Dzielimy się informacjami, doświadczeniami narosłymi wokół programu 12 Kroków i stosujących go, by wymieniać je i by dać szanse zdobycia o nich wiedzy nieuzależnionym.

O życiu, piciu i wyzwoleniu
Twoje dziecko nie musi być alkoholikiem!



Kup teraz

W alkoholu zakochałem się będąc mężczyzną trzydziestoletnim. Nie była to więc miłość od pierwszego wejrzenia. Jednak nie mam najmniejszej wątpliwości, że szukałem jej, w pewnym sensie, od wczesnego dzieciństwa.
Podczas wesela w Kanie Galilejskiej Jezus zamienił wodę w wino. Ja byłem lepszym magikiem. Całymi latami, z morderczą skutecznością, tysiące razy zamieniałem w alkohol prawie wszystko, bo przecież nie tylko dobra tak przyziemne, jak pieniądze, firmy, czy stanowiska, ale także szacunek, godność, zaufanie, a nawet miłość dziecka i własne sumienie. Cudotwórcą przestałem być 15 stycznia 1999.
Meszuge

ALKOHOLIK to autobiograficzna opowieść o piciu, uzależnieniu i wyzwoleniu tragiczna historia nieodwzajemnionej i zdradzonej miłości, którą tylko życie mogło napisać.

spis treści

PROLOG

część pierwsza
DZIECIŃSTWO – MOZAIKA OBRAZKÓW Z DAWNYCH CZASÓW

część druga
MOJE PIERWSZE KONTAKTY Z ALKOHOLEM, PICIE TOWARZYSKIE

część trzecia
UZALEŻNIENIE (ALKOHOLIZM) – PICIE DESTRUKCYJNE I „KASACYJNE”

część czwarta
LECZENIE ODWYKOWE, TERAPIA AMBULATORYJNA I STACJONARNA

część piąta
PIERWSZE KONTAKTY ZE WSPÓLNOTĄ AA, MÓJ PIERWSZY SPONSOR

część szósta
WSPÓLNOTA AA NA POWAŻNIE, KOLEJNI SPONSORZY, STRZYŻYNA

część siódma
ŚRODOWISKO ANONIMOWYCH ALKOHOLIKÓW – SPOSTRZEŻENIA

część ósma
PÓŁ ŻARTEM, PÓŁ SERIO – KONTROWERSYJNE PRZEKONANIA

EPILOG


Recenzja:
źródło: BiblioNETka

Kilka słów wstępu, podobnego zresztą w przypadku obu książek Meszuge, to jest „Alkoholika” i „12 kroków od dna”, które właśnie miałem okazję przeczytać: część mojej rodziny to ludzie uzależnieni, więc od lat stykam się z tym problemem i od lat czytam poświęcone mu publikacje, poszukując informacji tak o samej chorobie, jak i o skutecznych sposobach wspierania swoich bliskich, więc trochę pojęcia na te tematy mam, a to także rzutuje na moją recenzję książki.

Zimą i wiosną 2011 roku w Internecie pojawiło się wiele szokujących informacji. Była w nich mowa o ocenie, jaką książkom Meszuge miał ponoć wystawić Benedykt XVI, ale o tym pisać nie będę, bo przyznam szczerze, że nie bardzo w nie wierzę. Wydaje mi się, że podczas przekazywania informacji „jedna pani drugiej pani” najpierw z jakiegoś duszpasterza trzeźwości zrobił się biskup, później kardynał i wreszcie… Ważny natomiast wydaje mi się fakt (fakt!), że książkę alkoholika, kwakra, człowieka, który jednoznacznie i wyraźnie pisze o sobie, że z katolicyzmem mu nie po drodze, wydało największe i najstarsze wydawnictwo katolickie w Polsce, a to już daje, a przynajmniej powinno dawać, dużo do myślenia.

Od pierwszych zdań wstępu, od momentu, gdzie autor napisał o alkoholizmie jako o miłości tragicznej, zdradzonej i przeklętej, czułem, że „to jest to”. A kiedy „Alkoholika” skończyłem, nie miałem najmniejszej wątpliwości, że jest to najlepsza książka na temat uzależnienia, jaką miałem w ręce. Ten człowiek wie, co pisze. Wie, co pisze do tego stopnia, że jest to wręcz szokujące, a nawet… niepokojące. I nie chodzi mi bynajmniej o opisy jakichś drastycznych czy intymnych przeżyć i zdarzeń.

„Alkoholik” to autobiografia, opowiadanie, które jest znakomitym, wciągającym „czytadłem”, a jednocześnie wnikliwą analizą postępowania, zachowania, dokonywanych wyborów, podejmowanych decyzji, ewolucji przekonań i zachowań, i to od wczesnego dzieciństwa do chwili obecnej, bo opisywana historia kończy się bodajże w 2010 roku.

Meszuge pokazał w „Alkoholiku” cały proces budowania predyspozycji do przyszłego uzależnienia się od alkoholu, wszystkie istotne etapy i wydarzenia z tym związane, a dotyczące kolejno: małego chłopca, nastolatka, młodego mężczyzny, dorosłego mężczyzny.

To chyba jest najbardziej szokujące – pierwszy raz w życiu mogłem prześledzić cały ten proces z pozycji bezpiecznego widza, by ostatecznie wraz z autorem znaleźć odpowiedź na pytanie, skąd się biorą alkoholicy. Jak to się dzieje, że jedni ludzie na alkoholizm zapadają, a inni nie, choć wydawałoby się, że piją tak samo, czyli ryzykownie, a nawet destrukcyjnie.

„Alkoholik” zmienił całe mnóstwo moich przekonań i wyobrażeń, mimo że – jak już wspominałem – tego typu literatura oraz problematyka od lat nie są mi obce. Meszuge pomógł mi zweryfikować także wiele przekonań, jakie miałem o sobie samym. „Prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze” – to była przecież prawda niepodważalna, moje życiowe motto, coś pewnego i oczywistego. Ale kiedy czytałem w „Alkoholiku” list, jaki Meszuge napisał do syna…

Jest w „Alkoholiku” coś jeszcze: pomimo koszmaru opisywanej sytuacji i zdarzeń oraz oczywistego tragizmu tej historii, jest w tej książce jakieś ciepło, wewnętrzny spokój, pogoda ducha. W tym momencie przychodzą mi na myśl słowa: „Bóg jest w niebiosach, a więc na ziemi wszystko jest w porządku”. Przyznaję od razu, że tego zjawiska nie rozumiem i wyjaśnić nie jestem w stanie.

I wreszcie… humor. Meszuge potrafi delikatnie i taktownie kpić z samego siebie, a w paru momentach (dmuchane łóżko i kot, odkrycie, że jest normalny) brzuch mnie bolał ze śmiechu.

Jednak najważniejszą wartością „Alkoholika” wydaje mi się przydatność tej opowieści w procesie wychowania dziecka. Wyraźnie widać tu, na jakie symptomy zwracać uwagę, czemu zapobiegać, jak przeciwdziałać. To jest niesamowite, że alkoholik, pijak, który zdaje się nawet studiów nie skończył, napisał książkę… w pewnym sensie także edukacyjną i dydaktyczną, po którą powinni sięgnąć rodzice i wszelkiego typu wychowawcy i opiekunowie – jeśli faktycznie na dzieciach im zależy.

dodajdo.com

Krok pierwszy
wspólnoty Anonimowych Alkoholików


Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem. (ang. We admitted we were powerless over alcohol — that our lives had become unmanageable.) Bezsilność... Słowo powtarzane podczas terapii odwykowych i na tysiącach mityngów tak często, że zaczęło z czasem nabierać jakiegoś niemalże magiczno-mistycznego odcienia znaczeniowego. Czy w ogóle można twierdzić, że istota bezsilności jest czymś oczywistym i jednoznacznie rozumianym? Obawiam się, że takie proste to niestety nie jest. I chyba nie tylko dla alkoholików.

Ludzie doświadczają bezsilności praktycznie każdego dnia. Zdecydowana większość tych przypadków jest akceptowana automatycznie, jako coś zwykłego i codziennego. Wszyscy jesteśmy bezsilni wobec pogody, ale czy fakt, że nie mamy zupełnie żadnego wpływu na to, czy w najbliższy weekend będzie padać, skłania kogokolwiek do rozważań na temat bezsilności? Przykład ten nieźle ilustruje różnicę pomiędzy bezsilnością i bezradnością. Jesteśmy wobec pogody bezsilni, ale nie bezradni — możemy się stosownie ubrać, wziąć parasol itp.

Odrobinę inaczej wyglądać może akceptacja bezsilności wobec klęsk żywiołowych, jednak i z tym jesteśmy gotowi się godzić, choćby dlatego, że nie mamy innego wyboru. Ale bezsilność wobec alkoholu? Używki popularnej i dostępnej dla każdego, w każdym sklepie spożywczym? To jakiś absurd! Czy można sobie wyobrazić bezsilność wobec... no, nie wiem... gumy do żucia? To przecież śmieszne! Ano, właśnie. I zupełnie niezrozumiałe dla większości ludzi zdrowych.

Podczas terapii odwykowej usłyszałem po raz pierwszy najbardziej chyba znane porównanie, które ma ponoć znakomicie ilustrować problem bezsilności: na pięściarskim ringu czeka na mnie mistrz świata w boksie. Oczywiste jest, że jeśli podejmę walkę, zawsze przegram. Dopóki wydaje mi się, że inne rękawice, dieta, trening, markowe buty czy co tam jeszcze mogą odmienić wynik starcia — zostanę na tym ringu zmasakrowany. Bo nie chodzi tu o jakiś nowy sposób, metodę czy technikę, ale o to, że on i ja to zupełnie różne klasy i poziomy, i choćbym nie wiem co zrobił, żadnych szans i tak nie będę miał. Porównanie niezłe, nawet je lubię. Jedyny chyba problem polega na tym, że — jak widać nie tylko z mojej praktyki — nie zawsze wystarcza. Pomaga, owszem, ale nie wystarcza.

Znam też inną historyjkę, która ma pokazać różnicę pomiędzy człowiekiem bezsilnym i takim, który bezsilny nie jest, czyli między alkoholikiem i człowiekiem zdrowym, nieuzależnionym. Pokój z dwojgiem drzwi. W pokoju człowiek, którego jedynym zadaniem jest opuścić to pomieszczenie. Człowiek nieuzależniony: otwiera pierwsze drzwi. Okazuje się, że za nimi stoi wielkolud z maczugą i... łup! Kiedy człowiek doszedł do siebie po uderzeniu, popatrzył uważnie na drzwi, za którymi stał wielkolud z maczugą, zastanowił się chwilę, wreszcie podszedł do drugich drzwi, otworzył je i bez przeszkód wyszedł. W tym momencie jego historyjka się kończy.

Co w analogicznej sytuacji robi alkoholik? Otwiera pierwsze drzwi i obrywa maczugą od wielkoluda. Kiedy się ocknie, podchodzi do tych samych drzwi i znów zostaje uderzony. Za trzecim razem to samo, za czwartym i piątym też. Bardzo już poturbowany, ledwie trzymając się na nogach, po raz kolejny otwiera te same drzwi. I nagle — niespodzianka! Wielkoluda z maczugą za drzwiami nie ma! Co w tej sytuacji zrobi alkoholik? No, cóż... alkoholik idzie szukać wielkoluda.

Ta opowiastka tylko w pierwszej chwili może wydawać się zabawną anegdotką, a i to nie każdemu. W rzeczywistości jest właściwie przygnębiająca, a nawet przerażająca. Anonimowi Alkoholicy twierdzą, że nic tak nas, to znaczy uzależnionych, nie przekonuje o bezsilności wobec alkoholu, jak sam alkohol. Oczywiście, może nie tyle sam alkohol, ile konsekwencje jego wieloletniego używania i nadużywania. Jeśli alkoholik poniesie bardzo dotkliwe straty w każdym, lub prawie każdym, aspekcie swojego życia, bo nie chodzi tu rzecz jasna tylko o kwestie finansowe, to jest pewna szansa, że tragedie, które spowodował, w jakimś momencie, często na niezbyt długą chwilę, pomogą mu „zobaczyć” kawałek rzeczywistości i podjąć decyzję — nie, już dalej tak nie chcę! W AA można usłyszeć, że każdy alkoholik musi sięgnąć swego dna, co w praktyce oznacza najczęściej bardzo bolesne zderzenie z własną bezsilnością wobec alkoholu.

Jak wyglądało to w moim przypadku? W czerwcu 1998 roku straciłem pracę. Straciłem ją przez picie. W konsekwencji zgłosiłem się do poradni odwykowej i zacząłem leczenie. Czy to zdarzenie mogę nazwać „zderzeniem z bezsilnością”? No, co najwyżej otarciem się o nią, muśnięciem.

Przez następne pół roku brałem udział w terapii odwykowej i mityngach AA i nie potrafiłem utrzymać abstynencji. Problem bezsilności rozumiałem, oczywiście, jednak rozumienie, w moim przypadku, widocznie nie wystarczyło.

Zdaję sobie z tego sprawę teraz, bo potrafię przypomnieć sobie swoje przedostatnie picie i nadzieję, iż może jest jakaś szansa, że będę pił tylko w weekendy. Wiedziałem, iż nie potrafię żyć bez alkoholu, ale łudziłem się, że uda mi się to swoje picie „zamknąć” w dniach wolnych od pracy.

Wiele lat później zorientowałem się, że to, co tu opisałem, ma kolosalne znaczenie. Podczas terapii i we Wspólnocie AA bezsilność jest najważniejsza — bezradnością właściwie nikt sobie specjalnie nie zawraca głowy. Jednak dopóki nie doświadczyłem bezradności, nie byłem też w stanie w pełni, w całej rozciągłości, a zwłaszcza skutecznie, skontaktować się ze swoją bezsilnością.

Podałem wcześniej przykład z pogodą i ewentualnymi opadami. Odpowiedni strój, parasol, kalosze itp. to właśnie sposób na poradzenie sobie z sytuacją (deszcz), na którą nie mam wpływu, wobec której jestem bezsilny. Sposób. O niego chodzi. Dopóki jestem w stanie wymyślać kolejne sposoby, metody, techniki picia, i mogę je wypróbowywać, licząc na to, że pozwolą mi używać alkoholu bez tragicznych tego następstw i konsekwencji, czyli dopóki nie będę całkiem bezradny, nie doświadczę bezsilności. Dopiero kiedy sam nie będę miał już absolutnie żadnego pomysłu, ani żadnej wiary czy nadziei, że ktoś mi coś podpowie, doradzi, zdradzi tajemnicę, jak pić i nie cierpieć — wtedy dopiero pojawi się dla mnie szansa. Droga do bezsilności, moja droga, wiodła przez bezradność.

Za to w styczniu 1999 roku zderzyłem się z własną bezsilnością jak najbardziej realnie, dotkliwie i tragicznie.

Głodny i zmęczony wracałem autobusem z pracy. Kiedy wysiadałem na swoim przystanku, poczułem, że chce mi się pić, że wręcz „muszę” się napić, a najlepiej już, zaraz i natychmiast. Głód alkoholowy był wyjątkowo dotkliwy. Poszedłem w stronę sklepu monopolowego. Byłem już wtedy „wyedukowanym” alkoholikiem, miałem za sobą sześć miesięcy terapii odwykowej i zdawałem sobie sprawę, że to się dla mnie źle skończy, że nie powinienem, że nie mogę. Zawróciłem w drugą stronę, w stronę domu. Pokonałem może z kilkadziesiąt metrów, ale głód alkoholu zmusił mnie do zmiany kierunku — znów szedłem w stronę sklepu monopolowego. Wydawało mi się, że w uszach wyją mi sygnały alarmowe, a przed oczami migają czerwone, ostrzegawcze światła: Uwaga! Niebezpieczeństwo! Znów więc zawróciłem i starałem się dotrzeć do domu. Pomiędzy sklepem, w którym był alkohol, a bezpiecznym domem chodziłem jak opętany ponad pół godziny — w tę i nazad, tam i z powrotem... W końcu jednak doszedłem do sklepu, kupiłem wódkę i napiłem się jej jeszcze przed powrotem do domu, w jakiejś bramie, z gwinta, łapczywie, byle szybko. Piłem wtedy na umór przez trzy doby.

Ta droga, raz w stronę życia, po chwili w stronę śmierci, jest jednym z większych koszmarów mojego życia. Robiłem coś, czego nie chciałem robić, ale nie potrafiłem się przeciwstawić, nie miałem wtedy siły, żeby dojść do domu. Byłem bezsilny.

Minęły lata. Przeszłość pozostała niezmienna i nadal całkiem nieźle ją pamiętam, ale... Przyglądając się jej na trzeźwo, krytycznie, zacząłem się zastanawiać, czy bezsilność rzeczywiście wystarczy? Jednak dopiero w marcu 2009 roku byłem w stanie napisać, że...

Bezsilność to nie wszystko...

Zaczynałem zdrowieć w czasach, gdy kwestia bezsilności w środowisku niepijących alkoholików (na terapiach i w AA) była właściwie absolutnie wszystkim: alfą i omegą, początkiem i końcem, najważniejszą sprawą na świecie. Drobna i mało istotna różnica polegała jedynie na tym, że na terapii częściej mówiono o uznaniu bezsilności, a na mityngach AA o ogłaszaniu bezsilności.

Był to także okres, w którym często zalecane zadanie terapeutyczne brzmiało: „udowodnij mi, że jesteś bezsilny wobec alkoholu”, natomiast podczas mityngów AA starzy aowcy (od trzech do pięciu lat abstynencji) chełpili się, że nigdy nie przeczytali żadnej książki i nie przerabiali żadnych Kroków, poza właśnie pierwszą częścią Kroku Pierwszego. Podobno to całkowicie im wystarcza jako pomysł na resztę życia, a połączone z chodzeniem na mityngi wydaje się zapewniać trwałą abstynencję.

Przez pewien czas także i ja próbowałem popisywać się takimi „mądrościami”, ale trwało to bardzo krótko, bo w zasadzie od samego początku zdawałem sobie sprawę, że taka postawa jest dla mnie czymś zupełnie obcym. Chwalić się ignorancją i brakiem znajomości tego, co ponoć we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików jest najważniejsze? To było coś najzupełniej sprzecznego z moją naturą, psychiką, wewnętrzną potrzebą i pragnieniem rozumienia tego, co się wokół mnie dzieje.

Podczas każdego mityngu odczytuje się Dwanaście Kroków, uznałem więc, że jest to sprawa ważna, no a jeśli tak, to niby czemu miałbym z założenia ignorować jedenaście i pół z nich?

Wykombinowałem sobie wówczas, że ja chyba najpierw postaram się poznać i zrozumieć wszystkie Kroki, a dopiero później, jeśli faktycznie uznam, że są one dla mnie nieprzydatne, skupię się i ograniczę do tej bezsilności, o której tyle trąbiono. I tak minęło kilka lat...

W 1999 roku spotkałem się ze swoją bezsilnością oko w oko, albo, jak czasem mawiam, zderzyłem się z nią bezpośrednio i odbiłem jak mucha od czołgu. Było to koszmarne doświadczenie (zapicie w czasie terapii), z którego wyszedłem nieźle poharatany, ale jednocześnie z pewną mądrością: od tego czasu już nigdy więcej nie musiałem i nie potrzebowałem na temat swojej bezsilności teoretyzować, udowadniać jej sobie czy komuś innemu, zmagać z jakimikolwiek wątpliwościami na ten temat.

Przez kilka dalszych lat pozwoliło mi to nie zajmować się swoją bezsilnością aż tak intensywnie, a tym samym mogłem skupić się na innych Krokach. I być może dlatego właśnie pewne przemyślenia i wnioski związane z ową kwestią pojawiły się u mnie dopiero w styczniu i lutym 2008 oraz w styczniu i lutym 2009 roku. Powtarzające się na mityngach wypowiedzi i wątpliwości, których zresztą już zbyt dobrze nie pamiętam, skłoniły mnie do powrotu do tematu, do zastanowienia się raz jeszcze, jak to z moją bezsilnością było, kiedy faktycznie zdałem sobie sprawę, że jestem bezsilny wobec alkoholu oraz czy samo uznanie (ogłoszenie) bezsilności wystarczy? A jeśli wystarczy, to do czego?

Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że przez ostatnie dwa-trzy lata picia świetnie zdawałem sobie sprawę z własnej bezsilności wobec alkoholu. To, że być może nie używałem słowa „bezsilność”, nic jeszcze nie znaczy. Nie używałem także wielu innych „fachowych” terminów związanych z terapią i AA, co przecież nie oznacza, że opisywane przez nie zjawiska nie występowały w moim życiu.

Zachciało mi się pić. Byłem przekonany, że do osiągnięcia dobrego samopoczucia wystarczą mi dwie setki, może ćwiartka wódki. Szedłem do sklepu i kupowałem... 0,75 litra. Dlaczego? Bo przecież ja już od dawna dobrze wiedziałem, że jak zacznę pić, to będę pił do upadłego, do utraty przytomności i urwanego filmu. Wiedziałem, że nie potrafię kontrolować ilości wypijanego alkoholu, a to przecież jest elementem bezsilności. W taki właśnie sposób bezsilność wkalkulowywałem w swoje życie, w działania, w wybory, w podejmowane decyzje.

źródło: 12 kroków od dna


dodajdo.com

12 kroków wspólnoty AA


Kilka zdań na temat techniki pracy. Kroki pisze się, przepracowuje, albo nawet robi — są to różne określenia tego samego działania — ze sponsorem. W tym przypadku mam wyjątkową awersję do określenia „przerabia” — ja nie mam Kroków przerabiać, są bardzo dobre dokładnie takie, jakie są. Jak je po swojemu przerobię, to prawdopodobnie stracą skuteczność i nie skorzystam z nich już ani ja, ani nikt inny. A jeśli w ogóle można tu mówić o jakimś przerabianiu, to może powinienem pozwolić, żeby to ten Program wreszcie przerobił mnie? Wspólnota AA i jej Program mają się bardzo dobrze, to ja mam problem z sobą, to ja ewentualnie jestem... do przeróbki.

W razie braku możliwości pracy ze sponsorem, inną, równie dobrą metodą poznawania Programu może być praca w niewielkiej grupie alkoholików, którzy w tym właśnie celu się spotkali i pracują, wykorzystując przeznaczone do tego materiały. Mam tu na myśli Strzyżynę, Woźniaków lub inne miejsca, w których alkoholicy pracują „na Krokach”. W każdym przypadku należy to robić na piśmie. Czy można taką pracę wykonać samodzielnie, samemu? Oczywiście, można. Nikt przecież nikomu nie jest w stanie tego zabronić czy zakazać. Jednak wyniki takiej pracy będą żałosne — albo nawet żadne.

W AA można usłyszeć powiedzenie: „Nikt tego za ciebie nie zrobi, ale nigdy nie zrobisz tego sam”. To prawda. Jestem całkowicie pewien, że nie da się dobrze poznać, zrozumieć, zrealizować Programu AA samemu. Zresztą Bill W. w książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” (str. 61) wyraźnie napisał: Samotne natomiast działanie w sprawach duchowych bywa niebezpieczne.

Czy można przepracować Program podczas mityngów? Nie. Nie jest to możliwe. Podczas mityngu można posłuchać, jak Program rozumieją, poznają i realizują inni, na jakie natrafi li problemy, jaką daje im on siłę oraz nadzieję na przyszłość, można się też podzielić własnymi doświadczeniami na ten temat. Jednak typowy mityng AA, z jego przypadkowymi zwykle uczestnikami, nie jest odpowiednim miejscem do rzetelnej pracy „na Krokach”, która zresztą w dużej mierze polega na pisaniu. Być może coś takiego jest możliwe i praktykowane w innych krajach, ale ja tu piszę o warunkach polskich. Największą jednak przeszkodą jest mocno ograniczona interakcja, czyli wzajemne oddziaływanie na siebie uczestników klasycznego mityngu. Wszystkie znane mi scenariusze zabraniają podczas mityngów AA jakichkolwiek dialogów, dyskusji, zwracania się do siebie, komentowania wypowiedzi, dopytywania. Mityng to seria monologów.

Czemu tak się upieram przy pisaniu Programu? Pisanie wymaga większej uwagi i rozwagi niż rozmowa. Kiedy coś piszę, z określoną treścią kontaktuję się trzy razy: pierwszy raz, kiedy myślę o tym, co chcę napisać, drugi raz w trakcie pisania, a trzeci raz, gdy czytam to, co napisałem, sponsorowi albo grupie, z którą pracuję na jakimś „krokowym” warsztacie. W ferworze dyskusji bardzo często okazuje się, że występują spore różnice pomiędzy tym, co powiedziano, co usłyszano i zrozumiano. Po tygodniu, podczas rozmowy ze sponsorem mógłbym — w najlepszej zresztą wierze — upierać się, że: „przecież ja nic takiego nie mówiłem, musiałeś mnie źle zrozumieć” i, jeśli nie ma materiałów pisanych, do których można by się w takiej sytuacji odwołać, problem będzie wymagał kolejnego omawiania i uzgadniania... Ono też po jakimś czasie znów może okazać się wątpliwe i problematyczne. Szkoda czasu — lepiej od razu pisać.

Reasumując, Program piszę ze sponsorem lub na specjalnym warsztacie. Realizuję go i wdrażam we własnym życiu już samodzielnie — w końcu to właśnie w nim mają być widoczne efekty tej pracy. Swoimi doświadczeniami wynikającymi z realizacji Programu mogę się podzielić na mityngu AA. To wszystko. Jeśli dodamy do tego służby pełnione na różnych szczeblach struktury Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, to — moim zdaniem — otrzymamy pełną „ofertę”, propozycję Wspólnoty AA dla uzależnionych.

Wychodząc z założenia, dość uproszczonego i ogólnego, że trzeźwość oznacza normalność, staram się coraz rzadziej używać niezbyt normalnego i udziwnionego języka terapeutyczno-mityngowego, który cechuje, między innymi, rażący i irytujący nadmiar zaimków osobowych i dzierżawczych. Oznacza to, że Czytelnik znajdzie w książce sformułowania typu: „należy”, „trzeba”, „powinno się”, „dobrze by było” i podobne. W razie wyjątkowo silnej wewnętrznej potrzeby, proszę je czytać i rozumieć jako: „moim zdaniem należy”, „ja uważam, że się powinno”, „ja sądzę, że dobrze by było”, „ja myślę”, „ja muszę”.

W jednej z najważniejszych książek Wspólnoty Anonimowych Alkoholików („Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”, str. 125) znaleźć można takie oto zdanie, które pozwoliłem sobie uczynić mottem swojej książki poświęconej tym zagadnieniom: Zrozumienie jest kluczem do właściwych zasad i postaw, a właściwe postępowanie jest kluczem do dobrego życia...

źródło: Opowieść o trzeźwości osiągniętej dzięki Wspólnocie AA


dodajdo.com

Opowieść o trzeźwości osiągniętej dzięki Wspólnocie AA



Kup teraz


Nazywają mnie Meszuge, jestem alkoholikiem. W chwili obecnej alkohol nie stanowi problemu w moim życiu. Kiedy mówię coś takiego podczas mityngu AA, to zwykle znaj dzie się ktoś, kto ironicznie spyta, po co w takim razie nadal chodzę na te mityngi. Odpowiadam, że głównie po to, żeby znowu nie mieć problemu z alkoholem. Często odnoszę wrażenie, że nie wszyscy to rozumieją.

Jeśli dziś alkohol nie jest w moim życiu problemem, to taki stan rzeczy zawdzięczam profesjonalnej terapii odwykowej oraz Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. Obu jestem wdzięczny i pewnie dlatego nigdy nie zajmuję stanowiska ani nie biorę udziału w dyskusjach na temat: co jest lepsze — terapia czy może Wspólnota AA? Ja korzystałem z jednej i drugiej formy pomocy, i wciąż uważam takie rozwiązanie za optymalne. W moim przypadku sprawdzało się ono znakomicie. Oczywiście do czasu, bo trudno przecież zakładać, że można zbudować normalne życie, tylko opierając się na zaleceniach i regułach psychoterapii odwykowej. Ale to już zupełnie inna sprawa...

Nie odpowiadam również na pytanie, czy w AA bardziej potrzebna jest wiara, czy wiedza? Ja głęboko wierzę, że Program AA jest dobrym pomysłem na moje życie. Wierzę też w mądrość wielu prostych powiedzeń aowskich, choćby te8 go, które mówi, że „ten Program* działa, kiedy ja działam”. A jeżeli mam działać, to chyba lepiej byłoby dla mnie, choć na pewno nie tylko dla mnie, gdybym wiedział, co, i w jaki sposób, mam zrobić, żeby osiągnąć pożądane i oczekiwane efekty, czego się ode mnie oczekuje, na czym konkretnie ma polegać realizacja zadania, które mam wykonać; a jeszcze wcześniej, jak osiągnąć gotowość do tego działania. W pijanym widzie próbowałem podejmować się najróżniejszych prac, o których nie miałem żadnego pojęcia, na których kompletnie się nie znałem. Duma i pycha nie pozwalały mi przyznać, że czegoś nie wiem, i poprosić o radę, wskazówki lub instrukcje. Kierując się zupełnie nierealistycznymi, czyli po prostu pijanymi rojeniami o własnych możliwościach, umiejętnościach i zdolnościach, wierzyłem, że potrafię naprawić zegarek, gaźnik, aparat fotograficzny. Rezultaty były zawsze opłakane. Wierzę, że objawem obłędu jest oczekiwanie odmiennych efektów przy niezmienionych działaniach (w AA mówią w takich sytuacjach „rąbiesz nie to drzewo”), dlatego w trzeźwym życiu chcę postępować inaczej: najpierw więc dowiedzieć się, zorientować, co mam zrobić i jak się do tego zabrać, a dopiero później działać. Wierzę, że wiara, zapał i dobra wola są niezwykle ważne, ale obawiam się, że w wielu wypadkach jednak nie wystarczą.

W sensie organicznym, czy biologicznym, alkoholizm jest chorobą trwałą. Ale alkoholizm nie ogranicza się przecież tylko do specyficznej reakcji organizmu osoby uzależnionej na alkohol — jest więc nie tylko chorobą ciała, lecz także chorobą duszy i umysłu. Jeśli gdziekolwiek piszę o możliwości wyzdrowienia z alkoholizmu, nie mam na myśli możliwości powrotu do kontrolowanego picia, ale właśnie uzdrowienie duszy i umysłu (psychiki). I tylko w takim sensie uważam, że z choroby alkoholowej można wyzdrowieć (wytrzeźwieć).

Dno pijącego alkoholika, które wzbudza tyle wątpliwości, kontrowersji i sporów, nie jest może łatwe do zdefiniowania, ale przedstawienie kilku przykładów nie nastręcza zazwyczaj większych problemów: zwolnienie z pracy (zwłaszcza dyscyplinarne), rozwód, atak delirium tremens, wypadek drogowy spowodowany po pijanemu, detoks, próba samobójcza — zdarzenia czasem spektakularne, ale zawsze dramatyczne. Bardzo często w wydarzenia tego typu zaangażowanych jest też, w różny zresztą sposób, wiele innych osób lub instytucji: personel medyczny, rodzina, policja, pracodawca, sąd, kurator, komornik, bank.

Uderzenie o takie dno ma często skutki zbawienne, a wstrząs, który temu towarzyszy, może na moment wyrwać alkoholika z pijanego obłędu i skierować w stronę poradni odwykowej lub na mityng AA. Wtedy los potrafi się odmienić: alkoholik przestaje pić, bić, oszukiwać i kraść, jest już dobrze, spokojnie, wszyscy są zadowoleni. Bajka mogłaby się kończyć w tym momencie zdaniem: „odtąd żyli długo i szczęśliwie”, ale przyszłość nie zawsze jest tak kolorowa, jak obiecują to pierwsze tygodnie i miesiące abstynencji. Dno alkoholika niepijącego nie jest aż tak ostro zarysowane, powiedziałbym, że to raczej niewyraźny cień majaczący słabo w mętnej wodzie. W takie dno nie uderza się z wielkim hukiem, w sposób zwracający powszechną uwagę, lecz opada na nie cicho, niepostrzeżenie, grzęznąc powoli w lepkim mule...

Poczucie nieudolności i niewydolności, kompletne zagubienie w tym swoim nowym życiu, przekonanie o nieprzydatności, przykre wrażenie, że jest się jednak kimś gorszym, człowiekiem drugiej kategorii, samotność i alienacja, urazy i lęki, poczucie winy i krzywdy, rozgoryczenie, brak sensu i celu w życiu, i wreszcie... całkowita i ostateczna utrata nadziei. Z takimi problemami zwykle zostajemy sami. „Na własne życzenie” — ktoś powie — i bardzo możliwe, że będzie miał rację, mnie jednak, w tej chwili, interesują raczej środki zaradcze, a nie szukanie winnych.

Mam wrażenie, że niewiele brakowało, a utknąłbym na takim dnie na długo, być może na zawsze. Nie jest przy tym wykluczone, że nadal byłbym w stanie skutecznie utrzymywać abstynencję, jednak... Przecież nie o takie życie mi chodziło, nie tak miało być, nie po to przestawałem pić, żeby dalej się męczyć. Męczyć z życiem i samym sobą. Od kilku lat żyję zupełnie inaczej. Może ciągle niedaleko dna, ale jednak w takiej odległości, która zapewnia mi względne poczucie bezpieczeństwa, a nawet satysfakcjonujący komfort psychiczny. Wynosi ona dokładnie dwanaście kroków. Dwanaście Kroków Anonimowych Alkoholików. Narzędziem, jakie poznałem i dzięki pomocy innych ludzi z powodzeniem zastosowałem wobec siebie samego, jest Program Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Oczywiście na AA i ich Dwunastu Krokach oraz Dwunastu Tradycjach świat alkoholika się nie kończy, a przynajmniej nie musi. Znam propozycję psychologa, Fryderyka Skinnera, nazywaną humanistycznymi dwunastoma krokami. Dosyć ciekawym rozwiązaniem dysponuje wspólnota Cenacolo. Dalej Guttempler, choć ich zakres działania jest nieco szerszy, bo obejmuje osoby uzależnione od różnych substancji zmieniających świadomość; to zresztą jest dość częste w przypadku rozwiązań alternatywnych. W wielu krajach niemieckojęzycznych działa Blaues Kreuz, w Ameryce i Niemczech istnieje wspólnota Synanon. Ponadto pomoc i wsparcie oferuje alkoholikom Ośrodek Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu, Ruch Trzeźwości im. św. Maksymiliana Kolbego, Katolicki Ruch Światło-Życie, także Krucjata Wyzwolenia Człowieka. W każdym razie jest w czym wybierać. Ja wybrałem Wspólnotę Anonimowych Alkoholików. Książka „12 KROKÓW OD DNA” dotyczy Programu Dwunastu Kroków oraz Dwunastu Tradycji Wspólnoty Anonimowych Alkoholików i zawiera, między innymi, odpowiedzi na pytania: jak ja ten Program rozumiem, jak stosowałem i stosuję go w życiu, jakie przy tym popełniałem błędy. Czytelnik znajdzie tutaj moje przemyślenia, doświadczenia i wątpliwości na temat Dwunastu Kroków i Dwunastu Tradycji, ale również wnioski wynikające z doświadczeń i obserwacji innych ludzi, z którymi zetknąłem się na wspólnotowym szlaku. Zwrócę jeszcze raz uwagę na słowo „moje” — ja nie prezentuję tutaj jakiejś oficjalnej wykładni Wspólnoty AA — nawet gdyby taka istniała. Kilka razy spotkałem się z zarzutem, że dostrzegam w Programie Dwunastu Kroków AA coś więcej, niż Bill faktycznie w nim zawarł. Potwierdzam. Zdecydowanie tak właśnie jest. Mówiąc wprost: jestem głęboko przekonany, że w Programie Anonimowych Alkoholików kryje się potencjał, z którego, w ubiegłym wieku, Bill W. nawet nie zdawał sobie sprawy.

Wzrasta poziom wiedzy na temat uzależnienia od alkoholu, rośnie też suma doświadczeń Wspólnoty AA dotyczących Kroków, Tradycji, ich zastosowania, sposobów i metod realizacji. Jeżeli w chwili obecnej tej wiedzy i doświadczeń jest więcej niż siedemdziesiąt pięć lat temu, w czasach Billa W. i Boba, to moim zdaniem jest to jak najbardziej oczywiste i naturalne. Nawet więcej — bardzo bym się zdziwił, gdyby było inaczej, gdyby okazało się, że alkoholicy, członkowie Wspólnoty AA, przez cały ten czas, niczego więcej się nie nauczyli i nie doświadczyli.

* „Program” piszę przez duże „P”, by nie było wątpliwości, że chodzi mi konkretnie o Program powrotu do zdrowia Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, a nie jakiś program, jakikolwiek.

dodajdo.com

Pokora


„ Krok ten kładzie szczególny nacisk na pokorę, warto więc zastanowić się, czym jest pokora i w jaki sposób możemy stosować ją w życiu...
... Bez pokory żaden alkoholik nie utrzyma się w trzeźwości”
12/12 str.71

- Jak rozumiem pojęcie "pokora"? Czym dla mnie jest pokora?
- Czy uważam, że pokora jest konieczna, by żyć w trzeźwości?
- Czy uważam siebie za osobę pokorną?


Czy jesteśmy teraz gotowi,


„Czy jesteśmy teraz gotowi, aby Bóg usunął z nas te cechy, które uznaliśmy za budzące zastrzeżenia?
Jeśli dalej hołubimy któreś z naszych słabości błagamy Boga, aby pomógł nam chociaż walczyć o usunięcie tej wady.”
„ Anonimowi Alkoholicy” str. 65

- Które z moich wad nadal pielęgnuję i dlaczego?
- Czy szczerze proszę Boga, by usunął wszystkie moje braki
- Co dla mnie oznacza „ zwrócić się w pokorze?”


Zawsze zależni finansowo


Tradycja siódma wspólnoty AA

"Każdy zna zaklęcia pijących alkoholików, że mając pieniądze poradziliby sobie z wszystkimi problemami. Zawsze wyciągaliśmy rękę.
Jak tylko sięgamy pamięcią, zawsze byliśmy od kogoś zależni, przeważnie finansowo."
12x12 str. 160.