Dzielimy się informacjami, doświadczeniami narosłymi wokół programu 12 Kroków i stosujących go, by wymieniać je i by dać szanse zdobycia o nich wiedzy nieuzależnionym.

Felicjańska nie leczy się z alkoholizmu


Po tym, jak w lutym pijana Ilona Felicjańska spowodowała wypadek samochodowy, wyszło na jaw, że była modelka jest uzależniona od alkoholu. Jednak, zamiast poddać się terapii odwykowej, znowu zaczęła bywać na bankietach...

"Jestem osobą nieuleczalnie chorą. Od lat zmagam się z problemem alkoholowym. Chcę się leczyć, ale pragnę również pomagać innym kobietom" - oświadczyła Ilona Felicjańska po głośnym wypadku samochodowym, który spowodowała, będąc pod wpływem alkoholu.

Niedawno gwiazdka otworzyła wraz ze swoim przyjacielem, Hubertem Łusiakiem, Instytut Tożsamości Uzależnień, w którym mają być organizowane turnusy dla alkoholików. Sama jednak jeszcze nie rozpoczęła leczenia.

Jak donosi "Fakt", Łusiak opublikował właśnie oświadczenie, w którym zaznacza, że to on jest właścicielem ośrodka, a Ilona jedynie promuje go swoją osobą. "Ilona (...) sama podda się terapii w odpowiednim czasie" - napisał.

Tymczasem Felicjańska znowu intensywnie oddaje się życiu towarzyskiemu i bywaniu na warszawskich bankietach i imprezach dla celebrytów, na których darmowy alkohol leje się strumieniami.

To chyba nie najlepsze miejsce dla osoby, która od wielu lat jest uzależniona. Przypominamy, że modelka już siedem lat temu próbowała wyjść z nałogu. Z jakim skutkiem - wiadomo.

Więcej na ten temat


>Felicjańska: Jestem uzależniona od alkoholu
>Felicjańska zarabia na nałogu?
>Felicjańska usłyszała wyrok

źródło: Pomponik.pl

dodajdo.com

Bezsilność


I skomląc przejdę przez życie
stronnicza
wypłoszona.
Na koniec jak ryba z wody
wyjęta
wypatroszona.
Poczuję ogrom siły ciało rozpierającej
ustami i nozdrzami wolno wyciekającej.
Bezsilność jest jak kołek tkwiący w starym płocie
spróchniały
wykrzywiony
wyglądem oczy raniący.
Nie zdolnym do działania
poświęceń i miłości
Nie zdolnym do myślenia
starym kołkiem bez przyszłości...


źródło: http://www.alkoholizm.com.pl/forumalko/viewtopic.php?t=2842&start=240



dodajdo.com

Piciorys - życiorys pijaka


Na początku był chaos, chaos był dobry. Potem rozdzieliłem światłość od ciemności - i to mnie zgubiło...

Mam na imię Jarek, jestem alkoholikiem.

Piłem alkohol od kiedy pamiętam. Jak byłem małym chłopcem, rodzice podczas radosnych imprez podawali mi alkohol, by dodać gadżetu do uciechy. Gościom to imponowało, ...takie dziecko! ...a już potrafi... A i mi to pasowało. Byłem fajnie zakręcony i w centrum uwagi ;-) I tak mi zostało...

Ujrzałem sposób na życie. Moi rodzice żyli w takich, a nie innych warunkach. Wokół duża rotacja ludzi. Wciąż nowe twarze. Życie w strachu i przełamywanie się nawzajem. Alkohol służył do tego niczym czarodziejska różdżka. Wszyscy radośni i otwarci, a ja w centrum ;-)

Potem zauważyłem, że to rzeczywiście działa. Zacząłem trzymać się starszych ode mnie. Wkupowałem się załatwianym, dzięki kłamstwu, alkoholem, a wśród rówieśników i młodszych ode mnie byłem kimś ważnym ;-)

Potem sam wyruszyłem pomiędzy ludzi. Rozpoczęła się rotacja wokół mnie. Najpierw szkoła zawodowa. Chłopak, który zapowiadał się na kogoś porządnego, poszedł do budowlanki. Pierwsza własna decyzja. Przeciw rodzicom, nauczycielom, systemowi, a może, tak naprawdę, chodziło mi o piwo na budowie...

Zawodówkę omal nie przepiłem. Na pewno przepiłem zaufanie kilku ważnych i bliskich osób, kilku mniej ważnych i swoje...

Po raz pierwszy zaczynałem się bać siebie. Nie rodziców, szkoły i systemu ale zadziwiającej łatwości dokonywania poważnych błędów. Co ciekawe... pod wpływem alkoholu, który kojarzył mi się z ciepłotą ludzką, zaufaniem, wspólnotą...

Zaczynałem wyraźnie rozumieć, że czegoś w tym wszystkim nie rozumiem...

Być może dlatego tak łatwo było mi odejść z technikum i nie zdać do drugiej klasy. Zaczynała mi towarzyszyć porażka...

Kolejna przeprowadzka. Tym razem do naprawdę dużego miasta. Okna na świat. Kolejni nowi ludzie, zatrudnienie, dorosłość, traktowanie mnie równorzędnie, mimo, że się nie wkupiałem... Byłem, pod tym względem, równiacha ;-) Nie trzeba mnie było namawiać...

Pierwszy raz zobaczyłem, że ludzie mają mnie na uwadze, bo jestem...

Jednak nadal trenowałem swój, poznany za dzieciaka, sposób na życie. Już nie potrafiłem się ocknąć. Wróciłem do szkoły. Tym razem wieczorowej. Pracowałem, dziewczyna, kumple, wielki świat wokół, idea Rastafarianizmu, życia w zgodzie z Bogiem i naturą, odpowiedzialność za babcię i niepełnosprawną ciotkę... Wtedy poznałem zbawienny wpływ klina na życie...

Życie moje zostało uratowane... Przecież tylko dzięki alkoholowi potrafiłem to wszystko ogarnąć, a teraz jeszcze bardziej ;-)

Po roku dojechali rodzice... No i dopiero się zaczęło... Znienawidziłem ich za to, że ukazali mi tę prawdę, którą ukrywałem przed innymi. A inni pomagali mi ją ukryć przede mną samym... Staczałem się szybciutko... W pracy kręcili nade mną głową. Szkoła przepadła. Dziewczyna odeszła. W domu wojna. Koszmar. A na koniec, walka z trzmielami zagnieżdżonymi pod kołdrą...

Porażka. Prawdziwa porażka... A tak pięknie miało być...

Trafiłem do armii. Mówiono tam na mnie uśmiechnięty. Może dlatego, że już znałem cierpienie. Może dlatego że już wiedziałem czego się bać...

W armii przestałem się upijać. Żadnych wielodniówek. Jadłem i spałem spokojnie. Odzyskałem wiarę w siebie i w przyszłość. Przecież nie mogło jeszcze ze mną być tak źle...

Do cywila wychodziłem mając marzenia, plany, chęć do życia. Niedługo zmieniłem pracę. Miałem lepszą i większe pieniądze. Wszystko się układało pięknie - do pierwszej wypłaty...

Wtedy poznałem przyjacielską dłoń drugiego człowieka, bo sam nie byłem w stanie wlać w siebie alkohol... Kolejna porażka. Przepadły marzenia... Plany... Wolność... Potężny cios...

Postanowiłem więc zawalczyć o siebie. Coś przecież było w tym świecie... Dopiero co miałem się ok... Zacząłem polepszać sobie życie. Wywalili mnie z tej pracy, ale wygrałem na tym. Ówczesna kuroniówka i nieźle płatna praca, do tego lewizna... Wszystko było w zasięgu... I przepadło... Ktoś za mnie spłacił długi. Ktoś się zaopiekował, pomógł... Też przepadło...

Ja już przepadłem... Chodziłem po tym świecie i śmierdziałem...

Nic i nikt nie było w stanie wyrwać mnie z tego...

Tylko dlaczego nie umieram?... Starałem się, przynajmniej, nie być zbyt wielkim obciążeniem. Starałem się przynajmniej zarobić na to swoje pijaństwo. Starałem się by ludzie się do mnie nie przywiązywali, żebym nie ściągał ich za sobą w dół...

Po latach tułaczki trafiłem do takiej firmy, skansenu, w której tolerowano pijaństwo. Mogłem jeszcze trochę przeboleć to życie. Wróciłem do technikum... żeby mieć pretekst do wyjścia z domu, wciąż mieszkałem z rodzicami, a trochę po to by mieć coś w co się zaangażuje, co jeszcze mnie odciągnie od tego cholernego pijaństwa. Trułem się piwem, bo liczyłem, że to na tyle długo potrwa, że nie zdążę się upić. Nie potrafiłem jednak odmówić sobie gorzały. Chociaż wiedziałem, że za nią czeka na mnie, znowu, to samo szaleństwo. Piłem już coraz mniej, a upijałem się...

Nie miałem w sobie zgody na to... Przecież ja muszę wypić sześć piw, żeby czuć się dobrze ;-) Życie przerodziło mi się w ciągły kac i walkę z samopoczuciem.

Porażka, po prostu... totalna porażka... Czyżby Bóg coś spierdolił?

Po co wciąż żyje? Za co ciepię? Co jest grane?

Jeszcze mnie z tego skansenu wyrzucą... Co za hańba... Potem już tylko bezdomny pijanica będę... Dykta i kanały zajrzały mi głęboko w oczy...

W tych ostatnich latach poznałem człowieka, który zrobił coś zadziwiającego. Dla mnie nieosiągalnego. Nawet nie myślałem, że to można... Przerwał picie... Powiedział mi jak to się robi i skorzystałem z rady, żeby utrzymać się w pracy.

Postanowiłem zalegalizować swoje pijaństwo i zostać oficjalnie leczącym się alkoholikiem. Poszedłem na odwyk nauczyć się pić po ludzku, radząc sobie z problemami. Przecież tam są psychologii, to chociaż skorzystam... Kiedy wszedłem na sale terapeutyczną i zobaczyłem z kim będę przebywał. Pomyślałem że ci ludzie owszem... Dla nich jest szansa... Porządni, mądrzy i zaradni... Mieli motywację. Rodziny. Pracę. Porządne życie. A ja, taka sierota skończona, byłem tam tylko po to by mieć pieczątkę w książeczce. Żeby się moi szefowie odwalili ode mnie, jak się znowu spiję ;-)

Ale miałem pecha. Siedziałem obok człowieka, który opowiadając o sobie, mówił o mnie. Wszystko się absolutnie zgadzało... Tylko był dużo starszy... Spostrzegłem, że nie tak łatwo się umiera, nawet jak się wiele lat zdycha i zapił terapie...

Cholera! Mogę nie umrzeć. Będę się męczył...

To mi się w pale nie mieściło... Byłem przerażony... Popadłem w jakąś bezwolę i zacząłem słyszeć co do mnie mówią, na tej całej terapii. Że ja, choćby nie wiadomo jaki, skończony alkoholik, mogę nie pić... I to nie jakiś tam czas, aż szum w głowie i wokół ucichnie - tylko w ogóle nie pić!

Czyżby?

Na dodatek trafiłem na spotkanie Anonimowych Alkoholików... Siedziałem tam, taki porąbany alkoholik i siedzieli tam inni... Mówili o sobie, że też są alkoholikami... Ale byli spokojni, zrównoważeni i pewni siebie. Bardzo jasno się wyrażali. Przypomnieli mi, jakim człowiekiem zawsze chciałem być. Biło od nich coś, czego całe życie poszukiwałem. Co ciekawe... Powiedzieli mi, że też mogę taki być... Prędzej czy później, ale na pewno jeśli zostanę w AA...

No to zostałem ;-)





Łatwo było mnie przekonać, że piję bez umiaru. Uwierzyłem, że jeśli nie sięgnę po alkohol w ogóle, to mogę być na sto procent pewny, że pozostanę trzeźwy. Trudno mi jednak było uwierzyć, że potrafię utrzymać abstynencję od alkoholu. Przecież znajomi, święta, uroczystości, okazje, braki okazji, tyle wokół mnie pokus, że abstynencja wydawała mi się zwykłą mrzonką.

Pech jednak zechciał, że właśnie wtedy otoczony byłem ludźmi, którzy już sobie z tym dylematem poradzili. Byli dla mnie żywym świadectwem, że warto spróbować. Postanowiłem więc, że dokonam takiej próby. Podstawowy warunek o jakim wtedy słyszałem, to być z nimi.

Zacząłem 19 lipca 2002r. i ta pierwsza próba trwa do dziś. Dziękuję tym wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że akurat mi się powiodło, bo nie każdy ma taką szansę by wyjść z alkoholizmu, a większość nie potrafi z niej skorzystać. Jedyny sposób w jaki mogę wyrazić swoją wdzięczność za życie, to wytrwać w trzeźwości i pomagać w jej osiągnięciu innym.


źródło: serwis TENJARAS

Piecha: tak, jestem alkoholikiem


O tym, jak trudno przyznać się do nałogu, dlaczego w Polsce nie ma atmosfery do takich wyznań i dlaczego są one potrzebne innym, z Bolesławem Piechą, posłem PiS, byłym wiceministrem zdrowia, rozmawia Joanna Leszczyńska.

Niedawno w tabloidzie przyznał się Pan do tego, że od 25 lat zmaga się z chorobą alkoholową. To była trudna decyzja?

No pewnie, że trudna. Choroba alkoholowa to nadal w polskim społeczeństwie temat tabu. Dalej panuje przekonanie, że alkoholik to człowiek z rynsztoka, bez silnej woli, który świadomie niszczy swoje życie i zdrowie, a także swojej rodziny. To nie jest prawda, ponieważ to jest choroba. Nikt na przykład nie twierdzi, że cukrzykowi potrzebna jest silna wola, by poziom cukru uregulował się jak trzeba. W Polsce nie ma wciąż atmosfery, by mówić o tym otwarcie. Ten opór wewnętrzny, który tkwi w nas, alkoholikach, można nazwać
wstydem i lękiem. Boimy się, jakie to może mieć konsekwencje dla dalszego życia.

Dlaczego przyznał się Pan do tej choroby właśnie teraz?

Ja tego nie planowałem ani nie zamierzałem niczego manifestować. Po prostu dziennikarz ogólnopolskiej gazety zapytał mnie o to w zawoalowany sposób i uznałem, że byłoby źle udawać idiotę i zaprzeczać. Gdyby wcześniej ktoś mnie o to spytał, pewnie też bym powiedział prawdę. Zresztą dawałem to do zrozumienia we wcześniejszych wywiadach.

Było Panu łatwiej, gdyż wcześniej utorowali Panu drogę ojciec Maciej Ziemba i prof. Wiktor Osiatyński oraz inni znani...

To i tak nie jest takie łatwe. Artykuł prof. Osiatyńskiego "Alkoholizm, grzech czy choroba", który ukazał się w "Polityce" 25 lat temu, miał duży wpływ na mnie. Dzięki niemu jako młody mężczyzna przyjrzałem się swojemu postępowaniu. Profesor od dawna wie o mojej chorobie.

A koledzy z Prawa i Sprawiedliwości?

Sam o tym powiedziałem władzom partii. Nie mogłem tego ukrywać, gdyż od czasu do czasu potrzebuję trochę wolnego, by się wyciszyć. Gdyby nie to wyciszenie się, runąłbym. Chwyciłbym za alkohol. Może w domu, może nikt by nie widział, ale czy to zmniejsza wymiar tej tragedii? Konsekwencje nawrotu są straszne. Wszystko wybuchnie z jeszcze większą siłą, nawet jeśli było to tylko jedno zapicie.

Rozmawiał Pan z prof. Religą o problemie, kiedy był ministrem zdrowia i Pana przełożonym?

Nie zgłębialiśmy tego tematu, choć profesor sugerował, że i on miał problemy z alkoholem. On o moim problemie wiedział ode mnie i od innych, bo nie pracujemy w próżni. Aczkolwiek grono to nie było tak powszechne jak teraz.

Pana pierwszy kieliszek?

Miałem 16 czy 17 lat. Były to chyba dwa kieliszki. To było w latach 70. w Rybniku. Po meczu w knajpie dyrektor mojej szkoły postawił mi jarzębiak. Jaki czułem się wtedy doceniony! To plus poczucie mocy sprawiło, że zapamiętałem to. Nie wiem, czy u mnie przeważył pierwszy kieliszek, czy może setny lub tysięczny. Wiem tylko, że mam do tego słabość i że dla mnie alkohol jest śmiertelnym zagrożeniem. Na studiach też piłem. Trzeba było się uczyć, a po pijanemu było to trudne. Byłem bardzo dobrym studentem, toteż szukałem pomocy. Lekarz zaordynował leczenie chemiczne. To była nieudana próba.

Jest Pan z zawodu lekarzem ginekologiem. Czy sięganie po kieliszek to była metoda na złagodzenie napięcia związanego z pracą?

To stereotyp. Alkoholizm jest chorobą demokratyczną. Dotyka wszystkich: zarówno prostych ludzi, jak i wybitnie utalentowanych. I wszystkie grupy zawodowe. Tyle że w pewnych środowiskach, np. artystycznych, jest większe przyzwolenie na picie, a inne są bardziej napiętnowane.

Czyżby nie miało żadnego znaczenia to, że lekarze mają do alkoholu bardzo łatwy dostęp, są nim obdarowywani przez pacjentów?

Gdybym nie miał dostępu do dobrego alkoholu, piłbym denaturat! Alkoholizmu nie wiązałbym ze specyfiką pracy, ale z predyspozycjami do uzależnienia, z deficytami wyniesionymi z dzieciństwa. Tusk zapalił w młodości skręta i się nie uzależnił. Tak samo niektórzy mogą pić całe życie i nigdy się nie uzależnią. A inni dosyć szybko. Na ogół alkoholicy są ludźmi o dużej wrażliwości i znaleźli sposób, całkiem przypadkowo, na łagodzenie napięć. Uważam się za człowieka wrażliwego, w związku z tym chwieję się emocjonalnie.
Każdy dąży do spokoju. Wiele lat temu ten spokój uzyskiwałem po wypiciu kieliszka, który uruchamiał przymus picia.

Miał Pan problemy w pracy z powodu alkoholizmu?

Raz zdarzyło mi się nie przyjechać na dyżur. Ktoś musiał mnie zastąpić. Szarpałem się, żeby nie wypić wieczorem, bo trzeba rano być w pracy. Albo nie dopuścić do tego, by wypić w pracy.

Były rozmowy ostrzegawcze z przełożonymi?

Nie było takich rozmów, Bogu dzięki. Chociaż... szkoda. Kiedy byłem stażystą, zdarzyło mi się przyjść do pracy "wczorajszym". Bez konsekwencji. Nikt z nas nie potrafi wytknąć komuś, że robi źle. Ile osób zwraca innym w tramwaju uwagę, że się źle zachowują? Oczywiście, że tolerowano zarówno moje, jak i moich kolegów picie. To są kulturowe rzeczy, których się nie przeskoczy. Przyzwolenie na picie nadal w Polsce jest duże, choć ta tolerancja trochę osłabła.

Zwalniał Pan jako dyrektor szpitala alkoholików?

Dwóch, którzy przyszli do pracy pijani. Jeden był lekarzem. To było trudne. Czy tym ludziom to pomogło, nie wiem. Uzależnionym dawałem alternatywę: spróbuj podjąć wysiłek leczenia.

Czy skłonność do kieliszka można odziedziczyć?

Nie sądzę. Na początku zadawałem sobie pytanie: dlaczego ja? Dziś nie nurtuje mnie to, bo nie ma odpowiedzi na to pytanie. Moi rodzice nie nadużywali alkoholu. Myślę, że w grę wchodzą deficyty wychowawcze. Widziała pani świętą rodzinę? Ja jedną, ale opisano ją dwa tysiące lat temu. Myślę, że temu nałogowi sprzyjają takie cechy jak wrażliwość, nieśmiałość, może niskie poczucie własnej wartości. Strasznie groźny jest perfekcjonizm. Często miałem poczucie, że mogę lepiej.

źródło: polskatimes.pl

Tolerancja


Przyszła mi do głowy taka myśl, że wszyscy ludzie są do pewnego stopnia chorzy emocjonalnie.
Czy może być inaczej? Któż z nas jest doskonały pod względem duchowym? Albo pod względem fizycznym? Jak ktokolwiek mógłby być doskonały pod względem emocjonalnym? Cóż zatem innego można zrobić, jak tylko znosić siebie nawzajem i traktować się wzajemnie tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani w podobnych okolicznościach?
Na tym polega prawdziwa miłość.

Geny ostrzegą przed alkoholizmem



Badania genetyczne, które mogą nas ostrzec przed alkoholizmem? To możliwe, bo naukowcy z Uniwersytetu Północnej Karoliny znaleźli właśnie wariant genu, który może mieć bliski związek z ryzykiem nałogu.

Chodzi o wariant genu CYP2E1, który koduje enzym rozkładający alkohol i dlatego ściśle wiąże się z indywidualną reakcją naszego organizmu na napoje wyskokowe. Ten wariant, występujący u 10 do 20 procent ludzi sprawia, że już po kilku kieliszkach czują się upojeni bardziej niż inni.

Do tej pory przypuszczano, że to zmniejsza ryzyko wpadnięcia w szpony nałogu, teraz jednak wydaje się, że sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana.

Wyniki tych badań, które w całości zostaną opublikowane w styczniu przyszłego roku, sugerują, że modyfikowanie działania tego genu może okazać się najlepszym sposobem walki z alkoholizmem, a wcześniejsze sprawdzenie, którą wersją dysponujemy, może oszczędzić nam wielu problemów.

źródło: Rmf24.pl

Co lepsze miłość, narkotyki czy dopalacze?


Ostatnio niemal we wszystkich mediach toczy się spór o dopalacze, firmy je sprzedające i ustawę antynarkotykową. Pada wiele pomysłów, jak przerwać nielegalne procedery handlu substancjami psychoaktywnymi, jakie stosować procedury by wyeliminować nałogi z życia publicznego, a tymczasem psycholodzy odkryli, że naturalnie uzależniającą używką jest miłość :)

W zeszłym kwartale dr Helen Fisher z Rutgers University w stanie New Jersey dowiodła, że miłość ściśle łączy się z uzależnieniami. Jet to związane z tym, że pogodzenie się z odtrąceniem w miłości jest równie trudne jak zerwanie z nałogiem. Jest to wniosek potwierdzający badania psychologów z uniwersytetu Stanforda, którzy dowiedli, że miłosne zauroczenie jest silnie związane z ośrodkami przyjemności w mózgu. Miejscem, które jest najmocniej pobudzane jest jądro półleżące – jeden z głównych regionów, który bierze udział w rozwoju uzależnień od narkotyków! To obszar mózgu, który czy nam się to podoba czy nie, przekonuje nasze umysły, że nie możemy uwolnić się od naszego nałogu i musimy robić to co robimy, by dostarczać sobie w sposób ciągły przyjemności.

I właśnie dlatego zachęcam Cię (nie po raz pierwszy zresztą) do zadbania o to, aby Twój związek był związkiem pełnym miłości i satysfakcji zarówno dla Ciebie, jak i Twojego partnera. Oczywiście może nie być jeszcze związkiem idealnym lub... możesz jeszcze nie mieć związku lub nie chcieć obecnie go mieć. Ale i tak warto zadbać, by Twoje myśli zaczęły krążyć wokół MIŁOŚCI.

„Bez miłości można rąbać drzewo, wypalać cegły, kuć żelazo.

Lecz bez miłości nie można zbliżyć się do drugiego człowieka.”


Lew Tołstoj

To, co składa się na miłość można zamknąć (teoretycznie) w trzech składnikach miłości.

Pierwszy z nich to intymność – która wiąże się z pozytywnym uczuciem do partnera. Ten pozytywny stan ma na celu wywołać w związku miłosnym przywiązanie oraz wzajemną zależność od siebie. Intymność wynika z umiejętności komunikowania się, czyli dochodzenia do kompromisów, dzielenia się przeżyciami i doświadczeniami. Bardzo ważne jest tutaj wsparcie i zrozumienie. Intymność powstaje wraz z rozkwitem związku. Powstaje podczas wzajemnego poznawania się i rośnie w miarę trwania związku.

To, co może zabić intymność i związane z nią uczucia to pojawienie się rutyny. Rutyna zabija zwłaszcza emocje pozytywne, dlatego też, tak ważne jest by w związku pojawiały się tzw. sytuacje nieoczekiwane, dzięki czemu jest szansa ze wzrośnie temperatura relacji z Twoim partnerem

Namiętność – Ten stan można by opisać jako konstelację emocji pozytywnych (takich jak, zachwyt druga osobą, pożądanie, radość) jak i negatywnych (tj. ból niepokój, zazdrość, tęsknota). Temu składnikowi miłości towarzyszy silne pragnienia erotyczne i pobudzenie seksualne. Namiętność pojawia się na samym początku trwania związku, jest bardzo silnie energetyzująca partnerów, ale uwaga, namiętność w związku najszybciej opada. Jest to naturalne, że nie możesz cały czas trwać w permanentnym stanie zakochania. Przez niektórych stan zakochania uważany jest za pewien rodzaj choroby psychicznej. Jeśli byłeś zakochany to wiesz o czym mówię :). To taki okres w życiu, że patrzy się na związek i na otaczający świat jak przez różowe okulary, wtedy nie ma rzeczy niemożliwych, a dążenie do bliskości (nie tylko psychicznej, ale i fizycznej) z partnerem jest najważniejsza. Namiętność intensywnie rośnie i szybko osiąga szczyt, ale to, co łatwo przychodzi również łatwo odchodzi i gaśnie.

Zaangażowanie, czyli podjęcie działań by przekształcić relacje miłosna w trwały związek, wiąże się to również z chęcią utrzymania związku mimo pojawiających się przeszkód. Jest to bardzo silna strona, która podtrzymuje związek w razie ewentualnych konfliktów. Po ślubie i podjęciu świadomej decyzji o byciu razem nie jest łatwo zakończyć relację.

Miłość to ślepa pasja, pewien rodzaj demencji, która pochłania umysł, tworzy emocjonalne uzależnienie i każe idealizować partnera zniekształcając jego prawdziwy obraz
– twierdzi David Buss

Omówiłam te Trzy składniki miłości po to, by przedstawić Ci wpływ ich poziomów na rozwój związku miłosnego, który przebiega w pięciu etapach. A są to: zakochanie, namiętne początki, związek kompletny, związek przyjacielski, związek pusty.

I tak,

W zakochaniu dominuje namiętność skierowana do drugiej osoby. W niewytłumaczalny dla nas sposób jakąś to istotę ludzką obdarzasz uczuciem silnym i bezwarunkowym. Badania pokazują, że mężczyźni pożądają kobiet pięknych, młodych i zdrowych, zaś kobiety pragną opiekunów oraz mężczyzn inteligentnych i ambitnych, o możliwie wysokim statusie społecznym i materialnym (lub rokujących jego osiągnięcie w przyszłości).

Więcej spotkań z partnerem, więcej chwil spędzonych wspólnie, pragnienie maksymalnej bliskości, zaufania a co za tym idzie, intymności. To już romantyczne początki - kolejny etap rozwoju miłości. Na tym etapie góruje namiętność i intymność. W tej fazie nic do szczęścia nie potrzeba poza własnym towarzystwem. Wzrasta uczucie zaufania do partnera, co wiąże się z potrzebą otwartości i wyrażania siebie, pokazania siebie z najlepszych stron, ale także potrzeba dzielenia się smutkami i troskami.

Kolejną fazę nazywamy związkiem kompletnym – tutaj współgrają z sobą wszystkie trzy składniki miłości a zatem jest tu i namiętność i intymność i zaangażowanie. Na tym etapie partnerzy zdecydują się przekształcić związek w stałą relację. Na ogół w tej fazie dochodzi do zalegalizowania związku, czyli podjęcie decyzji o ślubie.

Po pewnym czasie intensywność namiętności zaczyna szybko spadać, intymność osiąga swój punkt kulminacyjny, jednak, jeśli zaangażowanie okaże się wystarczająco silne, wówczas związek przetrwa i przekształci się w związek przyjacielski (słaba intymność, bardzo ważne zaangażowanie). Jak sama nazwa wskazuje na tym etapie związku konieczna jest przyjaźń między partnerami, a ta zależy od nich samych, czyli od tego w jaki sposób się porozumiewają, czy potrafią dochodzić do kompromisów, czy są otwarci na drugą osobę, czy szanują się wzajemnie. Jeśli tylko partnerzy wykażą się chęcią utrzymania zaufania i wzajemnego przywiązania, związek jest w stanie przetrwać największy kryzys.

Jeśli nie uda się zbudować trwałej i silnej więzi między kochankami, wówczas miłość zanika. Pojawia się wtedy faza związku pustego. Na tym etapie nie ma ani intymności ani namiętności, to, co trzyma małżonków przy sobie to zaangażowanie, czyli wspólny majątek, wspólne wspomnienia, dzieci.

Miłość to nie jest tylko euforyczne poruszenie serca, które objawia się na początku związku w zakochaniu. Potem jednak intensywność emocji opada i trzeba pracować nad poznawaniem siebie, akceptacją, rozwojem zaufania, wybaczaniem, przyczynianiem się do wzrostu partnera. Miłość wyraża się w pragnieniu dobra małżonka mimo wszystko, w codziennym pozbywaniu się egoizmu, a także poprzez pokazywanie, co jest dobrem a co złem i wybieranie dobra ponad wszystko.


Porady psychologiczne przez internet