Dzielimy się informacjami, doświadczeniami narosłymi wokół programu 12 Kroków i stosujących go, by wymieniać je i by dać szanse zdobycia o nich wiedzy nieuzależnionym.

Tekst zatytułowany MOST rzuca ciekawe światło na oryginalność różnych tekstów nazwanych Desiderata.


Prywatne śledztwo w sprawie pochodzenia sławnej "Dezyderaty" znanej jako hymn Piwnicy pod Baranami. cd.

W związku z remontem Biblioteki Centralnej, jako starszy kustosz kierowałem przenosinami i porządkowaniem starego magazynu mieszącego się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rudzie Śląskiej. Uwagę moją przykuła nieoznakowana teczka zrobiona z dwóch twardych okładek oklejonych niebieskim papierem marmurkowym, połączonych sfatygowanym szarym sznurkiem. Wewnątrz obok fragmentów starych gazet z początku wieku, znalazłem zniszczone, złamane w pół zdjęcie wieży kościoła z Goduli*, a w środku kartkę zapisaną odręcznie w języku niemieckim. Na rewersie zdjęcia, prawdopodobnie kopiowym ołówkiem, było napisane: „Der Text von Kirchturm” (Tekst z wieży kościelnej). Zrazu bardziej byłem zainteresowany zdjęciem, na którym wspaniale było widać kamienne gargulce w kształcie wilków, aniżeli dołączonym do fotografii tekstem. Tym bardziej, że był on napisany dla mnie dość nieczytelnie, a biorąc pod uwagę moją niezbyt dużą biegłość w języku niemieckim, początkowo był dla mnie szyfrem. Zdjęcie zaintrygowało mnie na tyle, iż zainteresowałem się historią kościoła, a szczególnie dziejami wieży kościelnej. I co się po czasie okazało? W „Acta der Gräflich Schaffgotsch’schen Werke“ zamieszczono odpis protokołu sporządzonego 24 sierpnia 1928 roku. Protokół spisano, kiedy to przy naprawie krzyża na wieży kościoła Ścięcia św. Jana Chrzciciela w miejscowości Godula (obecna Ruda Śląska) wyjęto zawartość gałki, którą zainstalowano tam 4 sierpnia 1871 roku w momencie ukończenia prac związanych z budową świątyni.

W środku znaleziono dokumenty przedstawiające dzieje budowy, szkatułkę z fotografiami fundatorów kościoła - rodziny Schaffgotschów oraz wyższych stanowiskiem pracowników ich przedsiębiorstw, monety z lat 1866-1871, talary o sto lat starsze, książkę D. Borna „Der Deutsche Krieg von 1870” (Niemiecka wojna w 1870 roku), meldunki z działań wojennych z 1870 r., ówczesne gazety, a także odręcznie napisany utwór – pięknie kaligrafowanym gotykiem - anonimowego autora pt. „Die Brücke” (Most). Następnie wszystkie dokumenty wraz z monetami i opisem remontu z powrotem schowano w gałce mieszczącej się pod krzyżem na wieży kościoła.

Początkowo wszystko wskazywało na to, że byłem w posiadaniu dokumentu, który był odpisem sporządzonym z pierwowzoru w 1928 r. Natomiast losy oryginału pochodzącego z około 1871 roku – o czym poniżej – stały się nieodgadnione.

Ciekawość moja była tak wieka, iż pochyliłem się nad tajemniczym tekstem i powolutku, niczym kryptolog, dzięki wydatnej pomocy Tytusa K. Rolskiego, przełożyłem go na język polski.

Utwór swoją formą i treścią przypomniał mi bardzo znany w pewnych kręgach tekst, a szerzej rozpowszechniony przez aktorów z „Piwnicy pod Baranami”. Mowa oczywiście o słynnej „Desideracie”, która jak wiadomo, powstała jako utwór anonimowy, datowany na rok 1692, a znaleziony w starym kościele św. Pawła w Baltimore. Jednakowoż tak upowszechniana informacja o pochodzeniu tekstu była jedynie fikcją. Fakty są całkowicie inne, albowiem okazało się, iż autorem utworu pt. „Desiderata” był Max Ehrmann.

Max Ehrmann urodził się w Stanach Zjednoczonych w stanie Indiana w 1872. Pochodził z rodziny niemieckich emigrantów (ojciec Maksymilian, matka Barbara z domu Lutz przybyli do USA z Bawarii w roku 1840). Max studiował na Harvardzie prawo i filozofię. Był wydawcą uczelnianego magazynu. W tym czasie opublikował pierwszą książkę. Przez lata pracował w firmie prowadzonej przez brata. W wieku 40 lat zajął się pisarstwem. Napisał ponad 20 książek, wiele esejów i pamfletów oraz wierszy. Publikował je w magazynach i czasopismach. Najbardziej znanym jego utworem jest właśnie „Desiderata”, opublikowana po raz pierwszy w 1927 r. Część amerykańskich literaturoznawców podejrzewała twórcę o popełnienie plagiatu, ale w końcu uznano Ehrmanna za autora spornego tekstu. Twórca „Desideraty” zmarł w 1945 r. Co do kościoła św. Pawła w Baltimore w stanie Maryland. W 1956 r., rektor baltimorskiego kościoła użył tego utworu w zbiorze powielanych, inspirujących materiałów przeznaczonych dla parafian. Ktoś, kto później to drukował, stwierdził, że został on znaleziony w kościele św. Pawła z 1692 roku. Rok 1692 był rokiem budowy kościoła i siłą rzeczy trudno datować wspomniany tekst na tenże rok.

Najbardziej znanego tłumaczenia na język polski dokonał Andrzej Jakubowicz, które w wydaniu książkowym po raz pierwszy ukazało się w wydawnictwie Kazimierza Jankowskiego „Hipisi. W poszukiwaniu Ziemi Obiecanej”, (wydawca: Książka i Wiedza, 1972).

Ciekawostką jest tutaj fakt, że polscy literaturoznawcy – biorąc pod uwagę formę utworu oraz jego warstwę językowa – bez zastrzeżenia przyjęli fakt datowania tekstu na początek XVII wieku.

Nie jestem komparatystą, jednak porównując polskie tłumaczenia „Mostu” i „Desideraty” odnosi się nieodparte wrażenie, że niemożliwe jest, aby tak podobne teksty powstały niezależnie od siebie. Śmiem twierdzić, iż Max Ehrmann musiał czytać tekst godulski, który prawdopodobnie powstał w okolicach 1871 roku. Czy jest to możliwe? Jak mawiają – wszystko jest możliwe na tym świecie. Max Ehrmann będąc niemieckim emigrantem na pewno posiadał rodzinę w Niemczech. Miejscowość Godula w tym czasie również leżała w Niemczech. Górny Śląsk w drugiej połowie XIX wieku był miejscem wzmożonej industrializacji, która powodowała dość duże ruchy migracyjne, szczególnie ludności z ówczesnych Niemiec. Zatem istnieje taka możliwość, że tekst umieszczony na wieży kościoła Jana Chrzciciela w Goduli, w dekanacie Ruda Śląska, dotarł poprzez kogoś z rodziny, do rąk Maxa Ehrmanna. I jest możliwe, iż pod wpływem tegoż tekstu Ehrmann napisał swoją dezyderatę. Zastanawiające jest również to, że legenda amerykańska umiejscawiała „Desideratę” w kościele św. Pawła w Baltimore, natomiast „Most” został znaleziony w kościele Ścięcia św. Jana Chrzciciela w Goduli. Przypomnieć należy również, iż niektórzy literaturoznawcy amerykańscy do końca nie wierzą w autorstwo Maxa Ehrmanna. Podsumowując te zastrzeżenia i zastanawiające zbieżności, stwierdzenie, że istnieje możliwość, iż „Die Brücke” jest pradesideratą, przestaje wydawać się absurdem.

Niestety, dziś nie jesteśmy w stanie stwierdzić na ile odpis „Mostu” jest zgodny z oryginałem, ponieważ w tajemniczych okolicznościach cała zawartość gałki z wieży kościelnej została skradziona. W trakcie remontu wieży kościelnej, przeprowadzonego w roku 1998, zajrzano do gałki, która okazała się pusta. Przypuszcza się, że wieża została obrabowana z bezcennych dokumentów historycznych w trakcie prac remontowych przeprowadzonych zaraz po II wojnie światowej.

Pozostawiając czytelnikom wyrobienia sobie zdania co do wyżej zaprezentowanej koncepcji, prezentuję oryginał niemiecki oraz oryginał angielski, a także ich tłumaczenia na język polski



Die Brücke

Anvertraue dir. Hör nicht auf zu träumen und immer üb die Schrift besonders, dem man weiß nie welche Fähigkeiten Du brauchen wirst.
Sei dankbar für Eifallsreichstum und mißbrauche ihn nicht, weil Gebet - gleichgültig ab Du glaubst oder nicht - macht deine Welt.
Und in den schwierigen Momenten vergesse nicht bauen, weil nur das außer Liebe ist wirkliche Tugend und nicht übertroffene Kraft, die in den Himmel führt.
Anderen Weg gibt es nicht. Laß Dich nicht verwirren, durch den Krieg - der zerstört sich selbst.
Aber so weit wie es möglich ist, hab acht vor ihr und allen anderen Revolutionen, die ist das Irre für die Irren.
Bleibe in der Mitte und Enthaltsamkeit die führt Dich aus jeder Hölle.
Sei nicht fanatisch, weil die Krankheit tötet - erst alles im Umkreiß und dann sich selbst.
Und sei nicht faul, Ödland wartet nur.
Aber über alles hab keine Furcht.
Gehe zielstrebig - wenn es den anderen nicht bedroht - voll Glaube, Hoffnung und Liebe.
Weil Du bist die Brücke, zwischen Erde und Himmel.
Also hab keine Furcht glücklich zu sein.


Desiderata


Go placidly amid the noise and the haste,
and remember what peace there may be in silence.
As far as possible, without surrender,
be on good terms with all persons.
Speak your truth quietly and clearly, and listen to others,
even to the dull and the ignorant; they too have their story.
Avoid loud and aggressive persons; they are vexations to the spirit.

If you compare yourself with others, you may become bitter or vain,
for always there will be greater and lesser persons than yourself.
Enjoy your achievements as well as your plans.
Keep interest in your own career, however humble;
it is a real possession in the changing fortunes of time.
Exercise caution in your business affairs,
for the world is full of trickery.
But let this not blind you to what virtue there is;
many persons strive for high ideals,
and everywhere life is full of heroism.

Be yourself.
Especially do not feign affection.
Neither be cynical about love;
for in the face of all aridity and disenchantment,
it is as perennial as the grass.
Take kindly the counsel of the years,
gracefully surrendering the things of youth.
Nurture strength of spirit to shield you in sudden misfortune.
But do not distress yourself with dark imaginings.
Many fears are born of fatigue and loneliness.

Beyond a wholesome discipline, be gentle with yourself.
You are a child of the universe, no less than the trees and the stars;
you have a right to be here.
And whether or not it is clear to you,
no doubt the universe is unfolding as it should.
Therefore, be at peace with God, whatever you conceive him to be.

And whatever your labours and aspirations,
in the noisy confusion of life, keep peace in your soul.
With all its sham, drudgery and broken dreams,
it is still a beautiful world. Be cheerful. Strive to be happy.


Most

zaufaj sobie
nie rezygnuj
z realizacji swych marzeń
i zawsze ćwicz
szczególnie pismo
bo nigdy nie wiadomo
jakich umiejętności
oczekuje od ciebie los
zawsze dziękuj za pomyślność
i nie odwracaj się od niej
gdyż modlitwa
obojętnie czy wierzysz lub nie
kreuje twój świat
a w chwilach katastrof
pamiętaj o budowaniu
bo tylko to oprócz miłości
jest prawdziwą cnotą
i siłą niepohamowaną
wznoszącą do nieba
a innej drogi nie ma
i niech cię nie zwiedzie
tocząca się wojna
ona zawsze wykańcza
samą siebie
jednak o ile można
strzeż się jej
jak każdej innej rewolucji
która dla głupców przez głupców
trzymaj się strony środka
bowiem umiar wyprowadzi
cię z każdej czeluści
nie bądź nawiedzony
bowiem niezdrowa pasja zabija
najpierw wszystko dookoła
a później samą siebie
i nie bądź leniwy
strachy gór tylko na to czekają
ale nade wszystko
nie lękaj się
idź do swego celu
o ile nie zagraża innym ludziom
pełen wiary
nadziei
i miłości
bo jesteś mostem
stąd do wieczności
zatem nie bój się
być szczęśliwy


*Miejscowość Godula powstała dopiero w 1924 roku i jako osobna gmina przetrwała do roku 1951, kiedy to została wraz z Orzegowem przyłączona do Rudy Śląskiej.
W latach 1854-55 zarządca majątku Johanny von Schomberg (póżniejsza Szaffgotch)Scheffler - na terenie ówczesnego Orzegowa - zbudował hutę cynku noszącą imię Karola Goduli ("Carl Godullahütte"). Jej budowę planował zresztą za życia już sam Karol Godula, który zmarł w roku 1848. Nazwę huty przejęła wybudowana wokół zakładu osada.
W latach 1858-61 powstała koło huty kolonia 21 budynków rozmieszczonych wokół placu targowego (dzisiejszy Plac Niepodległości). W ten sposób utworzonocentrum dzisiejszej dzielnicy Godula.
Budowa omawianego kościoła została zakończona, jak już podano, w roku 1871. Zatem prawidłowo kościół powinien być nazywany orzegowskim. Jednakowoż obsługiwał on przede wszystkim wiernych z kolonii potocznie zwanej Godulą. Zatem pomimo tego, iż znajdował się w Orzegowie, od początku był kościołem godulskim. Dlatego też, w powyższym opracowaniu, używa się terminu „kościół godulski”.


źródło:
- Sybillianizm
- Przyczynek w sprawie śląskiej

Lapet



dodajdo.com

Desiderata
Dzieje utworu, który stał się legendą


Prywatne śledztwo w sprawie pochodzenia sławnej "Dezyderaty" znanej w Polsce jako hymn Piwnicy pod Baranami.

Pisownia:
Można spotkać różne pisownie
desiderata - desideraty - deziderata - dezideraty - dezyderata - dezyderaty
ale cały czas chodzi o ten sam poemat

Desiderata nie jest tekstem aowskim i nie powinny być sprzedawane przez BSK AA.

Dlaczego jednak są w sprzedaży?
Doszły mnie dwie opinie od dwóch różnych osób:

1. Nie można ich zatwierdzić jako tekst aowski bo są problemy z prawami autorskimi.
2. "Nadrukowaliśmy kiedyś tego dużo i trzeba po prostu sprzedać".

A mogło być też tak jak często w życiu. Zaczęło się coś robić od początku źle, ludzie się przyzwyczaili i teraz trudno to zmienić.

Żeby tekst stał się tekstem aowskim potrzeba jest decyzja Konferencji Służby Krajowej AA wydana po porozumieniu i za aprobatą Powierników i Krajowej Komisji Literatury. Dopiero wtedy tekst, czy książkę, może oficjalnie sprzedawać Fundacja BSK

W każdym razie w BSK nie ma jednej opinii na ten temat i najczęściej wymigują się od odpowiedzi.


„Dezyderaty” nie mają wiele wspólnego z Programem AA – jeśli w ogóle cokolwiek – a nawet powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Doktor Bob powiedział w swym ostatnim wystąpieniu, że jak ścisnąć cały ten Program, to zostaje właściwie tylko miłość i służba.
O służeniu innym z miłością i z miłości w poemacie Ehrmanna nie ma ani słowa. Jest za to o unikaniu ludzi, których towarzystwo może nie być najprzyjemniejsze, jest o dbaniu o własny komfort, ciszę i spokój. W AA mówią, że nasze wspólne dobro jest najważniejsze. Ehrmann wydaje się być innego zdania. Wiele jego sugestii dotyczy zapewniania samemu sobie spokoju, dobrego samopoczucia, szczęścia. Stosunki z innymi ludźmi? Tak, ale tylko pod warunkiem, że nie trzeba będzie się nijak zmieniać, a ci inni nie będą zbyt uciążliwi.
Zastanawiam się, czemu ten poemat podobał mi się aż tak bardzo, czemu byłem nim zachwycony, a nawet zafascynowany i zauroczony? Czemu często łzy stawały mi w oczach, gdy go czytałem? Był taki czas, w którym marzyłem, że będę żył tak, jak to napisano w „Dezyderatach”, wierzyłem, że to możliwe, pragnąłem tego i nawet próbowałem traktować ten utwór, jako coś w rodzaju przewodnika życiowego. A może… Może miało to jakiś związek z moim uzależnieniem?

„Dezyderaty” to był miód na moją zbolałą duszę alkoholika. Ehrmann zapewniał mnie, że mam prawo tu być, że powinienem być pogodny, starać się o własne szczęście, nie pozwalać innym wprowadzać w mój świat zgiełk i pośpiech, że przestawać mam tylko z ludźmi, których towarzystwo jest przyjemne, że mam być dla siebie łagodny, nie zmieniać się, że świat jest piękny…
Tak, to był mój wymarzony i upragniony sposób na życie. Taki śnił mi się zwykle po trzeciej ćwiartce. Piękny świat dla mnie, bo przecież Ehrmann nie sugeruje zastanawiania się i rozważań, czy ten świat ze mną, alkoholikiem, dla moich bliskich, lub współpracowników, był i jest równie piękny.
Zakochany wręcz byłem w ostatnich słowach: „staraj się być szczęśliwy” – zdecydowanie bardziej mi się to podobało niż na przykład „zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy”, czy „zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny”, albo inne, które są praktyczną wskazówką dotyczącą zdrowienia.
„Dezyderaty” to nadal i wciąż piękny utwór. Tak piękny, jak tysiące innych tekstów poetyckich wśród milionów, które powstały na przestrzeni dziejów. I chyba lepiej byłoby, gdyby tym właśnie pozostał – uroczym poematem. Bo jako recepta na życie sprawdzić może się chyba tylko na bezludnej wyspie. Natomiast w przypadku ludzi uzależnionych… no, cóż… może kiedyś jednak wypadałoby w końcu podjąć próbę rozstania z własnym monstrualnym egoizmem i egocentryzmem? Na tym świecie żyją też inni ludzie, może warto ich i ich sprawy zacząć wreszcie zauważać? Zamiast nieustannie, stale i wciąż dbać i starać się o własne szczęście i święty spokój? Nawet jeśli faktycznie niektórzy z nich są głośni i napastliwi, mają chyba prawo do czegoś więcej, niż tylko chwilka uwagi, poświęcana z pobłażaniem i wyższością głupcom i ignorantom? "
Meszuge

Dziennikarka "Polityki" Barbara Pietkiewicz nazwała kiedyś ten tekst "najpiękniejszą w PRL modlitwą do szczęścia". Mnie hymn "Dezyderata" skandowany przez zespół Piwnicy pod Baranami skojarzył się na zawsze z czasami pierwszej "Solidarności". "Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie. Wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych. Oni też mają swoją opowieść". W 1981 r. nagrałem sobie tę pieśń z radia. Taśma z "Dezyderatą" pozostała pamiątką czasów, które mimo zagrożeń miały w sobie jakiś szczególny spokój. "Unikaj głośnych i napastliwych... Bądź ostrożny w interesach... Przy całej złudności i znoju, i rozwianych marzeniach jest to piękny świat, jest to piękny świat" - powtarzał chór Piwnicy.

Jakie jest prawdziwe pochodzenie tekstu rzekomo "znalezionego w starym kościele św. Pawła w Baltimore, w 1692 roku"? Marian Sworzeń - prawnik i poeta z Mikołowa - przeprowadził w tej sprawie prywatne śledztwo. Wyniki przedstawił w książeczce "Dezyderata. Dzieje utworu, który stał się legendą". W 1994 roku Sworzeń pojechał do Baltimore, znalazł stary protestancki kościół i dowiedział się czegoś, o czym nie wiedział polski tłumacz Andrzej Jakubowicz: "Dezyderata" wcale nie jest tekstem anonimowym ani starym.

W 1927 r. Max Ehrmann napisał swój najsławniejszy poemat „Dezyderaty” na swój prywatny użytek jako zbiór zasad życiowych . W czasie Bożego Narodzenia w 1933 r. przekazał go swoim przyjaciołom jako część życzeń świątecznych. W jakiś czas później, poemat odnalazł jeden z bostońskich psychiatrów. Napisał wówczas do Ehrmanna: „Powinien Pan wiedzieć, że niemal co dzień używam Pana pięknego poematu prozą „Dezyderaty” w mojej pracy”. W 1948 r., w trzy lata po śmierci Ehrmanna, wdowa po nim opublikowała „Dezyderaty” wraz z innymi poematami w tomie: „The Poems of Max Ehrmann”. W 1950 r. pastor kościoła w Maryland umieścił „Dezyderaty” na pierwszej stronie modlitewnika dla wiernych. Poemat był wydrukowany na papierze firmowym opactwa z komentarzem: „Stary Kościół Świętego Pawła, Baltimore, A.D 1692”. Od tego czasu przekazywany był z rąk do rąk a data jego powstania (1927 r.) została zamieniona na datę budowy kościoła. Autor łączył w sobie różne talenty i specjalności. Był poetą, prawnikiem, socjologiem, filozofem (Sworzeń, opisując jego życie, wyraźnie szuka w nim mistrza i bratniej duszy). Ehrmann pozostawił po sobie kilka książek: poezję, powieści, dramaty, wykłady oraz interesujący dziennik. Pochodził z pobożnej metodystycznej rodziny. Wolny umysł przejęty ideami Ewangelii i socjalizmu przepowiadał wielkie odkrycie Buddy przez Amerykanów w XXI wieku. "Żyj w zgodzie z Bogiem, czymkolwiek On ci się wydaje, czymkolwiek się trudnisz i jakiekolwiek są twoje pragnienia".

"Wyznawał umiar w sądach i sprzeciwiał się narzucaniu innym swoich przekonań - pisze Sworzeń. - Zalecał artystom, by nie odrzucali przedsiębiorczości i vice versa, ludziom biznesu doradzał odrobinę refleksji. Zalecał piękne marzenia". "Sceptycyzm przedkładał nad iluzje", ale równocześnie "uważał, że trzeba spokojnie trwać na swojej życiowej drodze, bez rezygnowania z ideałów". "W prokreacji widział piękno", a seks "nazwał najbardziej boską z pasji człowieka".

W latach 60. tekst "Dezyderaty", rozpowszechniany anonimowo, stał się biblią hipisów. W ten sposób wypełniło się życzenie autora, które zapisał w swym dzienniku w 1921 r.: „Pragnąłbym zostawić po sobie mały, skromny podarek – fragment poematu, który zawiera w sobie subtelne przesłanie” I rzeczywiście – „Dezyderaty” zapewniły Maxowi Ehrmannowi miejsce w gronie pisarzy – wizjonerów, którzy zostawili nam podarek w postaci ukazania prostych prawd z wielką jasnością i wdziękiem. Trafił na niego przebywający w Stanach Kazimierz Jankowski, twórca polskiej szkoły psychiatrii humanistycznej, i umieścił w książce "Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej". W roku 1979 Piwnica miała występ dla pacjentów kliniki psychiatrycznej. Przy wyjściu ze szpitala Piotr Skrzynecki i Zygmunt Konieczny zobaczyli przypiętą do drzwi kartkę z poematem. Zabrali ją - tak powstał hymn Piwnicy.
Autorem muzyki do wiersza "Dezyderata" jest Piotr Walewski.

Po zrekonstruowaniu prawdziwych dziejów powstania "Dezyderaty" Marian Sworzeń ubolewa, że legenda tego tajemniczego tekstu przysłoniła prawdziwą historię jego powstania oraz postać autora, ciekawego amerykańskiego wolnomyśliciela, sceptyka-idealisty. A jednak dobrze, że tak się stało. Dzięki anonimowości tej modlitwy mogli ją przyswoić wszyscy, nikt jej sobie nie przywłaszczył. Mogła być u nas przedrukowywana w piśmie dominikańskim, we "Wróżce", w "Trybunie Śląskiej" i w broszurkach Anonimowych Alkoholików. Mogła - jak sądzą niektórzy - inspirować Zbigniewa Herberta do napisania "Przesłania pana Cogito" i może dziś patronować posthipisowskim pielgrzymkom Młodzieży Różnych Dróg.

źródło: gazeta.pl

Zapraszamy gorąco do przestudiowania bardzo ciekawego artykułu porównawczego dotyczącego tekstu znalezionego w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rudzie Śląskiej.
Tekst zatytułowany MOST rzuca ciekawe światło na oryginalność różnych tekstów nazwanych Desiderata.

Lapet



dodajdo.com

Kluczem jest gotowość


Gotowość do wyzbycia się pychy i podporządkowania własnej woli Sile
Wyższej niż ja sam okazała się jedynym warunkiem absolutnie koniecznym
do tego, bym rozwiązał dziś wszystkie moje problemy. Nawet odrobinka
dobrych chęci - jeśli są szczere - wystarczy, żeby Bóg* wkroczył do
mojego życia i zajął się każdym doskwierającym mi kłopotem, bólem czy
obsesją. Poziom mojego konfortu psychicznego jest wprost
proporcjonalny do poziomu gotowości, jaką w danej chwili wykazuję,
żeby zaniechać samowoli i pozwolić, by wola Boga* przejawiła się w moim
życiu. Klucz dobrych chęci jest potężnym narzędziem, które moje
zmartwienia i lęki przemienia w pogodę ducha.

Moja miłość


List napisany do mnie przez Świętego Pawła Apostoła.


Choćbym nie wiem jak wytrzeźwiał, a nie miał bym miłości, nikim jestem?
Choćbym wszystkim ludziom zaniósł posłanie i wszyscy by wytrzeźwieli i żyli by w abstynencji, a nie kochał bym Boga. To i tak moja dusza będzie wyrzucona na pokarm padlinożercom kosmicznym.
Bez miłości do Boga, ludzi i siebie.
Jestem miedzią brzęczącą i cymbałem grzmiącym.
Jestem kawałkiem smoły wylanym na autostrady europejskie.
Tylko trzeźwa mądrość na pewno nauczy mnie trzeźwiej miłości.
Trzeźwa miłość jest dla mnie wolą mojego Boga.
Moja trzeźwa miłość dopiero uczyni ze mnie wartościową perłę.
A tak niewiele potrzeba, bym się nauczył kochać.
Lapet



dodajdo.com

Związki dwojga alkoholików


Poznałam ich osobiście przy okazji pobytu u kuzynów w Malborku.
Ona, moja imienniczka lat 56, on młodszy o lat 15.
Wcześniej przez dłuższy czas poznawaliśmy się netowo na forum, którego jestem moderatorem.
Oboje uzależnieni od alkoholu, oboje po terapiach, oboje mocno udzielający się w AA.
Przez kilka lat bywali na tych samych mityngach, w tych samych miejscach, na tych samych wyjazdach.
Ona opowiedziała mi, jak doszło do tego, że są w kilkuletnim już związku, bardzo udanym, ciepłym, pełnym zrozumienia.
Zakochałam się w J. powiedziała i męczyłam się z tym przez dwa lata, aż postanowiłam wyznać jemu całą prawdę.
Nie śmiałam jednak w normalnej rozmowie...... mówiła, bo gdyby mnie wyśmiał, lub odrzucił, to pod ziemię bym się zapadła.
Napisałam list... opowiada dalej..... i wysłałam do niego mailem.
Nie czekała długo.
Otrzymała prawie natychmiast odpowiedź, że uczucie jest odwzajemnione, lecz on nie śmiał nawet marzyć o bliższym kontakcie, gdyż bał się odrzucenia.
Ich związek przetrwał wszelkie próby, bo od kilku lat mieszkają razem i są, co po nich widać, szczęśliwi.
Jest miłość, czułość, zrozumienie, partnerstwo.
I jest to ewenement, bo wszelkie związki alkoholików, postrzegane są jako nieudane i krótkotrwałe, co zresztą i ja wokół widzę.
Zatem sprawdza się to, że wiek nie gra roli i to, że każda reguła ma swój wyjątek.
Jutro biorą ślub, na którym będą także jej dorosłe dzieci i wnuczek.

Odnośnie różnicy wieku, to terapeutka, która prowadziła grupę w klubie, miała męża młodszego od siebie o lat 17 i tyleż samo, jak mówiła przeżyli szczęśliwych lat, aż do jego śmierci.
W obecnym klubie są dwie takie pary małżeńskie /tylko o tylu mi wiadomo/, które tworzą udane związki.
Wśród moich bliskich, także były i są związki z różnicą wieku na niekorzyść kobiety.

Co zatem sprawia, że dla jednych jest to normalne i nie ważna jest opinia publiczna, a inni bywają w takich związkach, ale je skrywają przed światem, jakby wstydząc się tego, co robią?

źródło: Blog cisza58a - .... Ona starsza o 15 lat


dodajdo.com

Akceptacja siebie


Życie duchowe wymaga akceptacji siebie, swego życia, historii, powołania. Wbrew pozorom nie jest ona wcale procesem łatwym. W głębi nas jest wiele buntu przeciwko życiu, przeciwko sobie. Jesteśmy niezadowoleni z darów i z braków. Pragniemy więcej, inaczej, lepiej. Chcielibyśmy posiadać inny charakter, wygląd, więcej inteligencji, zdolności, inne warunki, środowisko, lepszych przyjaciół, przełożonych, mieć więcej czasu, zdrowia...

Niezgoda na siebie wyraża się w skłóceniu i buncie przeciwko innym i Bogu. Czasami marnujemy swoje życie, obwiniając innych i zamykamy się w świecie iluzji. Innym razem wstydzimy się braków, staramy się je kamuflować, przyjmować pozory, nakładamy maski, by upodobnić się do innych, lub ich oczekiwań; co z kolei rodzi zakłamanie, konflikty, napięcia. Usuwanie napięć wymaga dodatkowej energii, sił, które mogłyby zostać wykorzystane w pozytywny sposób.

Możemy również nie doceniać otrzymanych darów. Dla różnych racji zaniżamy obraz, ocenę siebie, pomniejszamy swoje talenty, pozując biednego i pokornego. Jest to fałszywa pokora. Prawdziwa pokora nie jest umniejszaniem siebie ani własnych darów. Jest raczej stawaniem w prawdzie, właściwym poznawaniem siebie, swoich możliwości, darów i ich akceptacją.

Przyjęcie siebie wymaga zgody na własne powołanie i misję życiową. Każdy z nas dokonuje w życiu wyborów: zasadniczych i drugorzędnych. Zasadniczy wybór dotyczy relacji z Bogiem, a w konsekwencji powołania i misji. Każdy stan życia jest środkiem do celu i nie może być nadrzędny, ostateczny. Poza tym intencje, motywacje powinny być jasne, czytelne. W wyborze partnera nie powinno się kierować w pierwszym rzędzie jego wyglądem czy majątkiem, albo ciążą; w wyborze zawodu wysokością zarobku, niezdrowymi ambicjami; a w wyborze życia kapłańskiego czy zakonnego lękiem przed życiem małżeńskim, czy ucieczką przed trudem życia.

Wybory podjęte bez właściwej motywacji wcześniej czy później będą się mścić i będą źródłem wielkiego cierpienia, napięć i frustracji. Niewłaściwe motywacje w wyborze małżeństwa mogą prowadzić do niewierności, a nawet rozpadu małżeństwa. Brak właściwej intencji w podjęciu stanu duchownego może być powodem frustracji, alkoholizmu, nałogów, wystąpienia z zakonu czy porzucenia kapłaństwa. Wypełnianie zadań ulubionego zawodu bez prawej intencji prowadzi do chciwości i konsumpcji.

Wybory, jakich dokonujemy mogą być niezgodne z wolą Bożą, a nawet grzeszne. Istnieje wówczas potrzeba ich weryfikacji. Stan narzeczeński, początki życia zakonnego, życie w seminarium jest czasem weryfikacji pierwszych decyzji; okresem modlitwy i refleksji w rozpoznawaniu, czy decyzja jest wynikiem pragnienia czci, chwały i służby Bogu, czy też u jej źródeł leżą egoistyczne potrzeby, pragnienia, obawy.

Jeżeli podejmiemy niewłaściwe wybory jednorazowe (małżeństwa lub kapłaństwa), nie mogą one podlegać później zmianie, weryfikacji. Należy wówczas przyznać się do błędu, zaakceptować swój stan oraz pozwalać Bogu, by uzdrawiał stopniowo tę bolesną sytuację.

O wiele łatwiej przychodzi zaakceptować wybory zwyczajne związane z pracą, zawodem, sytuacją materialną, społeczną, przyjaźnią, relacjami... Gdy nie ma możliwości natychmiastowej zmiany warto pozwolić działać czasowi i Bogu. Czas jest sprzymierzeńcem akceptacji. Również Pan Bóg działa cierpliwie.

Jeden z moich współbraci zakonnych zwykł mawiać: Opatrzność Boża jest precyzyjna. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem całym sercem. Małą jego ilustracją jest osobiste doświadczenie. Gdy kończyłem studia teologiczne stanąłem przed decyzją wyboru kierunku specjalizacji, który związany był z dalszą pracą apostolską. Moim pragnieniem było udzielanie Ćwiczeń Duchownych i w związku z tym myślałem o duchowości ignacjańskiej. Jednak przełożeni zdecydowali inaczej. Miałem podjąć studia pastoralne, a następnie pracę duszpasterską we Wrocławiu i Monachium. W czasie tzw. Trzeciej Probacji w Berlinie (rodzaj rocznego kursu duchowo-szkoleniowego, kilka lat po święceniach kapłańskich) zaproponowano mi troskę finansową o misje. W tym celu zapoznawałem się z pracą biur misyjnych na obszarze języka niemieckiego. Przyszła troska o finanse oddalała mnie coraz bardziej od Ćwiczeń Duchownych. Po zakończeniu Trzeciej Probacji, przełożeni zaproponowali mi roczną praktykę udzielania Ćwiczeń w Czechowicach-Dziedzicach. Owa roczna praktyka trwa już czternaście lat. Obecnie zajmuję się również finansami. Łączę dwa w jednym. W ten sposób Pan Bóg, choć inaczej niż myślałem, pozwala mi realizować osobiste wezwania. Odpowiedział na moje pragnienia oraz zrealizował precyzyjnie swoje plany.

Akceptacja woli Bożej, którą odczytujemy w decyzjach przełożonych pozwala przyjąć nieraz trudne wybory, powołanie i życiową misję. Ostatecznie prowadzi ona do pokoju ducha i wewnętrznej równowagi. Brak zgody na niepomyślną lub trudną wolę Bożą jest źródłem wewnętrznego cierpienia i marnowania wewnętrznej energii na bezskuteczną walkę. Gdyby konfesjonały mogły mówić, potwierdziłyby moje obserwacje.

Akceptacja siebie ma swe źródło w miłości Boga, który nie kocha nas za to, kim jesteśmy. Jego miłość jest czystym, bezinteresownym darem. Bóg nie oczekuje niczego, poza przyjęciem tej miłości. Kocha nas w aktualnej rzeczywistości ze wszystkimi ograniczeniami i słabościami.

Doświadczenie miłości Boga prowadzi do pełnej akceptacji siebie i swego życia, bez stawiania warunków, bez niechęci, zgorzknienia czy rezygnacji. Miłość nie powinna być warunkowa. Miłość siebie możliwa jest od teraz. Nie od jutra. W przeciwnym razie nie zaakceptujemy siebie w pełni, ani siebie nigdy nie pokochamy.

Pamiętam osobę, z którą rozmawiałem przez kilka dni w czasie rekolekcji ignacjańskich. Była młoda i piękna, posiadała dobrze płatną, satysfakcjonującą pracę, rodzice byli dobrze sytuowani, zapewnili jej mieszkanie i przyszłość, posiadała również kochającego męża. A jednak. Codziennie pojawiały się nowe iluzoryczne trudności i pseudoproblemy, których nie była w stanie zaakceptować. Z jednej strony przyczyną tego były niewątpliwie niezaspokojone w dzieciństwie problemy emocjonalne, zwłaszcza braki w miłości ze strony rodziców. Jednak z drugiej strony osoba ta żyła ciągle przeszłością, usprawiedliwiając wszystko błędami wychowawczymi rodziców. W ten sposób czuła się zwolniona od odpowiedzialności i w subtelny sposób manipulowała nie tylko innymi, ale także i własnym życiem.

Paul Bruckner nazywa taką postawę wiktymizacją. Człowiek czuje się nieustannie ofiarą, przyjmuje postawę wygodną, roszczeniową, uchyla się od odpowiedzialności i wzięcia życia we własne ręce. Uważa, że nic nie może. Jednak granica pomiędzy nie możemy a nie chcemy jest zwykle bardzo cienka. Często niewiele możemy, dlatego że niewiele chcemy. Możliwości powiększają się w znaczący sposób, gdy zwiększają się pragnienia i rośnie wiara w siebie. Akceptacja życia, miłość samego siebie jest możliwa, jeżeli jej naprawdę zapragniemy i uwierzymy w nią.

Z akceptacji siebie wypływają właściwe relacje do innych. Gdy jesteśmy zadowoleni z siebie i tego, co posiadamy, pogodniej patrzymy na świat, na otaczających nas ludzi. Łatwiej przychodzi wówczas przyjęcie bliźniego i miłość do niego.

Potrzebujemy także miłości ludzkiej. Wprawdzie bezwarunkowo kocha tylko Bóg, jednak akceptacja ze strony innych ułatwia samoakceptację i odczucie miłości Boga. Dzięki niej rozwijamy się, czujemy się wartościowi i spełnieni.

Z braku uznania siebie rodzi się zgorzkniałość, frustracja, postawa pretensjonalności. Uczucia te bywają niekiedy długo tłumione. Jednak przychodzi czas, gdy eksplodują. Ewangelicznym tego przykładem jest starszy syn z przypowieści o miłosiernym ojcu (Łk 15, 11-32). Przez lata był wzorem posłuszeństwa, pracowitości, układności, jednak w sercu czuł żal do ojca. Nie aprobował jego mentalności, sposobu działania, nosił też ukryty żal do młodszego brata. Długo tłumione uczucia wybuchły na zewnątrz, gdy ojciec okazał miłosierdzie i przebaczył z serca młodszemu bratu: Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: „Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę" (Łk 15, 28-30).

Brak akceptacji siebie prowadzi do nieustannego porównywania się z innymi. Nie odczytujemy wówczas własnej wartości i godności, która wynika z powołania do miłości w Bogu, ale w odniesieniu do drugich. Porównywanie się z innymi prowadzi do pychy. Gdy oceniamy ich wyżej od siebie, rodzą się kompleksy niższości, brak pewności, obwinianie siebie, poczucie bezwartościowości, fałszywa pokora, zazdrość, postawy obronne i agresywne, a także perfekcjonizm i dążenie do sukcesu „po trupach". Natomiast, gdy inni wydają nam się gorsi, pojawia się lekceważenie, pogarda, poniżanie, mania wielkości, różne formy manipulacji. Francisco Segura SJ pisze w humorystyczny sposób: Jedni, którzy chcą być dobrze widziani, chcą się wydawać wielkimi, większymi od innych, a ponieważ nie mogą dodać niczego do swego wzrostu, udają silnych olbrzymów [...] i z pozycji olbrzymia gardzą i osądzają innych. Zdarzają się także karły mające tylko głowę. Są to ci, którzy nie mogą się wspiąć [...]. Ci, którym nie udaje się wywierać wrażenia, pełni złego humoru, smagają nim wszystkich wokół siebie. Karły głowacze, z pochyloną głową, ciągle porównujący się z innymi, osądzający bezlitośnie, zazdrośni. Karzeł głowacz z wielką głową i maleńkim sercem.

Brak akceptacji siebie może być również wynikiem źle rozumianej chorej szlachetności (J. Augustyn SJ). Zakłada ona, że innym należy się wszystko, a mnie nic. Za chorą szlachetnością kryje się potrzeba uczucia, zapracowania sobie na miłość bliźnich. Konsekwencją jest pracoholizm, nadmierny aktywizm, albo wypalenie wewnętrzne. Zabrzmi to może paradoksalnie, ale praktykę miłości bliźniego należy zaczynać od siebie. Jeżeli nie kochamy i nie akceptujemy siebie, nie mamy dla siebie czasu, nie potrafimy ofiarować sobie prostego ludzkiego miłosierdzia i współczucia, nie dbamy o swój duchowy rozwój, to nie łudźmy się, że będziemy zdolni, by kochać innych. Jezus nauczał: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego (Mk 12, 31).

Więcej w książce: Życie duchowe bez trików i skrótów

źródło: Deon.pl


dodajdo.com

Milczenie


Milczenie nie "zawsze jest złotem". Ta prawda jest mi znana jeszcze w
innej wersji: Nic tak nie pomaga złu, jak bezczynność ludzi dobrej woli.


dodajdo.com