odnawia moje ciało. Każda komórka mojego ciała
jest doskonałością.
-Świat jest moim zwierciadłem. Wszystko to, co widzę wokół siebie
jest odzwierciedleniem
moich myśli i przekonań.
-Nie poddam się, dopóki dar tego doświadczenia nie będzie mi ujawniony.
-Świętuję moją zdolność do kreowania własnego życia.
Świętuję moje życie.

Codzienny obrachunek


... z miejsca przyznając się do popełnianych błędów.



Do mojego nowego życia - życia w trzeźwości - podszedłem z niesłychanym entuzjazmem. Zdobyłem mnóstwo nowych przyjaciół, a wielu moich starych przyjaciół, pobitych przez nałóg, zaczęło coś ze sobą robić. Życie było podniecające, tak że zacząłem nawet czerpać radość ze swojej pracy - a nawet odważyłem się napisać sprawozdanie o tym, że niedostatecznie dba się o niektórych naszych klientów. Pewnego dnia jeden z moich współpracowników poinformował mnie, że szef jest rozeźlony nie na żarty, gdyż skarga- przedłożona ponad jego głową - naraziła go na nieprzyjemności w kontaktach z przełożonymi. Wiedziałem, że chodzi o moje sprawozdanie, i zacząłem czuć się odpowiedzialny za kłopoty, na jakie naraziłem szefa.
Gdy porozmawiałem o tym z rzeczonym kolegą, zapewniał mnie, że przeprosiny nie są konieczne, ale szybko nabrałem przekonania, że muszę coś zrobić, niezależnie od tego, czym się to skończy.
Gdy powiedziałem szefowi, że w moim odczuciu przyczyniłem się do jego trudności, był szczerze zdziwiony. Jednak spotkanie to przyniosło nieoczekiwane rezultaty - szef i ja zgodziliśmy się co do potrzeby bardziej bezpośredniej i skuteczniejszej współpracy w przyszłości.




Moc pozytywnego myślenia, Norman V. Peale





Kup teraz

Książka ma dopomóc ludziom odnaleźć sens życia, sprawić by dane im było spędzać je godnie, szczęśliwie, nie trwoniąc danego im czasu. W książce można znaleźć porady i podpowiedzi: Jak przestać się zamartwiać, Co zrobić aby ludzie Cię szanowali i po prostu lubili, Jak uwierzyć w siebie.

"Dotąd całkiem dobrze radziłam sobie w życiu. Prawdopodobnie, mogłam radzić sobie lepiej, gdybym wcześniej przeczytała tę książkę. Nie jest to książka tylko dla "nieudaczników". Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. "Zaraża" optymizmem! Inaczej patrzę teraz na świat. Serdecznie polecam wszystkim."

"Naprawdę polecam tę książkę osobom, które nie radzą sobie w życiu. Mnie kiedyś bardzo pomogła i dzięki niej stanęłam na nogi. Myślałam , że nie ma dla mnie ratunku ... Ratunkiem okazała się ta książka. Na pewno nie pożałujesz, jeśli ją kupisz"

Zmienić swoje życie


Po ostatnich badaniach wyszło, że póki co jestem zdrowy. Nie mogę dać świadectwa walki z chorobą nowotworową, ale chciałbym poruszyć kwestię profilaktyki, o której póki co mówi się niewiele, albo bardzo wybiórczo czyli źle.

Jako niepijący alkoholik wiem z autopsji, że proces zdrowienia z równie śmiertelnej choroby (duszy, ciała i umysłu) jaką jest alkoholizm także wymagał całkowitej zmiany dotychczasowego stylu w każdej sferze mojego życia. Oczywiście nic się nie dzieje z dnia na dzień, ale bardzo ważna jest świadomość potrzeby zmian bo to z niej bierze się nasza gotowość do stopniowego wprowadzania tych zmian w życie.

Naszą świadomość potrzeby zmian najczęściej pobudza drugi człowiek swoim wiarygodnym świadectwem ze swojego życia, moją świadomość w kwestii alkoholizmu poruszył drugi niepijący alkoholik, a w kwestii nowotworów autor w/w książki.

Jestem w posiadaniu książki Normana V.Peale „Moc Pozytywnego Myślenia" i po pierwszym przeczytaniu tej niesamowitej książki i mogę dać świadectwo, że zostałem przez autora pobudzony do dalszych zmian w mojej psychice, do szukania Boga i czerpania z Jego Mocy w moim codziennym życiu.

O potrzebie pozytywnego wzmacniania


„Ból istnienia” towarzyszy każdemu człowiekowi, każdemu z nas. Przecież czasami, kiedy wszystko wali nam się na głowę, jest nam bardzo trudno. Podniesienie się bywa bardzo ciężkie. Załamani pytamy siebie, rodzinę, bożka czy Boga – jaki jest sens naszego życia?

To zdarza się każdemu z nas. Alkoholicy to ludzie, którzy w ciągu historii swojego życia, pomyśleli sobie „A ja znam sposób na to całe ustrojstwo!” Tym sposobem – stało się picie. Jest to jednak krótka droga do popadnięcia w nałóg, bo początkowo „niewinne” picie, pierwotnie zagłuszające w nich ból związany z życiem na planecie Ziemia – przeradza się w potężny nałóg.

Alkoholik w niewoli alkoholu – umiera w znaczeniu społecznym, niszczy dobre relacje, często traci dobrą pracę, umiera w znaczeniu indywidualnym, zatrzymując się a następnie cofając w rozwoju prowadzącym do samoaktualizacji, do szczęścia.

Mimo to, alkoholik wciąż jest człowiekiem, nierzadko bardzo wrażliwym, lecz wewnętrznie skrzywdzonym.

Jak może mu pomóc dobry psycholog?


Historia picia u każdego alkoholika zaczyna się podobnie. Człowiek w takiej czy innej sytuacji, zatraca wiarę w siebie, widząc jedynie bezwględność i brutalność świata. Picie przeradza się w nałóg, z którego bardzo trudno jest mu wyjść samemu. Może jednak to zrobić z pomocą psychologa. Wystarczy, że wykrzesa w sobie resztki sił – do zmiany dotychczasowego sposobu życia, dzwoniąc do psychologa i umawiając się na terapię.

Z nałogowym piciem wiąże się szereg nieprzyjemności. Dobra praca, mnóstwo zleceń poza główną pracą – odchodzą szybko w zapomnienie, kiedy szef zauważając niedyspozycyjność pracownika, decyduje się na jego zwolnienie. Brak pracy potęguje w pijącym poczucie beznadziejności, brutalności świata – potęguje w nim nasilenie „bólu istnienia” powodując tym samym, że pije - jeszcze więcej.

Błędne koło picia zbiera wtedy swoje żniwa, niszcząc człowieka na wskroś.

Picie alkoholu jest często przyczyną sprzeczek rodzinnych, patologizowaniem społeczeństwa, łączy się często z kradzieżami, z biciem w domu, z agresją. Picie kojarzy się alkoholikowi z czymś co go niszczy, co go karze, to świat go karze, tak myśli.

To alkoholik karze sam siebie! Tylko za co?

W tym tkwi sęk pracy psychoterapeutycznej z alkoholikiem. Wydaje mi się, że najlepszym sposobem na zmianę funkcjonowania alkoholika jest stosowanie tak zwanych wzmocnień pozytywnych – a nie wzmocnień negatywnych w leczeniu.

Wzmacnianie negatywne polega na tym, że alkoholik przyjmuje substancje farmakologiczne mające mu obrzydzić picie. Co się wtedy dzieje? – Alkoholik kojarzy to jako karę, karę za to, że pije. Naprawdę nie jest to wystarczający sposób, aby zmienić jego stosunek do alkoholu, bo „karanie” kogoś, kto czuje się w istocie bezradny w bezwzględnym świecie – może osłabiać go jeszcze bardziej.

Alkoholik nie może się karać za picie, musi nauczyć się nagradzać za niepicie.

Wspaniałym i budującym sposobem na zmianę funkcjonowania alkoholika jest jednak wzmacnianie pozytywne. Czyli nagradzania za wszelkie przejawy życia – bez alkoholu. Jak to zrobić? Przede wszystkim kładąc nacisk na nagradzanie chorego – chwalenie go kiedy uda mu się odstawić alkohol na bok. Alkoholik, który jest doceniany za to, że nie pije, ma spore szansę na to, aby wyjść z nałogu. Pod warunkiem jeszcze, że tego chce.

Nie jest to proste, aczkolwiek dobry psycholog, wytrawny znawca ludzkiej psychiki, będzie starał się prowadzić psychoterapię – mając na uwadze wagę wzmocnień pozytywnych.

Spotkałem się kiedyś z takim przekonaniem, że dobrym sposobem na wyjście alkoholika z nałogu, jest sprawienie mu samochodu. Potraktujcie to jako swego rodzaju obraz przekazu, jaki tutaj wprowadzam. Samochodu nie można prowadzić będąc pod wpływem środków odurzających, a często sama możliwość prowadzenia dobrego wozu – jest nagrodą. Frajda skojarzona zostaje z "niepiciem". Wszelkie przejawy nie-picia, wyłączanie z obrębu postrzegania rzeczywistości alkoholu – powinna stać się dla alkoholika nagrodą. Wtedy łatwiej będzie mu zrezygnować całkowicie z alkoholu.


Jeśli psychoterapia osoby uzależnionej od alkoholu będzie koncentrowała się na odnalezieniu prawdziwej przyczyny, dlaczego osoba pije – jest szansa na poznanie tej osoby dużo lepiej, jego lęków, nadziei, marzeń. To natomiast może dać podstawę do skutecznej psychoterapii.

Nie ma uniwersalnej i najlepszej psychoterapii, nie ma jednego sposobu na wyleczenie kogoś z picia. Jednakże dobry psycholog przede wszystkim dostrzeże w pijącym człowieka, i to również tego, którym był on zanim zaczął pić. Na pewno wiele iskierek, które sprawiały mu radość przed popadnięciem w nałóg da się jeszcze uratować, rozniecić i rozpalić w alkoholiku – ognisko namiętności w życiu bez alkoholu.

Alkoholikiem jest się do końca życia, jednak przestać pić można w każdej chwili. Znam wiele osób, którym się to udało – między innymi również dzięki dobrej pomocy psychologów.

Przede wszystkim jednak przestali oni pić – dzięki samym sobie.

Alkoholik pragnący zmiany, z pomocą dobrego psychologa, naprawdę może zdziałać wiele, bo... może zmienić swoje życie!

źródło: Psychika.net

Geny przyjemności


Co sprawia, że jedni ludzie przyjmujący używki nie ponoszą z tego powodu żadnych konsekwencji zdrowotnych, drudzy dodatkowo dobrze się po nich bawią, dla innych zaś przygoda z używkami oznacza zrujnowane życie, a nawet śmierć?

Odpowiedzi na to pytanie być może udzielą nam geny. Przenieśmy się na chwilę w przyszłość.
Jest rok 2025, a ty podejrzewasz, że twoje dziecko bierze narkotyki. Lekarze trąbią, że niektórzy ludzie mają wrodzone predyspozycje do uzależnienia się od narkotyków. Zabierasz więc swojego pryszczatego nastolatka do nowo otwartej kliniki uzależnień. Seria badań genetycznych wykazuje, niestety, że jest on wymarzonym materiałem na narkomana. Przygnębiona idziesz do kawiarni, by zwierzyć się ze swoich kłopotów przyjaciółce. Zamawiasz martini z oliwką, a barman od razu sięga po dziwny przedmiot wyglądający jak skrzyżowanie telefonu komórkowego z suszarką do włosów. Nowe przepisy - wyjaśnia - muszę sprawdzić, czy nie jest pani przypadkiem zagrożona alkoholizmem. Przykłada ci instrument do głowy, rozlega się nieprzyjemny pisk... Bardzo mi przykro, nie mogę pani sprzedać drinka. Ma pani mózg potencjalnego alkoholika - stwierdza barman.

Czy wizja ta niebawem stanie się rzeczywistością? - Być może wkrótce będzie można wykryć potencjalnych alkoholików, badając ich fale mózgowe, a konkretnie, tzw. komponentę P3 - uważa Henry Begleiter, psychiatra z State University w Nowym Jorku. Komponenta P3 to mierzona przez umieszczane na powierzchni głowy elektrody fala elektryczna, pojawiająca się około 30 setnych sekundy po tym, gdy umysł zaalarmowany zostanie czymś nowym, na przykład błyskiem światła. U alkoholików i ich krewnych P3 jest zwykle niższa. Co więcej, da się zaobserwować wyraźna zależność: im niższa P3, tym cięższy alkoholizm. Inni badacze z kolei doszli do wniosku, że zarówno alkoholicy, jak i narkomani mają wyjątkowo wysoki poziom aktywności w części mózgu zwanej korą orbitofrontalną. Ośrodek ten jest częścią tzw. układu kary i nagrody. A wszystkie te różnice - zdaniem Begleitera - mają swoje źródło w genach.
Informacja o odnalezieniu genu alkoholizmu po raz pierwszy obiegła świat w roku 1990. "Winowajcą" miał być gen kodujący białko D2, będące receptorem neuroprzekaźnika dopaminy, jednej z cząsteczek chemicznych, za pomocą których komórki nerwowe porozumiewają się z sobą. Okazało się jednak, że alarm był fałszywy. Gdy inni badacze dokładniej przyjrzeli się D2, okazało się, że badania prowadzone były nierzetelnie. To tak jakby porównać DNA syberyjskiego Czukczy pijaka z DNA Pigmeja abstynenta, a potem ogłosić, że wszelkie różnice między nimi to właśnie geny alkoholizmu - komentowali złośliwi koledzy po fachu. Po tej wpadce poszukiwacze genu alkoholizmu są ostrożniejsi. "Pojedynczy gen alkoholizmu - sprawca wszelkiego zła - nie istnieje. Genów zaangażowanych w chorobę alkoholową jest najprawdopodobniej wiele, a wpływ pojedynczych jest niewielki" - mówi Kirk Willemsen z University of California w San Francisco.

Naukowcy zrzeszeni w projekcie COGA (Collaboration on the Genetics of Alcoholism) zamierzają rozstrzygnąć ten problem do roku 2005. Badania prowadzone są w rodzinach szczególnie obciążonych alkoholizmem. Od ponad 3000 osób pobrano komórki, które następnie "unieśmiertelniono" tak, by mogły służyć naukowcom jako niewyczerpane źródło DNA. Oprócz testów genetycznych badani poddawani są także serii testów psychologicznych, neurofizjologicznych oraz biochemicznych. Łowcy genów "pociągu do butelki" mają przed sobą nie lada zadanie - zbadanie dolegliwości powodowanych przez wiele genów. Na razie udało im się ograniczyć pole poszukiwań do dwóch chromosomów: pierwszego i siódmego. Oznacza to zawężenie grona "podejrzanych" z prawie stu tysięcy do kilku tysięcy genów. Program trwa już od jedenastu lat i finansowany jest przez amerykańskie Narodowe Instytuty Zdrowia (NIH). Jego rezultaty mają posłużyć do opracowania skuteczniejszych metod leczenia nałogu.

Próby wyjaśniania zachowań uwarunkowaniem genetycznym mają również wielu przeciwników. "Ludziom wydaje się, że wszystko jest zapisane w genach, ale to bzdura. DNA stało się już ideologią i wyrocznią we wszystkim, co dotyczy człowieka, ale to naukowy absurd" - twierdzi Richard Lewontin, światowej sławy genetyk, profesor Harvard University. Korzyści płynące z projektu stworzenia mapy genów ludzkich są - według niego - mocno przereklamowane. Nawet jeśli poznamy wszystkie geny, nie przybliży nas to do zrozumienia natury ludzkich zachowań. Zarzuty te odnoszą się też do poszukiwania genów uzależnienia. Rozwikłanie, jakie geny odgrywają tu główną rolę, może się okazać niemożliwe.
Sceptykom trudno odmówić racji. Naukowe podejście do ludzkiego zachowania prowadzi czasami do absurdów. W 1993 r. gazety, opacznie interpretując wyniki pewnych doświadczeń, ogłosiły odkrycie genu odpowiedzialnego za zachowania agresywne. Niebawem amerykańscy adwokaci zaczęli stosować argument: "mój klient jest niewinny, winne są jego geny". John Hickney, zamachowiec, który w 1983 r. ciężko ranił prezydenta Reagana, został uniewinniony m.in. dzięki tomografii mózgu, która wykazała, że mózg Hickneya ma poszerzone bruzdy i powiększone komory (wówczas myślano, że różnice tego typu świadczą o schizofrenii, później okazało się, że to nieprawda).

Całkiem więc możliwe, że NIH wyrzuca miliony dolarów na mrzonki genetyków, zamiast dofinansować programy prewencji i poradnie alkoholowe. Przestrogą powinien być fakt, że choć badacze nieraz już obwieszczali odkrycie "genu schizofrenii", "genu towarzyskości" czy nawet "genu skłonności do oglądania telewizji", to do tej pory wszystkie te doniesienia okazywały się naukowym odpowiednikiem kaczek dziennikarskich. Jednocześnie nie należy zapominać, że wrodzone różnice w reagowaniu na różnej maści środki odurzające na pewno istnieją. Z punktu widzenia chemii używki są pewnego rodzaju lekarstwami. A lekarze dobrze wiedzą, że różnice genetyczne sprawiają, iż te same leki u różnych pacjentów mogą dawać bardzo różne efekty. Firmy farmaceutyczne liczą na to, że mapa ludzkiego genomu pozwoli zrozumieć te różnice i wyciągnąć z nich praktyczne korzyści. "Farmakogenetyka dzięki wykorzystaniu wiedzy o genach zrewolucjonizuje medycynę tak jak niegdyś antybiotyki" - uważa Daniel Cohen, szef francuskiej korporacji Genset. Jeśli będziemy znali garnitur genetyczny każdego człowieka, będziemy również wiedzieli, które leki są dla niego najlepsze. I zapewne dopiero wtedy zrozumiemy, na czym polegają indywidualne różnice w reagowaniu na substancje uzależniające.

źródło:Wprost 24

Splendor kaca


Krzysztof Wójtowicz, 59-letni architekt z Warszawy, alkoholik, od lat wykręca się od terapii tym samym argumentem. – Żaden psycholog nie jest w stanie mnie zmanipulować. Jestem zbyt inteligentny. Sam robię sobie terapię – tłumaczy i recytuje długa listę „braci w nieszczęściu”: Jerzy Pilch, Winston Churchill, Ernest Hemingway, Marek Hłasko, Jan Himilsbach i Ireneusz Iredyński. Kiedy pojawia się plotka, że pije któryś z jego ulubionych polityków czy aktorów, natychmiast dodaje ich do listy. Żona Krzysztofa uważa, że znani alkoholicy legitymizują jego picie.
W kraju, w którym alkoholizm zdiagnozowano u miliona osób, a niestwierdzonych przypadków może być co najmniej dwa razy tyle, picie nie tylko nie szkodzi wizerunkowi, ale – bywa – dodaje splendoru. – Przykład znanych osób daje wielu alkoholikom pretekst do usprawiedliwienia własnego picia. Na szczęście więcej jest uzależnionych, na których pijacy celebryta działa jak czerwona lampka. Tym bardziej że do picia przyznają się zwykle ci, którzy przeszli już leczenie i pokazują, że można zerwać z nałogiem – uważa Adam Kłodecki, psycholog i terapeuta uzależnień, kierownik należącego do Instytutu Psychiatrii i Neurologii Ośrodka Terapeutycznego Goplańska, od lat leczący znanych alkoholików, m.in. Tomasza Stańkę. Ostatnio ma na terapii coraz więcej aktorów. Kilku na Goplańską wysłał dyrektor teatru, stawiając ich przed alternatywa: albo alkohol, albo praca. Pozostali zgłosili się sami. Możliwe, że nie bez znaczenia był przypadek Tomasza Stockingera.

10 września Stockinger, odtwórca roli idealnego doktora Lubicza w serialu „Klan", uderzył w jadącego przed nim forda i nawet się nie zatrzymał. Kobieta w rozbitym aucie z urazem kręgosłupa została na środku jezdni w podwarszawskim Żabieńcu. Stockinger uciekł, żeby trochę wytrzeźwieć przed przyjazdem policji. Kiedy po pościgu w Górze Kalwarii mundurowi kazali mu dmuchać w alkomat, urządzenie pokazało 2,5 promila. Jeszcze tego samego dnia o aktorze piracie rozpisywały się wszystkie media, a internauci nie zostawili na nim suchej nitki. Stockinger stał się wrogiem publicznym numer jeden.

Co innego, gdyby alkohol pił odtwórca roli policjanta lub mafiosa, serialowy czarny charakter, prawdziwy macho, który nie rozstaje się z butelką. Taki jak grany przez Marka Kondrata Olgierd Halski z „Ekstradycji", który tygodniami zalewał robaka z poczucia bezradności, czy strzelający na oślep aspirant Metyl z „Pitbulla”, grany przez Krzysztofa Stroińskiego. Takiemu macho Polacy skłonni by byli wybaczyć – alkohol, ale nie ucieczkę z miejsca wypadku. Podobnie pobłażliwie rodacy podchodzili do alkoholizmu Andrzeja Niemczyka, genialnego trenera siatkarskich „złotek”, który otwarcie przyznawał, że nie wylewa za kołnierz. Uwielbianemu przez dziennikarzy, kibiców i celebrytów szkoleniowcowi nie było w stanie zaszkodzić nawet to, że podobno pijany przychodził na treningi, przyznawał się do zamordyzmu, a o zawodniczkach wypowiadał się z lekceważeniem. Problemy z alkoholem nie psuły też opinii Zbigniewowi Relidze, genialnemu kardiochirurgowi i ministrowi zdrowia, który mniej lub bardziej świadomie podtrzymywał legendę, że alkohol jest dla chirurga jedyną formą relaksu i absolutnie nie przeszkadza mu w niezwykle przecież precyzyjnej pracy.

Picie wybaczano też Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, a jego absurdalne usprawiedliwienia do dziś funkcjonują jako dowcip. Żaden z jego alkoholowych incydentów poważnie nie zaszkodził zaufaniu, jakim się cieszy. Polaków bawiło, gdy zawiany prezydent przez płot uciekał przed dziennikarzami czy parodiował Jana Pawła II, sugerując ówczesnemu szefowi Biura Bezpieczeństwa Narodowego Markowi Siwcowi ucałowanie ziemi kaliskiej. Zataczanie się podczas wizyty na grobach katyńskich w Charkowie w 1999 r. ówczesny prezydent tłumaczył „bólem lewej goleni", a naród uznał to za dobry dowcip. Dopiero sześć lat później Kwaśniewski przyznał się, że był wtedy pijany, ale i wówczas tłumaczył się „nadmierną gościnnością zapraszających”. Lech Kaczyński, o którym Janusz Palikot napisał rok temu, że może mieć problemy z alkoholem, a częste pobyty w szpitalu mogą być związane z terapią, nie mógł liczyć na podobne zrozumienie. Pogłoski o nałogu odbiły się na wizerunku „sprawiedliwego prezydenta”. Adam Kłodecki uważa, że zmienia się świadomość Polaków: – O ile Kwaśniewskiego naród uważał za „równego faceta”, o tyle prezydentowi Kaczyńskiemu nie dałby przyzwolenia na picie. Tak jak jeszcze 10 lat temu przypadek Stockingera nie spotkałby się pewnie z takim potępieniem – mówi psycholog.

Alkohol wciąż jednak uchodzi ludziom sportu. „Pijani działacze" to już związek frazeologiczny, a ich wyskoki traktowane są jako materiał do anegdoty. Gorzej, kiedy polska przywara wyłazi na światowe salony, tak jak rok temu podczas igrzysk w Pekinie. Najpierw wioskę olimpijską opuścili działacze związku szermierczego na czele z jego szefem Adamem Lisewskim, który za alkohol wyleciał już cztery lata wcześniej z wioski w Atenach. Potem na wcześniejszy samolot załapał się wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Janusz Sudoł, po tym jak pijany zasnął na trawniku. Ale kiedy były selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Leo Beenhakker zawiesił za pijaństwo czołowych graczy: Artura Boruca, Dariusza Dudkę i Radosława Majewskiego, kibice podnieśli larum. Beenhakker musiał tłumaczyć to, co w innych krajach jest oczywiste: sportowiec nie pije w pracy. Jego nauka trafiła w końcu do piłkarzy, ale nie do kibiców, średnio oburzonych domniemaniem trenera, że prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Grzegorz Lato był pijany, kiedy zwalniał go ze stanowiska. O alkoholu lejącym się litrami na posiedzeniach najbardziej skompromitowanego związku w Polsce wiadomo bowiem nie od dziś. W końcu to legendarny trener Kazimierz Górski mawiał: „Winko popijam na trawienie, piwko na nerki, koniaczek na serce, wódeczka najlepiej robi mi na żołądek. Woda? Wodę to niech żaby piją!”.

Niektórzy działacze słowa trenera, który – jak podkreślają biografowie – pił z umiarem, traktują aż nazbyt dosłownie. Janusz Wójcik, trener reprezentacji Polski w latach 1997- -1999 i poseł na Sejm w latach 2005-2007, znany był z tego, że mecze reprezentacji prowadził, popijając z bidonu „napój izotoniczny", którym – zdaniem wtajemniczonych – była najczystsza wódka. Piłkarzom, kibicom i dziennikarzom absolutnie to nie przeszkadzało. – Niestety, dla niektórych picie jest nadal nieodłącznym atrybutem macho. Zresztą producenci alkoholi robią wszystko, by kojarzyć się ze sportem: sponsorują reprezentację, a w reklamach utrwalają wizerunek kibica z piwem w dłoni – mówi Adam Kłodecki.

– Ludzie heroizują alkohol, bo alkohol heroizuje. Twórcom wydaje się, że bez niego nie potrafią tworzyć, i próbują wmówić to odbiorcom swojej sztuki. Tak naprawdę przekonują o tym samych siebie, ale ze szkodą dla społeczeństwa. Ich przesłanie dociera przede wszystkim do młodzieży, która alkohol kojarzy z czymś, co dodaje splendoru – mówi profesor Wiktor Osiatyński, konstytucjonalista, socjolog, od 26 lat niepijący alkoholik. Dlatego tak denerwują go gawędy znanych ludzi o urokach picia na umór. Po majowym wywiadzie „Gazety Wyborczej" z pisarzem Januszem Głowackim o piciu w PRL Wiktor Osiatyński zadzwonił do autora Pawła Smoleńskiego z prośbą o dopisek. – Głowacki puścił taśmę, ale nie do końca. Mówił o czasach, kiedy piło się „romantycznie albo tragicznie”. Albo antykomunistycznie, albo przez rozum; o tym, jak fajnie się piło w SPATiF-ie. Ale nie wspominał już, jak wyglądał finał takich imprez: zarzygany lokal, spuchnięta, obita morda, potworny kac. Zadzwoniłem do Smoleńskiego i zapytałem, czy można ten tekst jakoś odkręcić, pokazać drugą stronę, bo wywiad z Głowackim czytali przecież młodzi, którzy zrozumieją z niego tylko tyle, że picie jest fajne. A odkrywani przez nich na nowo Himilsbach, Maklakiewicz i Iredyński byli zabawni, bo wciąż pijani – tłumaczy Osiatyński. „Kontrwywiad” ukazał się w „GW” tydzień później. Wiktor Osiatyński zdemitologizował SPATiF-owskie picie jako puste, depresyjne i degenerujące. – Zauważyłem, że bohaterowie tamtego miejsca i tamtego picia: Grochowiak, Wojaczek, Mętrak, Iredyński, poumierali na alkoholizm. A fakt, że pijąc, nadal tworzyli, wcale nie świadczył o tym, że alkohol wzmagał siły twórcze – mówi Osiatyński, który jako jeden z pierwszych znanych alkoholików zdecydował się na ujawnienie choroby w mediach. – Na życie w trzeźwości zdecydowałem się w USA, w sprzyjających warunkach, bo tam nikomu nie imponowało, że jestem pijany – wspomina. Rzeczywiście, w USA do alkoholizmu przyznają się tylko ci, którzy wygrali walkę z chorobą. Tak zwani niepijący – pisarz Stephen King, aktorzy Robert Downey Jr., Drew Barrymore czy Brytyjczyk Eric Clapton. W przeciwieństwie do Polski tam splendoru dodaje raczej zwycięstwo z nałogiem niż snucie pijackich opowieści.

źródło: Wprost 24

Oszuści antyalkoholowi


Aż 900 tys. Polaków jest uzależnionych od alkoholu. Niektórzy uznali, że można zrobić na nich świetny interes. Wiedzą o tym przeróżni znachorzy i czarodzieje oferujący cudowne kropelki, zioła, terapię złotymi kulami czy biostymulację. Nawet lekarze proponują alkoholikom wszywkę ze sprowadzanego z Ukrainy esperalu, równie skutecznego jak tabletki z cukru.
Esperal (disulfiran) przestał być produkowany przez Polfę rok temu, ale lekarze, którzy go implantowali, zawczasu przygotowali zapasy. Mniej przewidujący sprowadzają wszywki zza wschodniej granicy. – Wszycie esperalu w Polsce kosztuje 800-1000 zł, ale ten zabieg nie jest skuteczny – mówi Hanna Ostrowska-Biskot, terapeuta uzależnień.

Esperal należy do tzw. awersyjnych metod leczenia, popularnych w latach 60. ubiegłego wieku, polegających na wzbudzaniu awersji do alkoholu. Specyfik hamuje metabolizm alkoholu. Jeśli pacjent po zabiegu wypije, szkodliwe półprodukty skumulują się w jego organizmie i wywołają nieprzyjemne objawy (ból głowy, kołatanie serca, lęk, a nawet utratę przytomności). Metody awersyjne dawno zostały odrzucone przez profesjonalnych terapeutów, którzy uważają, że ich stosowanie to unikanie leczenia. Chwilowe zaprzestanie spożywania alkoholu utwierdza bowiem pacjenta w przekonaniu, że panuje nad piciem i nie musi podejmować radykalnych działań zmierzających do zmiany sposobu życia.

W prasie i internecie reklamują się „kliniki" i „lecznice”, w których stosuje się tzw. alternatywne metody leczenia alkoholizmu. – Wszyscy oferujący je pseudospecjaliści to oszuści. Wykorzystują straszną, śmiertelną chorobę, jaką jest alkoholizm, do wyciągania od ludzi pieniędzy – uważa Hanna Ostrowska-Biskot. – Nie ma żadnych wiarygodnych badań potwierdzających skuteczność tzw. kodowania, korzeni czy ziół w leczeniu alkoholizmu – dodaje Jagoda Fudała, kierownik Działu Lecznictwa Odwykowego i Programów Medycznych Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Za stosowną opłatę można się dowiedzieć, że najlepszą metodą na wyleczenie z alkoholizmu jest unikanie życia towarzyskiego i stosowanie diety jarskiej. Można też wziąć udział w seansie biorezonansu lub otrzymać do wąchania miksturę ze zmielonych ludzkich paznokci, jaką kilka lat temu oferowała lekarka z warszawskiego Żoliborza. – Popularność metod alternatywnych bierze się z małej wiedzy Polaków na temat alkoholizmu i jego leczenia. Niewiele osób wie, że jedyne, co może pomóc alkoholikowi, to praca nad sobą – mówi Hanna Ostrowska-Biskot.

Uzależnienie jest mocno zakorzenione w psychice chorego. W chorobie alkoholowej, uważanej za nieuleczalną, można mówić jedynie o remisji, ale aby ją osiąg- Alkoholikowi może pomóc tylko długotrwała psychoterapia u specjalisty lub we wspólnocie AA nąć, konieczna jest systematyczna psychoterapia prowadzona pod kierunkiem wykwalifikowanego specjalisty lub zgodnie z programem dwunastu kroków Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Pierwszym i najtrudniejszym etapem jest uświadomienie pacjentowi strat poniesionych w wyniku picia po to, aby uzmysłowił sobie, że jest uzależniony. – Najskuteczniejsze w leczeniu alkoholizmu są metody psychoterapii behawioralno-poznawczej, które pomagają ludziom zrozumieć sytuację, w której się znaleźli, i uczą lepszego zarządzania samym sobą, ale bez zagłębiania się w psychoanalizę – mówi Jagoda Fudała. Ważne jest, aby alkoholik zrozumiał, na czym polega uzależnienie, i zdobył silną, wewnętrzną motywację do zmiany. W trakcie terapii trzeba wzmocnić przekonanie, że życiew trzeźwości przyniesie pacjentowi realne korzyści. Konieczne jest nabycie umiejętności życia z uzależnieniem traktowanym jako pewna dysfunkcja, a w tym pomocne są m.in. treningi radzenia sobie z nawrotami choroby, różnymi emocjami i reakcjami.

Podawanie środków farmakologicznych bez względu na ich skład chemiczny i sposób działania nie może być traktowane jako leczenie uzależnienia od alkoholu. Farmakoterapia bywa stosowana, ale tylko jako leczenie wspomagające, w początkowym etapie trzeźwienia, by zminimalizować fizyczne i psychiczne skutki tzw. zespołu odstawienia. Leki są podawane tylko po to, aby przygotować pacjenta do właściwego leczenia, czyli psychoterapii, która wymaga czasu, cierpliwości i zaangażowania. – Każdy człowiek jest z natury leniem i wolałby, aby ciężką pracę wykonał za niego ktoś inny. Zioła, złote kule czy esperal dają pacjentowi złudzenie, że zostanie uzdrowiony bez własnego wysiłku – mówi Hanna Ostrowska-Biskot. Zdarza się, że alkoholik korzysta z metod wymagających zaangażowania, ale tylko finansowego, po to, aby pokazać swoim bliskim lub przełożonym, że stara się wyjść z nałogu.

Skutkiem wmawiania pacjentom możliwości łatwego, niemal cudownego wyjścia z uzależnienia jest odwlekanie decyzji o podjęciu prawdziwej terapii. – Alkoholizm jest chorobą, która pomalutku wsiąka w człowieka, a później zagarnia go całego. Im dłużej zwleka się z rozpoczęciem leczenia, tym więcej pozwala się chorobie zabrać z siebie samego – tłumaczy Hanna Ostrowska-Biskot. Osoby korzystające z metod alternatywnych po kilku nieudanych próbach zazwyczaj tracą nadzieję, że wyjście z uzależnienia jest w ogóle możliwe, i rezygnują z jakiejkolwiek terapii. A prawda jest taka, że właściwie prowadzona psychoterapia, wsparcie rodziny i w razie potrzeby wspomaganie farmakoterapią dają 50-procentową szansę na sukces. Marta Koton-Czarnecka

źródło: Wprost 24

Codzienna obserwacja siebie


Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny...


Z pewnika duchowego, do którego odnosi się Krok Dziesiąty -
mówiącego, że ilekroć odczuwam zdenerwowanie, to,
niezależnie od powodu tego zdenerwowania, świadczy to o
tym, że coś jest nie w porządku ze mną samym - dowiaduję się
też, że nie ma od tej zasady wyjątków. Choćby nie wiem jak
nierozsądni wydawali mi się inni, to ja ponoszę
odpowiedzialność za to, by nie zareagować negatywnie.
Niezależnie od tego, co dzieje się na zewnątrz, zawsze będę
miał prawo - i obowiązek - zdecydować, jak chcę się do tego
wewnętrznie ustosunkować. To ja sam kreuję swoją własną
rzeczywistość. Sporządzając codzienny obrachunek, wiem, że
muszę przestać osądzać innych. Jeśli to robię, to tym samym
prawdopodobnie osądzam też siebie. Ten, kto najbardziej
wyprowadza mnie z równowagi, jest zarazem moim
najlepszym nauczycielem. Od osoby tej mogę się wiele nauczyć
i - w głębi serca - powinienem jej być wdzięczny.


Choroba sukcesu


Dlaczego alkoholizm często dotyka ludzi z pierwszych stron gazet

Do nadmiernego picia, które nieomal zrujnowało im życie, coraz częściej przyznają się obok "zwykłych" alkoholików osoby z pierwszych stron gazet. Elton John wyznał: "Piłem, bo byłem samotny". Melanie Griffith sięgnęła po kieliszek, żeby zbliżyć się psychicznie do uzależnionego męża, Dona Johnsona. Drew Barrymore, mając 13 lat, nie wytrzymała ciężaru popularności.

- Alkohol jest bardzo podstępnym środkiem chemicznym, przynoszącym ulgę lub przyjemność - mówi dr Ewa Woydyłło z Ośrodka Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. - Przenika do mózgu i naśladuje produkowane przez organizm substancje kojące, m.in. endorfiny. W nałóg może wpaść każdy. Sprzyja temu polska kultura i styl życia. Jeżeli człowiek zetknie się z alkoholem przed dwudziestym rokiem życia, nie zdaje sobie sprawy z zagrożeń, jakie on niesie. Zacznie pić, zachwycony, że znalazł wreszcie świetne lekarstwo na smutek, stres i złość. Powszechnie alkohol uważa się za najlepszy sposób na osiągnięcie przyjemności, szczęścia, uwolnienie się od bólu i lęku, a nawet poprawę sprawności seksualnej.
Poza predyspozycjami genetycznymi i uwarunkowaniami neurofizjologicznymi do czynników sprzyjających uzależnieniu od alkoholu specjaliści zaliczają cechy charakteru i środowisko. - Bardziej podatne na alkoholizm są osoby nadwrażliwe, które niezwykle intensywnie przeżywają porażki czy zwykłe wydarzenia. Może weń również nieświadomie wpędzić najbliższa rodzina, gdy nie interesuje się odczuciami, emocjami i problemami domowników, lecz jedynie stara się zapewnić im byt materialny - mówi dr Ewa Woydyłło.
Powszechność tej choroby bierze się także stąd, że picie jest tolerowane przez prawo oraz społecznie aprobowane. W wielu kulturach nie wypada odmówić wypicia kieliszka. - Spożywaniu alkoholu sprzyja styl życia na eksponowanych stanowiskach. Bankiety czy oficjalne spotkania stwarzają okazję, a jednocześnie dają przyzwolenie na picie alkoholu. Wtedy bowiem piją wszyscy - mówi dr Iwona Grobel z Centrum Zdrowia Psychicznego w Warszawie.
Osoba uzależniona od alkoholu nie budzi jednak współczucia. Ganiona jest za "brak silnej woli", krytykowana za nieodpowiedzialność i często pozostawiana bez wsparcia. Tymczasem alkoholik stanowi zagrożenie zarówno dla społeczeństwa, jak i dla samego siebie. Uzależnienie to skraca bowiem średnią długość życia o dwanaście lat. Ponadto - jak wynika ze statystyk - pod wpływem alkoholu lub innych substancji psychoaktywnych popełnia się połowę ogólnej liczby samobójstw i są przyczyną połowy śmiertelnych wypadków drogowych.
Niezmiernie często w nałóg ten wpadają ludzie sukcesu, którzy opinii publicznej wydają się szczęśliwcami. "U szczytu kariery przeżywałem chwile ogromnej samotności i nieśmiałości. Kiedy na koncercie miałem przed sobą sto tysięcy ludzi, robiłem z nimi, co chciałem. To był mój spektakl. Potem w garderobie bałem się spojrzeć komukolwiek w oczy. To właśnie pchnęło mnie w stronę alkoholu i narkotyków" - przyznał Elton John w wywiadzie udzielonym telewizji Sky. Przez piętnaście lat artysta był nieustannie pod wpływem alkoholu i narkotyków. Dopiero w 1990 r. udało mu się zerwać z uzależnieniem. Elizabeth Taylor na pytanie, dlaczego zaczęła pić, odpowiedziała: "Sława i samo aktorstwo są schizofreniczne. Grając, stajesz się kimś innym. Nie jesteś sobą, ale postacią, którą portretujesz". Przyczyniło się do tego również małżeństwo z Richardem Burtonem, który nie krył swojej słabości do alkoholu. Pierwsze oznaki choroby dostrzeżono u Taylor w 1975 r. - stawała się coraz bardziej nieobliczalna, opryskliwa i niedyskretna. W listopadzie 1983 r. z powodu bólów brzucha trafiła do szpitala. Nawet tam nie rozstawała się z butelką ulubionego burbona. Kiedy po wypiciu szklaneczki i połknięciu środków przeciwbólowych straciła przytomność, jej dzieci uznały, że trzeba podjąć bardziej zdecydowane kroki. Na początku grudnia aktorka rozpoczęła leczenie w słynnej klinice Betty Ford w pobliżu Palm Springs w Kalifornii. Przebywała tam prawie dwa miesiące. "Sprawiłam moim dzieciom tyle bólu. Martwiły się o mnie, musiały podnosić mnie z podłogi. Ileż cierpienia widziałam w ich twarzach. I to ja byłam ich przyczyną" - wyznała w jednym z wywiadów. Melanie Griffith, dziś określana jako niepijąca alkoholiczka, z nałogiem walczyła przez całe życie. Udało się jej uwolnić od niego dzięki spotkaniom w klubie anonimowych alkoholików. Winę za chorobę ponosi częściowo jej mąż, Don Johnson. "Jeśli jedno z małżonków pije, może wciągnąć w nałóg drugie. Chcesz się do niego upodobnić, być razem" - wyznała Griffith.
- Osoby z pierwszych stron gazet mają wyjątkowo duże poczucie wstydu - mówi dr Iwona Grobel. - Trudniej im się przyznać do słabości i dlatego też później zaczynają szukać pomocy. Jeśli jednak rozpoczną leczenie, to wówczas - zwłaszcza na początku - niektórzy uważają się za lepszych od innych pijących. Zdarza się, że nie chcą uczestniczyć w terapii grupowej, która jest podstawową metodą leczenia uzależnień. Interesują ich elitarne grupy wsparcia dla "lepszych" alkoholików. Ponadto osobom na eksponowanych stanowiskach łatwiej jest ukryć chorobę. Mają bowiem większą możliwość manipulowania otoczeniem. Nie muszą być w pracy o określonej godzinie, wykonują lub wydają polecenia przez telefon, dzięki czemu mogą na przykład długo ukrywać kaca.
Strach przed końcem kariery utrudnia powszechnie znanym osobom przyznanie się do słabości. Politycy i biznesmeni obawiają się, że ujawniając swoją chorobę, zdyskredytują się w oczach opinii publicznej, a co się z tym wiąże - zostaną uznani za osoby nieodpowiedzialne, które nie mogą pełnić ważnych funkcji społecznych. Ich obawy potwierdza najnowsza ankieta sopockiej Pracowni Badań Społecznych. Co drugi pytany przyznał, że informacja o tym, iż jakiś polityk pije, powoduje jego negatywną ocenę. Dla co trzeciego respondenta nie ma ona znaczenia. Nikt jednak nie ocenia tego faktu pozytywnie.
Pilnie strzeżoną tajemnicą są zatem informacje na temat stanu zdrowia Borysa Jelcyna. Oficjalne komunikaty mówią o dolegliwościach związanych z układem krążenia. Tymczasem Aleksander Korżakow, były szef ochrony Borysa Jelcyna, w opublikowanych wspomnieniach ujawnia, że prezydent jest uzależniony od alkoholu i często wpada w głęboką depresję. Próbował nawet popełnić samobójstwo. We wspomnieniach Korżakowa co chwila pojawia się zdanie: "Jelcyn nalał i wypił haustem szklankę wódki" (podobny styl picia miał Nikita Chruszczow, słynący z mocnej głowy). Korżakow przyznaje, że nawet po operacji serca prezydent sięgał po koniak. Opinię szefa ochrony potwierdzają psychoterapeuci obserwujący zachowanie prezydenta Rosji. Nagłe odwoływanie podróży, stronienie od życia publicznego przez wiele dni, a potem nieudolne próby wytłumaczenia się to - w ich opinii - zachowania typowe dla osób uzależnionych od alkoholu. Dochodzą do tego dolegliwości fizyczne: kłopoty z poruszaniem się, artykułowaniem słów oraz opuchlizna i przekrwienie twarzy, a także dziwny uśmiech.
Częściej otwarcie o alkoholizmie opowiadają drobni biznesmeni, urzędnicy i artyści. Ci ostatni nie starają się ukrywać choroby, wierząc, że mówiąc o niej, pomogą innym. Od lat osoby uzależnione wspierane są w ten sposób przez Stanisławę Celińską i Daniela Olbrychskiego. W Stanach Zjednoczonych większość alkoholików ma odwagę opowiadać o swoich kłopotach, o dramatycznych zmaganiach z chorobą, o przełamywaniu własnej niedoskonałości. Swoim przykładem ostrzegają przed uzależnieniem, a dla nałogowo pijących są wzorem do naśladowania. Pierwszą osobą, która publicznie zaczęła mówić o swoich problemach z chorobą alkoholową, była Betty Ford, żona prezydenta Stanów Zjednoczonych. Założyła fundację, która zajmuje się leczeniem alkoholizmu i udzielaniem pomocy osobom uzależnionym od nałogu. W ośrodku tym przebywali Tony Curtis, Liza Minnelli i Don Johnson.

Aktorka Drew Barrymore miała trzynaście lat, kiedy stwierdzono u niej chorobę alkoholową

Z alkoholizmem walczyli też Eric Clapton i Joe Cocker. Publicznie przyznali się do choroby, pokazywali, że można przestać pić, że warto później żyć i można znowu odnosić sukcesy. Dramat przeżyła Drew Barrymore. Jako dziewięcioletnia dziewczynka zagrała w słynnym filmie "E.T.". Szybko zdobyła popularność i sympatię Amerykanów. Rzeczywistość jednak ją przerosła. Gdy miała trzynaście lat, stwierdzono u niej chorobę alkoholową. Kilkakrotnie leczona, po latach stanęła na nogach. Przyznaje, że straciła co najmniej pięć lat życia. Dziś znów odnosi sukcesy. Zagrała u Woody?ego Allena w filmie "Wszyscy mówią kocham cię" oraz w "Batmanie Forever", "Krzyku" i "Szalonej miłości". Dwadzieścia lat temu z nałogiem zerwał Anthony Hopkins. Nie tylko opowiada o swojej chorobie, ale prowadzi też spotkania z angielskimi więźniami.

- Przyznanie się znanych i często wielbionych osób do słabości ma ogromne znaczenie w terapii ludzi uzależnionych. Gdy opowiadają o tym autorytety życia publicznego, pokazują innym borykającym się z tym problemem, że jest to "demokratyczna" choroba - nie dotyczy tylko marginesu społecznego, może dotknąć każdego. Swoim przykładem uświadamiają, że nie musi się skończyć pod ławką czy w rynsztoku. Nawet jeżeli ktoś wpadnie w nałóg, to alkoholicy niepijący stanowią żywy dowód, że można się przełamać i pokonać chorobę. Jest to szczególnie cenne dla osób zaczynających leczenie - uważa Bogusław Prajsner z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Dodatkowo psychoterapeuci sądzą, że publiczne przyznanie się do choroby alkoholowej przez osoby na wysokich stanowiskach motywuje zwykłych pacjentów do podjęcia leczenia. Znane postaci stają się dla nich największym autorytetem. Chorzy nabierają przekonania, że jeśli tzw. osobom medialnym udało się wyleczyć, to także oni mogą sobie poradzić z chorobą. - Ţaden człowiek nie rodzi się dojrzały, nie od razu umie radzić sobie z problemami. Odpowiedzialność nie oznacza przecież, że człowiek nie ma zmartwień, lecz że potrafi znaleźć wyjście z trudnych sytuacji - mówi dr Woydyłło.

Autor: Dorota Romanowska

źródło: Wprost 24

Tradycja 10 Wspólnoty AA


Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich wspólnoty, ażeby imię AA nie zostało nigdy uwikłane w publiczne polemiki.

Alcoholics Anonymous has no opinion on outside issues; hence the A.A. name ought never be drawn into public controversy.

A w pełnej wersji:
Żadna grupa ani żaden członek AA nie powinni nigdy wyrażać swych opinii na temat kontrowersyjnych spraw spoza wspólnoty, a w szczególności na temat polityki, ustawodawstwa alkoholowego lub sekt religijnych, w taki sposób, który mógłby sugerować, że jest to opinia AA. Grupy Anonimowych Alkoholików nie walczą z nikim, a w tego rodzaju sprawach w ogóle nie wyrażają swoich opinii.


1. Czy swoim zachowaniem lub wypowiedziami sprawiam kiedykolwiek wrażenie, że naprawdę istnieje jakieś „oficjalne stanowisko AA” w takich kwestiach, jak na przykład: konsultowanie się lub niekonsultowanie z medykami i psychiatrami. poddawanie się lub niepoddawanie hospitalizacji, zażywanie lub niezażywanie witamin, uczęszczanie lub nieuczęszczanie do kościoła, władze lokalne lub państwowe, legalizacja marihuany, ewentualny wpływ pobytu w więzieniu na proces trzeźwienia, przyjmowanie lub nieprzyjmowanie Anticolu i środków uspokajających, alkohol, Al.-Anon, Alateen?
2. Czy potrafię szczerze podzielić się swoim własnym doświadczeniem odnośnie do powyższych sprawi, nie robiąc wrażenia, że wyrażam „oficjalne stanowisko AA”?
3. Jakie doświadczenie w historii AA stało się impulsem do sformułowania Tradycji Dziesiątej?
4. Czy od kiedy jestem w AA, sam doświadczyłem czegoś podobnego?
5. Jak wyglądałoby funkcjonowanie AA, gdyby nie ta Tradycja? Co stałoby się ze mną samym?
6. Czy w ledwo uchwytny sposób - może nawet nieświadomie sprzeniewierzam się tej lub którejś ze wspierających ją Tradycji?
7. W jaki sposób mogę dać wyraz duchowi tej Tradycji w moim życiu poza Wspólnotą? We Wspólnocie?

Krok X Programu Wspólnoty AA


"Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów."

Continued to take personal inventory and when we were wrong promptly
admitted it.

1. Czy przy dziesiątym kroku zaczynam stosować sposób życia AA w praktyce dzień po dniu, w pogodnych i burzliwych chwilach?
2. Czy ciągły wgląd we własne zalety i wady oraz pragnienie, by dzięki temu stale uczyć się i rozwijać – są dla mnie koniecznością?
3. Czy stosuję obrachunek moralny Czwartego i Dziesiątego Kroku?
4. Czy ilekroć ulegam wzburzeniu, to niezależnie od jego powodów coś złego dzieje się ze mną?
5. Co to jest „usprawiedliwiony gniew”? Jak często pojawia się u mnie?
6. Czy natychmiastowy obrachunek obejmuje moje bieżące wzloty i upadki szczególnie wtedy, kiedy ludzie lub nieoczekiwane wydarzenia wytrącają mnie z równowagi i prowokują do błędów?
7. Czy moim celem jest postęp, czy doskonałość?
8. Czy unikam niepohamowanego krytycyzmu i zapalczywych kłótni, dąsania się po kątach i milczącej pogardy?
9. Duma i mściwość – jak rozumiem te pojęcia? Jak mają się one do mojej osoby? (przykłady z własnego życia)
10. Czy pamiętam, ze moje obecne sukcesy zawdzięczam bardziej łasce Bożej niż sobie samemu?
11. Co to znaczy „postępowanie w imię słusznych racji”? Jak to odnosi się do mnie? (przykłady z własnego życia)
12. Czy umiem podziękować Bogu (jakkolwiek Go pojmuję) za otrzymane błogosławieństwa i ze spokojnym sumieniem zasnąć?
13. Czy rozumiem istotną różnicę pomiędzy popełnionymi błędami, a popełnianymi błędami?
14. Gdzie, komu, w jaki sposób mam się przyznawać? Czy samo przyznawanie się wystarczy?
15. Czy podczas obrachunku moralnego odkrywam prawdziwe intencje swoich działań i ujawniam je?

Dziesiąty Krok programu Anonimowych Alkoholików


Jak wyzdrowieć z alkoholizmu robiąc 12 kroków
w sposób opisany w Wielkiej Księdze

"Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów"

"Dochodzimy do KROKU DZIESIĄTEGO ...
... rozpoczynamy energicznie nowy sposób życia."
(Anonimowi Alkoholicy - str. 72 , ostatni akapit)

Tak, więc Kroki IV do IX dotyczą rozliczenia się z przeszłością. Możemy zacząć praktykowanie kroku X w momencie rozpoczęcia pracy nad krokiem IV. Ważne jest również, aby nie czekać z krokiem X do czasu całkowitego zakończenia kroku IX, czyli zadośćuczynienia.

Wkroczyliśmy w sferę życia duchowego

Pomyślmy przez chwilę, co to zdanie znaczy. Nie opieramy już naszego życia na naszej własnej woli, ale na woli Boga, jakkolwiek Go pojmujemy. Podjęliśmy tę decyzje przy kroku III. Nie my decydujemy tylko Siła wyższa.

Postarajmy się, w następnym fragmencie, odszukać inne Kroki:

"Naszym następnym zadaniem w tym nowym życiu ...
... Kierujmy się zasadą miłości i tolerancji."
(Anonimowi Alkoholicy - str. 73 , pierwszy akapit, wers trzeci)

Tak, więc, jeśli w ciągu dnia, zauważę, że któraś z moich wad charakteru daje o sobie znać nie muszę podejmować działania bazując na niej, po staremu. Jeśli jednak mimo wszystko postąpię zgodnie z moimi starymi nawykami to Krok X daje mi wyraźne instrukcje, co robić, aby naprawić ten błąd. Po przejściu całego procesu rozpoznania danej wady rozmawiamy z osobą zaufaną, jeśli jest to konieczne, prosimy Boga, aby tę wadę usunął i dokonujemy natychmiastowego zadośćuczynienia w przypadku, gdy kogoś skrzywdziliśmy. Następnie kierujemy nasze myśli w stronę kogoś, komu możemy okazać się pomocni, możemy, więc np. pomóc komuś w pracy, żonie przy sprzątaniu, w sklepie czy w tramwaju jakiejś staruszce itp. Oczywiście to wszystko wymaga czasu i praktyki, ale z Bożą pomocą jest to wykonalne. Krok X jak i następny, XI, dotyczą codziennej dyscypliny.

Obietnice Kroku X:

"Przestańmy walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek ...
... dopóki zachowamy odpowiedni stan ducha."
(Anonimowi Alkoholicy - str. 73 , drugi akapit)

Oczywiście nie jesteśmy na zawsze wyleczeni z alkoholizmu!

"Jakże jednak łatwo zaniechać duchowego programu nowego życia ...
... Oto właściwy sposób użycia naszej woli."
(Anonimowi Alkoholicy - str. 73 , ostatni akapit)


źródło:12krokow.webpark.pl