Współzałożyciel Wspólnoty AA Bill W. nazywa Dwanaście Kroków zbiorem "zasad duchowych, które stosowane jako sposób życia mogą uwolnić od obsesji picia i dopomóc cierpiącemu, by stał się zdrowym, szczęśliwym i pożytecznym człowiekiem". Drugi współzałożyciel AA Dr Bob powiedział:"W postaci skondensowanej naszych Dwanaście Kroków sprowadza się do słów: miłość i służba" Pracować nad Programem AA to znaczy pracować nad Krokami. Cały program Dwunastu Kroków wymaga stałego i osobistego wysiłku w stosowaniu się do jego zasad i ma na celu zmianę określonych nawyków, utartych schematów myślenia i zmianę dotychczasowego oglądu siebie i świata. Praca nad Krokami pozwala osiągnąć trzeźwość i trwać w niej. Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików znajduje także zastosowanie w codziennym życiu poza Wspólnotą AA - część Kroku Dwunastego mówi... i stosować te zasady we wszystkich swoich poczynaniach. Wiele ludzi nie będących alkoholikami uważa, że w rezultacie stosowania Dwunastu Kroków zdołali rozwiązać wiele innych problemów życiowych. Dwanaście Kroków to droga do szczęśliwego i wydajnego życia dla wielu ludzi zarówno alkoholików jak i nie alkoholików.
Alkoholizm to choroba, możesz nauczyć się ją kontrolować ciesząc się pełnią życia
Dzielimy się informacjami, doświadczeniami narosłymi wokół programu 12 Kroków i stosujących go, by wymieniać je i by dać szanse zdobycia o nich wiedzy nieuzależnionym.
Zasady duchowe
Współzałożyciel Wspólnoty AA Bill W. nazywa Dwanaście Kroków zbiorem "zasad duchowych, które stosowane jako sposób życia mogą uwolnić od obsesji picia i dopomóc cierpiącemu, by stał się zdrowym, szczęśliwym i pożytecznym człowiekiem". Drugi współzałożyciel AA Dr Bob powiedział:"W postaci skondensowanej naszych Dwanaście Kroków sprowadza się do słów: miłość i służba" Pracować nad Programem AA to znaczy pracować nad Krokami. Cały program Dwunastu Kroków wymaga stałego i osobistego wysiłku w stosowaniu się do jego zasad i ma na celu zmianę określonych nawyków, utartych schematów myślenia i zmianę dotychczasowego oglądu siebie i świata. Praca nad Krokami pozwala osiągnąć trzeźwość i trwać w niej. Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików znajduje także zastosowanie w codziennym życiu poza Wspólnotą AA - część Kroku Dwunastego mówi... i stosować te zasady we wszystkich swoich poczynaniach. Wiele ludzi nie będących alkoholikami uważa, że w rezultacie stosowania Dwunastu Kroków zdołali rozwiązać wiele innych problemów życiowych. Dwanaście Kroków to droga do szczęśliwego i wydajnego życia dla wielu ludzi zarówno alkoholików jak i nie alkoholików.
Jedenasty Krok programu Anonimowych Alkoholików
Jak wyzdrowieć z alkoholizmu robiąc 12 kroków
w sposób opisany w Wielkiej Księdze
"Dążyliśmy przez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia"
"KROK JEDENASTY zaleca modlitwę i medytację ...
... tu właśnie przedstawiamy utrzymał nas w karności."
Anonimowi Alkoholicy - str. 74 , trzeci akapit aż do końca rozdziału)
Jak widzieliście w trakcie pracy nad wszystkimi Krokami Wielka Księga bardzo często odwołuje się do modlitwy i medytacji. Na pierwszych 144 stronach, do "Historii osobistych", jest ich około dwudziestu!
Postarajmy się teraz o chwilę ciszy, aby móc zastosować to wszystko, o czym czytaliśmy w ostatnim fragmencie. Zrelaksujmy się i uspokójmy nasze umysły, a potem pomódlmy się o uwolnienie od własnego ego.
źródło: 12krokow.webpark.pl
Felicjańska nie leczy się z alkoholizmu
Po tym, jak w lutym pijana Ilona Felicjańska spowodowała wypadek samochodowy, wyszło na jaw, że była modelka jest uzależniona od alkoholu. Jednak, zamiast poddać się terapii odwykowej, znowu zaczęła bywać na bankietach...
"Jestem osobą nieuleczalnie chorą. Od lat zmagam się z problemem alkoholowym. Chcę się leczyć, ale pragnę również pomagać innym kobietom" - oświadczyła Ilona Felicjańska po głośnym wypadku samochodowym, który spowodowała, będąc pod wpływem alkoholu.
Niedawno gwiazdka otworzyła wraz ze swoim przyjacielem, Hubertem Łusiakiem, Instytut Tożsamości Uzależnień, w którym mają być organizowane turnusy dla alkoholików. Sama jednak jeszcze nie rozpoczęła leczenia.
Jak donosi "Fakt", Łusiak opublikował właśnie oświadczenie, w którym zaznacza, że to on jest właścicielem ośrodka, a Ilona jedynie promuje go swoją osobą. "Ilona (...) sama podda się terapii w odpowiednim czasie" - napisał.
Tymczasem Felicjańska znowu intensywnie oddaje się życiu towarzyskiemu i bywaniu na warszawskich bankietach i imprezach dla celebrytów, na których darmowy alkohol leje się strumieniami.
To chyba nie najlepsze miejsce dla osoby, która od wielu lat jest uzależniona. Przypominamy, że modelka już siedem lat temu próbowała wyjść z nałogu. Z jakim skutkiem - wiadomo.
Więcej na ten temat
>Felicjańska: Jestem uzależniona od alkoholu
>Felicjańska zarabia na nałogu?
>Felicjańska usłyszała wyrok
źródło: Pomponik.pl
Bezsilność
stronnicza
wypłoszona.
Na koniec jak ryba z wody
wyjęta
wypatroszona.
Poczuję ogrom siły ciało rozpierającej
ustami i nozdrzami wolno wyciekającej.
Bezsilność jest jak kołek tkwiący w starym płocie
spróchniały
wykrzywiony
wyglądem oczy raniący.
Nie zdolnym do działania
poświęceń i miłości
Nie zdolnym do myślenia
starym kołkiem bez przyszłości...
źródło: http://www.alkoholizm.com.pl/forumalko/viewtopic.php?t=2842&start=240
Piciorys - życiorys pijaka
Na początku był chaos, chaos był dobry. Potem rozdzieliłem światłość od ciemności - i to mnie zgubiło...
Mam na imię Jarek, jestem alkoholikiem.
Piłem alkohol od kiedy pamiętam. Jak byłem małym chłopcem, rodzice podczas radosnych imprez podawali mi alkohol, by dodać gadżetu do uciechy. Gościom to imponowało, ...takie dziecko! ...a już potrafi... A i mi to pasowało. Byłem fajnie zakręcony i w centrum uwagi ;-) I tak mi zostało...
Ujrzałem sposób na życie. Moi rodzice żyli w takich, a nie innych warunkach. Wokół duża rotacja ludzi. Wciąż nowe twarze. Życie w strachu i przełamywanie się nawzajem. Alkohol służył do tego niczym czarodziejska różdżka. Wszyscy radośni i otwarci, a ja w centrum ;-)
Potem zauważyłem, że to rzeczywiście działa. Zacząłem trzymać się starszych ode mnie. Wkupowałem się załatwianym, dzięki kłamstwu, alkoholem, a wśród rówieśników i młodszych ode mnie byłem kimś ważnym ;-)
Potem sam wyruszyłem pomiędzy ludzi. Rozpoczęła się rotacja wokół mnie. Najpierw szkoła zawodowa. Chłopak, który zapowiadał się na kogoś porządnego, poszedł do budowlanki. Pierwsza własna decyzja. Przeciw rodzicom, nauczycielom, systemowi, a może, tak naprawdę, chodziło mi o piwo na budowie...
Zawodówkę omal nie przepiłem. Na pewno przepiłem zaufanie kilku ważnych i bliskich osób, kilku mniej ważnych i swoje...
Po raz pierwszy zaczynałem się bać siebie. Nie rodziców, szkoły i systemu ale zadziwiającej łatwości dokonywania poważnych błędów. Co ciekawe... pod wpływem alkoholu, który kojarzył mi się z ciepłotą ludzką, zaufaniem, wspólnotą...
Zaczynałem wyraźnie rozumieć, że czegoś w tym wszystkim nie rozumiem...
Być może dlatego tak łatwo było mi odejść z technikum i nie zdać do drugiej klasy. Zaczynała mi towarzyszyć porażka...
Kolejna przeprowadzka. Tym razem do naprawdę dużego miasta. Okna na świat. Kolejni nowi ludzie, zatrudnienie, dorosłość, traktowanie mnie równorzędnie, mimo, że się nie wkupiałem... Byłem, pod tym względem, równiacha ;-) Nie trzeba mnie było namawiać...
Pierwszy raz zobaczyłem, że ludzie mają mnie na uwadze, bo jestem...
Jednak nadal trenowałem swój, poznany za dzieciaka, sposób na życie. Już nie potrafiłem się ocknąć. Wróciłem do szkoły. Tym razem wieczorowej. Pracowałem, dziewczyna, kumple, wielki świat wokół, idea Rastafarianizmu, życia w zgodzie z Bogiem i naturą, odpowiedzialność za babcię i niepełnosprawną ciotkę... Wtedy poznałem zbawienny wpływ klina na życie...
Życie moje zostało uratowane... Przecież tylko dzięki alkoholowi potrafiłem to wszystko ogarnąć, a teraz jeszcze bardziej ;-)
Po roku dojechali rodzice... No i dopiero się zaczęło... Znienawidziłem ich za to, że ukazali mi tę prawdę, którą ukrywałem przed innymi. A inni pomagali mi ją ukryć przede mną samym... Staczałem się szybciutko... W pracy kręcili nade mną głową. Szkoła przepadła. Dziewczyna odeszła. W domu wojna. Koszmar. A na koniec, walka z trzmielami zagnieżdżonymi pod kołdrą...
Porażka. Prawdziwa porażka... A tak pięknie miało być...
Trafiłem do armii. Mówiono tam na mnie uśmiechnięty. Może dlatego, że już znałem cierpienie. Może dlatego że już wiedziałem czego się bać...
W armii przestałem się upijać. Żadnych wielodniówek. Jadłem i spałem spokojnie. Odzyskałem wiarę w siebie i w przyszłość. Przecież nie mogło jeszcze ze mną być tak źle...
Do cywila wychodziłem mając marzenia, plany, chęć do życia. Niedługo zmieniłem pracę. Miałem lepszą i większe pieniądze. Wszystko się układało pięknie - do pierwszej wypłaty...
Wtedy poznałem przyjacielską dłoń drugiego człowieka, bo sam nie byłem w stanie wlać w siebie alkohol... Kolejna porażka. Przepadły marzenia... Plany... Wolność... Potężny cios...
Postanowiłem więc zawalczyć o siebie. Coś przecież było w tym świecie... Dopiero co miałem się ok... Zacząłem polepszać sobie życie. Wywalili mnie z tej pracy, ale wygrałem na tym. Ówczesna kuroniówka i nieźle płatna praca, do tego lewizna... Wszystko było w zasięgu... I przepadło... Ktoś za mnie spłacił długi. Ktoś się zaopiekował, pomógł... Też przepadło...
Ja już przepadłem... Chodziłem po tym świecie i śmierdziałem...
Nic i nikt nie było w stanie wyrwać mnie z tego...
Tylko dlaczego nie umieram?... Starałem się, przynajmniej, nie być zbyt wielkim obciążeniem. Starałem się przynajmniej zarobić na to swoje pijaństwo. Starałem się by ludzie się do mnie nie przywiązywali, żebym nie ściągał ich za sobą w dół...
Po latach tułaczki trafiłem do takiej firmy, skansenu, w której tolerowano pijaństwo. Mogłem jeszcze trochę przeboleć to życie. Wróciłem do technikum... żeby mieć pretekst do wyjścia z domu, wciąż mieszkałem z rodzicami, a trochę po to by mieć coś w co się zaangażuje, co jeszcze mnie odciągnie od tego cholernego pijaństwa. Trułem się piwem, bo liczyłem, że to na tyle długo potrwa, że nie zdążę się upić. Nie potrafiłem jednak odmówić sobie gorzały. Chociaż wiedziałem, że za nią czeka na mnie, znowu, to samo szaleństwo. Piłem już coraz mniej, a upijałem się...
Nie miałem w sobie zgody na to... Przecież ja muszę wypić sześć piw, żeby czuć się dobrze ;-) Życie przerodziło mi się w ciągły kac i walkę z samopoczuciem.
Porażka, po prostu... totalna porażka... Czyżby Bóg coś spierdolił?
Po co wciąż żyje? Za co ciepię? Co jest grane?
Jeszcze mnie z tego skansenu wyrzucą... Co za hańba... Potem już tylko bezdomny pijanica będę... Dykta i kanały zajrzały mi głęboko w oczy...
W tych ostatnich latach poznałem człowieka, który zrobił coś zadziwiającego. Dla mnie nieosiągalnego. Nawet nie myślałem, że to można... Przerwał picie... Powiedział mi jak to się robi i skorzystałem z rady, żeby utrzymać się w pracy.
Postanowiłem zalegalizować swoje pijaństwo i zostać oficjalnie leczącym się alkoholikiem. Poszedłem na odwyk nauczyć się pić po ludzku, radząc sobie z problemami. Przecież tam są psychologii, to chociaż skorzystam... Kiedy wszedłem na sale terapeutyczną i zobaczyłem z kim będę przebywał. Pomyślałem że ci ludzie owszem... Dla nich jest szansa... Porządni, mądrzy i zaradni... Mieli motywację. Rodziny. Pracę. Porządne życie. A ja, taka sierota skończona, byłem tam tylko po to by mieć pieczątkę w książeczce. Żeby się moi szefowie odwalili ode mnie, jak się znowu spiję ;-)
Ale miałem pecha. Siedziałem obok człowieka, który opowiadając o sobie, mówił o mnie. Wszystko się absolutnie zgadzało... Tylko był dużo starszy... Spostrzegłem, że nie tak łatwo się umiera, nawet jak się wiele lat zdycha i zapił terapie...
Cholera! Mogę nie umrzeć. Będę się męczył...
To mi się w pale nie mieściło... Byłem przerażony... Popadłem w jakąś bezwolę i zacząłem słyszeć co do mnie mówią, na tej całej terapii. Że ja, choćby nie wiadomo jaki, skończony alkoholik, mogę nie pić... I to nie jakiś tam czas, aż szum w głowie i wokół ucichnie - tylko w ogóle nie pić!
Czyżby?
Na dodatek trafiłem na spotkanie Anonimowych Alkoholików... Siedziałem tam, taki porąbany alkoholik i siedzieli tam inni... Mówili o sobie, że też są alkoholikami... Ale byli spokojni, zrównoważeni i pewni siebie. Bardzo jasno się wyrażali. Przypomnieli mi, jakim człowiekiem zawsze chciałem być. Biło od nich coś, czego całe życie poszukiwałem. Co ciekawe... Powiedzieli mi, że też mogę taki być... Prędzej czy później, ale na pewno jeśli zostanę w AA...
No to zostałem ;-)
Łatwo było mnie przekonać, że piję bez umiaru. Uwierzyłem, że jeśli nie sięgnę po alkohol w ogóle, to mogę być na sto procent pewny, że pozostanę trzeźwy. Trudno mi jednak było uwierzyć, że potrafię utrzymać abstynencję od alkoholu. Przecież znajomi, święta, uroczystości, okazje, braki okazji, tyle wokół mnie pokus, że abstynencja wydawała mi się zwykłą mrzonką.
Pech jednak zechciał, że właśnie wtedy otoczony byłem ludźmi, którzy już sobie z tym dylematem poradzili. Byli dla mnie żywym świadectwem, że warto spróbować. Postanowiłem więc, że dokonam takiej próby. Podstawowy warunek o jakim wtedy słyszałem, to być z nimi.
Zacząłem 19 lipca 2002r. i ta pierwsza próba trwa do dziś. Dziękuję tym wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że akurat mi się powiodło, bo nie każdy ma taką szansę by wyjść z alkoholizmu, a większość nie potrafi z niej skorzystać. Jedyny sposób w jaki mogę wyrazić swoją wdzięczność za życie, to wytrwać w trzeźwości i pomagać w jej osiągnięciu innym.
źródło: serwis TENJARAS
Piecha: tak, jestem alkoholikiem
O tym, jak trudno przyznać się do nałogu, dlaczego w Polsce nie ma atmosfery do takich wyznań i dlaczego są one potrzebne innym, z Bolesławem Piechą, posłem PiS, byłym wiceministrem zdrowia, rozmawia Joanna Leszczyńska.
Niedawno w tabloidzie przyznał się Pan do tego, że od 25 lat zmaga się z chorobą alkoholową. To była trudna decyzja?
No pewnie, że trudna. Choroba alkoholowa to nadal w polskim społeczeństwie temat tabu. Dalej panuje przekonanie, że alkoholik to człowiek z rynsztoka, bez silnej woli, który świadomie niszczy swoje życie i zdrowie, a także swojej rodziny. To nie jest prawda, ponieważ to jest choroba. Nikt na przykład nie twierdzi, że cukrzykowi potrzebna jest silna wola, by poziom cukru uregulował się jak trzeba. W Polsce nie ma wciąż atmosfery, by mówić o tym otwarcie. Ten opór wewnętrzny, który tkwi w nas, alkoholikach, można nazwać
wstydem i lękiem. Boimy się, jakie to może mieć konsekwencje dla dalszego życia.
Dlaczego przyznał się Pan do tej choroby właśnie teraz?
Ja tego nie planowałem ani nie zamierzałem niczego manifestować. Po prostu dziennikarz ogólnopolskiej gazety zapytał mnie o to w zawoalowany sposób i uznałem, że byłoby źle udawać idiotę i zaprzeczać. Gdyby wcześniej ktoś mnie o to spytał, pewnie też bym powiedział prawdę. Zresztą dawałem to do zrozumienia we wcześniejszych wywiadach.
Było Panu łatwiej, gdyż wcześniej utorowali Panu drogę ojciec Maciej Ziemba i prof. Wiktor Osiatyński oraz inni znani...
To i tak nie jest takie łatwe. Artykuł prof. Osiatyńskiego "Alkoholizm, grzech czy choroba", który ukazał się w "Polityce" 25 lat temu, miał duży wpływ na mnie. Dzięki niemu jako młody mężczyzna przyjrzałem się swojemu postępowaniu. Profesor od dawna wie o mojej chorobie.
A koledzy z Prawa i Sprawiedliwości?
Sam o tym powiedziałem władzom partii. Nie mogłem tego ukrywać, gdyż od czasu do czasu potrzebuję trochę wolnego, by się wyciszyć. Gdyby nie to wyciszenie się, runąłbym. Chwyciłbym za alkohol. Może w domu, może nikt by nie widział, ale czy to zmniejsza wymiar tej tragedii? Konsekwencje nawrotu są straszne. Wszystko wybuchnie z jeszcze większą siłą, nawet jeśli było to tylko jedno zapicie.
Rozmawiał Pan z prof. Religą o problemie, kiedy był ministrem zdrowia i Pana przełożonym?
Nie zgłębialiśmy tego tematu, choć profesor sugerował, że i on miał problemy z alkoholem. On o moim problemie wiedział ode mnie i od innych, bo nie pracujemy w próżni. Aczkolwiek grono to nie było tak powszechne jak teraz.
Pana pierwszy kieliszek?
Miałem 16 czy 17 lat. Były to chyba dwa kieliszki. To było w latach 70. w Rybniku. Po meczu w knajpie dyrektor mojej szkoły postawił mi jarzębiak. Jaki czułem się wtedy doceniony! To plus poczucie mocy sprawiło, że zapamiętałem to. Nie wiem, czy u mnie przeważył pierwszy kieliszek, czy może setny lub tysięczny. Wiem tylko, że mam do tego słabość i że dla mnie alkohol jest śmiertelnym zagrożeniem. Na studiach też piłem. Trzeba było się uczyć, a po pijanemu było to trudne. Byłem bardzo dobrym studentem, toteż szukałem pomocy. Lekarz zaordynował leczenie chemiczne. To była nieudana próba.
Jest Pan z zawodu lekarzem ginekologiem. Czy sięganie po kieliszek to była metoda na złagodzenie napięcia związanego z pracą?
To stereotyp. Alkoholizm jest chorobą demokratyczną. Dotyka wszystkich: zarówno prostych ludzi, jak i wybitnie utalentowanych. I wszystkie grupy zawodowe. Tyle że w pewnych środowiskach, np. artystycznych, jest większe przyzwolenie na picie, a inne są bardziej napiętnowane.
Czyżby nie miało żadnego znaczenia to, że lekarze mają do alkoholu bardzo łatwy dostęp, są nim obdarowywani przez pacjentów?
Gdybym nie miał dostępu do dobrego alkoholu, piłbym denaturat! Alkoholizmu nie wiązałbym ze specyfiką pracy, ale z predyspozycjami do uzależnienia, z deficytami wyniesionymi z dzieciństwa. Tusk zapalił w młodości skręta i się nie uzależnił. Tak samo niektórzy mogą pić całe życie i nigdy się nie uzależnią. A inni dosyć szybko. Na ogół alkoholicy są ludźmi o dużej wrażliwości i znaleźli sposób, całkiem przypadkowo, na łagodzenie napięć. Uważam się za człowieka wrażliwego, w związku z tym chwieję się emocjonalnie.
Każdy dąży do spokoju. Wiele lat temu ten spokój uzyskiwałem po wypiciu kieliszka, który uruchamiał przymus picia.
Miał Pan problemy w pracy z powodu alkoholizmu?
Raz zdarzyło mi się nie przyjechać na dyżur. Ktoś musiał mnie zastąpić. Szarpałem się, żeby nie wypić wieczorem, bo trzeba rano być w pracy. Albo nie dopuścić do tego, by wypić w pracy.
Były rozmowy ostrzegawcze z przełożonymi?
Nie było takich rozmów, Bogu dzięki. Chociaż... szkoda. Kiedy byłem stażystą, zdarzyło mi się przyjść do pracy "wczorajszym". Bez konsekwencji. Nikt z nas nie potrafi wytknąć komuś, że robi źle. Ile osób zwraca innym w tramwaju uwagę, że się źle zachowują? Oczywiście, że tolerowano zarówno moje, jak i moich kolegów picie. To są kulturowe rzeczy, których się nie przeskoczy. Przyzwolenie na picie nadal w Polsce jest duże, choć ta tolerancja trochę osłabła.
Zwalniał Pan jako dyrektor szpitala alkoholików?
Dwóch, którzy przyszli do pracy pijani. Jeden był lekarzem. To było trudne. Czy tym ludziom to pomogło, nie wiem. Uzależnionym dawałem alternatywę: spróbuj podjąć wysiłek leczenia.
Czy skłonność do kieliszka można odziedziczyć?
Nie sądzę. Na początku zadawałem sobie pytanie: dlaczego ja? Dziś nie nurtuje mnie to, bo nie ma odpowiedzi na to pytanie. Moi rodzice nie nadużywali alkoholu. Myślę, że w grę wchodzą deficyty wychowawcze. Widziała pani świętą rodzinę? Ja jedną, ale opisano ją dwa tysiące lat temu. Myślę, że temu nałogowi sprzyjają takie cechy jak wrażliwość, nieśmiałość, może niskie poczucie własnej wartości. Strasznie groźny jest perfekcjonizm. Często miałem poczucie, że mogę lepiej.
źródło: polskatimes.pl
Tolerancja
Przyszła mi do głowy taka myśl, że wszyscy ludzie są do pewnego stopnia chorzy emocjonalnie.
Czy może być inaczej? Któż z nas jest doskonały pod względem duchowym? Albo pod względem fizycznym? Jak ktokolwiek mógłby być doskonały pod względem emocjonalnym? Cóż zatem innego można zrobić, jak tylko znosić siebie nawzajem i traktować się wzajemnie tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani w podobnych okolicznościach?
Na tym polega prawdziwa miłość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)