Dzielimy się informacjami, doświadczeniami narosłymi wokół programu 12 Kroków i stosujących go, by wymieniać je i by dać szanse zdobycia o nich wiedzy nieuzależnionym.

Trojanowska: "Już nie piję"



Izabela Trojanowska (53 l.) wraca do równowagi psychicznej. Po rozwodzie obiecała sobie, że już nigdy więcej nie zajrzy do kieliszka: "Piłam za dużo" - przyznaje ze skruchą.

Alkohol miał być dla aktorki znanej z serialu "Klan" pocieszeniem. Kiedy dowiedziała się, że mąż ma inną kobietę, smutek wypłukiwała napojami wysokoprocentowymi. Wpadła w alkoholizm.

"Przeszła piekło. Prawie rok temu, po 30 latach małżeństwa rozstała się z mężem. Miała dość jego romansów. Nie chciała żyć w ciągłej niepewności i stresie. Postanowiła to zakończyć. To jednak okazało się dla niej zbyt trudne. Aktorka wpadła w depresję" - czytamy w "Super Expressie".

"Iza bardzo źle to znosiła. Spóźniała się na plan zdjęciowy albo w ogóle nie przychodziła. Nie odbierała telefonów" - wspomina koleżanka aktorki w rozmowie z tabloidem.

Na planie zdjęciowym pojawiała się w koszmarnym stanie.

Obecnie aktorka jest w lepszej formie: "Znów jestem szczęśliwa. Mam mnóstwo koncertów, zaproszeń na gale, imprezy i oczywiście gram w Klanie".

"Każdy kiedyś miał trudne momenty w życiu i doły psychiczne. Ja też. Ale to już przeszłość. Nie chcę do tego wracać nawet myślami" - wyznaje na łamach tabloidu.

Po zdradach byłego męża, nie chce wiązać się już z żadnym mężczyzną: "Życie w pojedynkę nawet mi się podoba" - dodaje.

źródło: Super express

Jerzy Bończak o swoim alkoholizmie



Aktor i reżyser teatralny, Jerzy Bończak (61 l.), na łamach jednego z brukowców opowiedział o swoich zmaganiach z chorobą alkoholową. - W pewnym momencie zauważyłem, że alkohol zaczął przeszkadzać mi w pracy - przyznaje.

Aktor pił dużo, i w najróżniejszych sytuacjach. Uwielbiał "euforię po spożyciu". Niestety, szybko stracił nad tym kontrolę. Z dna wychodził przy pomocy lekarzy i leków. Miał problemy z normalnym funkcjonowaniem...

- Na przykład reżyseruję, przychodzę na próbę, aktorzy czekają na przydział zadań aktorskich, a ja mam kompletną pustkę w głowie. Mam wyprany mózg i nie umiem sklecić jednego sensownego zdania - wspomina w wywiadzie dla "Faktu".

Nie pije od kilku lat, "nawet piwa" - bo jak twierdzi - "mogłoby to spowodować powrót do nałogu".

- Obecnie alkohol dla mnie nie istnieje. Nie piję żadnego, ponieważ nie jest mi kompletnie do niczego potrzebny. Ale z drugiej strony nie żałuję czasu, kiedy alkohol istniał w moim życiu.

źródło: pomponik.pl

Koniec z odwykiem dla alkoholików
Są za drogie i mało skuteczne



Koniec z przymusowymi odwykami dla alkoholików. Ministrowie zdrowia i sprawiedliwości twierdzą, że są za drogie i nieskuteczne. Buntują się terapeuci. "To bardzo zły pomysł. Odwyk był czasem jedynym straszakiem" - mówi Ryszard Karpiński, szef Wojewódzkiego Ośrodka Terapii Uzależnienia w Gdańsku.



Dziś o tym, kogo wysłać na przymusowy odwyk decyduje sąd - albo na wniosek prokuratury albo gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych. Na takie leczenie można skierować alkoholików, którzy "systematycznie zakłócają spokój lub porządek publiczny, demoralizują małoletnich lub powodują rozkład życia rodzinnego". A, że często właśnie wyrok sądowy jest jedyną metodą skłonienia takich osób do leczenia, liczba takich wyroków z roku na rok gwałtownie rośnie. O ile jeszcze w 2004 roku na przymusowy odwyk skazano 43 tysiące osób, to w 2008 roku było ich już ponad 64 tysiące. "Niestety rośnie też liczba osób, które, choć skazane na leczenie, nigdy na nie nie trafiają" - mówi Krzysztof Brzózka, szef Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Kolejka w ciągu ostatnich czterech lat urosła dwukrotnie z ośmiu do 16 tysięcy oczekujących. "Sytuacja jest tak kuriozalna, że na leczenie trwające 4-5 tygodni średnio oczekuje się średnio po kilkanaście miesięcy. A jak już nawet alkoholik się doczeka przydziału na terapię, nie ma żadnej możliwości, by przymusić go do odbycia jej w całości. Wystarczy, by zjawił się w szpitalu, podpisał dokumenty i następnego dnia może już samowolnie opuścić leczenie. Wyrok wykonał" - wyjaśnia szef PARPA.

Jak szacuje resort sprawiedliwości, aż jedna trzecia osób, wobec których sądy orzekły umieszczenie w zakładzie stacjonarnym, faktycznie nigdy do szpitala nie trafiła. Ale państwo i tak za leczenie zapłaciło. Według wyliczeń rządu, ten system kosztuje rocznie co najmniej ok. 120 mln złotych. Na co wydawane są te pieniądze? Opinie biegłych to 18 mln zł, pięć milionów kosztuje 70 etatów sędziów rejonowych i jeden etat sędziego okręgowego, którzy orzekają w tego typu sprawach. Dwanaście milionów kosztują kuratorzy i praca urzędników, a 90 mln - policjanci. "Cały budżet na leczenie alkoholizmu z Polsce to tylko 270 mln złotych, więc nie możemy sobie pozwolić, by niemal połowa tej kasy przepływała nam między palcami na system, który zupełnie się nie sprawdza" - podsumowuje Brzózka.


Plany rządu nie podobają się jednak terapeutom. "Oczywiście leczenie przymusowe miało wiele wad, ale to naprawdę jest jedyna kara, której wielu chorych na alkoholizm się boi, a w efekcie mobilizuje do tego, by zacząć się leczyć" - mówi Andrzej Brol, szef Ośrodka Pomocy Osobom Uzależnionym od Alkoholu w Chorzowie. Przytakują mu inni lekarze. "Sam miałem wielu takich pacjentów, którzy wiedząc, że grozi im przymusowe leczenie, brali się w garść i zaczynali odwyk dobrowolny" - mówi Ryszard Karpiński z gdańskiego ośrodka. Martwi się, że teraz "nie będzie na nich już żadnego bata".


Ale PARPA wespół z resortem sprawiedliwości broni pomysłu z likwidacją przymusowego odwyku. Tłumaczą, że dotychczasową karę ma zastąpić zaostrzenie kodeksu karnego, który będzie ostrzej traktować osoby popełniające przestępstwa pod wpływem alkoholu. "Chcemy zakończyć z pobłażliwym traktowaniem alkoholików, którzy łamią prawo. I tak np. pijany rowerzysta, jeżeli sam nie zdecyduje się na leczenie, nie będzie skazywany na karę w zawieszeniu, tylko od razu na więzienie. I to dopiero będzie realny straszak" - zapewnia Krzysztof Brzózka.






źródło:dziennik.pl

Jak czaruje alkoholik


ROZMOWA Z JANEM LEWANDOWSKIM - PSYCHOLOGIEM, TRZEŹWIEJĄCYM ALKOHOLIKIEM, KTÓRY POMAGA OSOBOM UZALEŻNIONYM POKONAĆ NAŁÓG



     W jaki sposób przychodzący do Pana alkoholicy próbują usprawiedliwić swoje picie?



     Powodów zawsze mają dużo. W mojej praktyce takim najdziwniejszym przypadkiem był mężczyzna, który przyszedł dwa lata temu i powiedział, że pije przez komunistów. Ja mu odpowiedziałem, że przecież komunistów już dawno w Polsce nie ma... Alkoholicy mówią generalnie tak: piję przez żonę - bo jest głupia, niedobra, bo nie dba. To jest główny punkt. Potem piją przez dzieci, bo nie uczą się i w ogóle nie takie miały być. I sztandarowa sprawa - piją przez teściową czy teściów, dalej przez pracę, układ polityczny; powodem może być również beznadzieja. Czasem wspominają też, że nie radzą sobie z emocjami, duszą w sobie złość, nie potrafią powiedzieć, o co im tak naprawdę chodzi, nie potrafią upomnieć się o swoje. Ale o tym mówią najmniej. Generalnie wszystkie sprawy określają w ten sposób - piję, bo jestem nerwowy; piję, bo wkurzają mnie ludzie. Ale za tym kryje się prawda, że to oni nie potrafią sobie relacji z ludźmi ułożyć. Kiedyś przyszedł człowiek do leczenia i mówi: Panie, ja nie mówię, że nie piję, ale ja jestem nerwowy i trzeba mnie leczyć z nerwów. Ja mówię - dobrze pan trafił, bo nasz oddział odwykowy to jest dobra klinika nerwów. I on się strasznie oburzył... Bo ja wiem, co za tym stoi - gdyby nie pił, to by nie miał tych nerwów. Przeprowadzałem kiedyś rozmowę z jednym wykształconym człowiekiem. Kiedy po dwóch godzinach zorientował się, że nie posunął się ani o krok, zapytał mnie skąd te problemy tak dobrze znam. A ja mówię: Panie, bo ja sam jestem alkoholikiem. A on na to: to mógł pan wcześniej powiedzieć, to nie kłamałbym tyle. Ale to nie jest problem, że ludzie piją z jakiegoś tam powodu.



     A w czym tkwi problem?



     W lęku. Boją się przyznać do tego, że alkohol pomaga im przejść przez życie, że pomaga im przetrwać jakieś trudne sytuacje. I ponieważ nie wyobrażają sobie bez niego życia, w związku z tym będą wymyślać różne powody, nawet niestworzone, żeby to picie uwiarygodnić. Ale to są powody, na które tylko oni sami się nabierają, bo ktoś kto żyje z alkoholikiem i ma go blisko może się nabrać raz, drugi, ale nie dziesiąty, nie piętnasty. Zajmowanie się powodami, przez które oni piją, nie prowadzi do niczego, bo to jest rzecz, którą się w terapii zapisuje tylko na początku jako coś, co będzie pomocne później. Tak naprawdę on pije, bo się czegoś boi. Choroba alkoholowa maskuje główne problemy człowieka i dopiero jak człowiek przestaje pić, to mamy do czynienia z jego prawdziwą naturą. Jest takie powiedzenie, że jeżeli miało się do czynienia z pijanym wariatem, to po zaprzestaniu picia mamy do czynienia z wariatem. Ja myślę, że ci, którzy szukają powodów do picia, mają mniejsze szansę na podjęcie leczenia, ponieważ utwierdzają się w przekonaniu, że jakaś tam przyczyna istnieje.



     Co pomaga alkoholikowi kłamać?



     Pomaga mu taki system psychologiczny, który nazywa się iluzja i zaprzeczenie. Jest to system obronny, który jakby montuje się w umyśle, tworząc pokrętną logikę zachowań i czynów. System jest dosyć ciekawy, bo pozwala osobie uzależnionej na picie mające zawsze jakieś uzasadnienie. Alkoholicy wierzą" w to, co mówią, a mówią nieprawdę.



     Po co?



     Alkoholik tworzy pewien świat iluzji, do którego chce wciągnąć ludzi ze swojego otoczenia. On chce pić tak, żeby nie ponosić tego konsekwencji. To jest jego największe marzenie. Oni wymienią dziesiątki różnych powodów, my nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co oni jeszcze wymyślą. Oczywiście, to nie są powody do picia, bo takie powody mają wszyscy ludzie, ale nie wszyscy piją. Wszyscy sobie jakoś radzą, oni sobie z tym nie radzą. Warto o tym pamiętać, żeby nie dać się nabierać, bo alkoholik ma tylko jeden powód do picia - to, że jest alkoholikiem. I żadnego innego powodu nie ma. A czarować potrafi! A dlaczego alkoholik przekonuje swoich bliskich? Dlatego, że on wierzy w to, co mówi. Jego system iluzji jest tak rozdmuchany, że on wierzy w to, co wymyślił.



     Obserwuje Pan osoby najbliższe alkoholikom. Jak one się zachowują?



     Wśród kobiet istnieje taka teoria, że mąż, syn by nie pił, gdyby nie koledzy, gdyby nie towarzystwo. Nie piłby, gdyby nie miał słabego charakteru. W ten sposób bliscy usprawiedliwiają picie. Kobiety mają też takie dziwne patenty, np. mówią tak - jak się ożeni, to się odmieni albo - odmieni się jak przyjdzie dziecko na świat. I co się okazuje? - ożenił się i się nie odmienił, pije dalej. Alkoholizmu nie należy leczyć domowymi sposobami. Jest to za poważna sprawa. Do mnie np. przychodzą młode 15, 16-letnie dziewczyny, które mają chłopaków narkomanów. I mają taką ideę, żeby im pomóc. Ja im zawsze odpowiadam - jeżeli chcecie naprawdę komuś pomóc, to przynieście babci węgiel z piwnicy. I to będzie pomoc, a ich zostawcie w spokoju, bo was wkręcą w ten swój głupi świat. I potem one wracają po 5 czy 10 latach z dzieckiem na ręku, są kłębkiem nerwów, bo wydawało im się, że go odmienia.



     Za to, kiedy przychodzą do Pana, to pewnie przeżywają rozczarowanie?



     Mnie w pracy z osobami uzależnionymi oprócz wiedzy pomaga moje własne doświadczenie. Bo jestem osobą uzależnioną, nie piję wiele lat. Chodzę na mityngi, słyszę, co mówią różni ludzie i jestem ostatnim człowiekiem, który by się na ich opowieści nabrał. I to co ja mogę zrobić, to odwrotność tego, czego się uczy lekarzy. Lekarza uczy się przede wszystkim nie szkodzić, a ja mam przede wszystkim zaszkodzić - popsuć alkoholikowi komfort picia. I po pierwszej rozmowie ze mną on już ma humor popsuty, ten człowiek już nie napije się z uśmiechem na ustach, bo wie, że trafił na kogoś, kogo nie oszukał. Powiedzmy wyraźnie, ja nie mam wpływu na to, czy on będzie pił, czy nie, bo ja nie jestem Panem Bogiem. Natomiast w rozmowie on czuje mój opór i argumentację, której nie jest w stanie odrzucić.



     A kiedy spotyka Pan po latach swoich pacjentów, to oni śmieją się z tych sytuacji?



     Alkoholik jest bardzo czujny na swoim punkcie. Dlatego oznaką zdrowienia jest jego dystans do samego siebie. Jeśli potrafi śmiać się z siebie, to znaczy, że zdrowieje. I wtedy jego stosunek do tego, co mówił jest zupełnie odmienny i on o tym opowiada.




Jan Lewandowski

terapeuta uzależnień



psycholog, politolog, kierownik oddziału


odwykowego w Gryficach (woj. zachodniopomorskie),

od 16 lat trzeźwiejqcy alkoholik; żonaty,

ojciec dwóch córek.




źródło:adonai.pl

Daniel Olbrychski: Od dnia pogrzebu Jana Pawła II nie piję


Palenie towarzyszyło każdej mojej emocji, niemal każdej funkcji życiowej. Uznałem więc, że to bez sensu - mówi Daniel Olbrychski.




Fot: AkpaNie żal panu troszkę minionego czasu?

– Nie. Mając siedem, osiem lat wierzyłem, że zdobędę cały świat. Nie wiedziałem tylko w jakiej dziedzinie. Ale przeczuwałem, że świat będzie do mnie należał.

Bezczelny młokos, można powiedzieć.

– Zachowałem sobie taki szkic mojej mamy. Ja siedmiolatek, ujęty od tyłu, siedzę zapatrzony w okno. A to okno w naszym domu wychodziło na zachód, w kierunku Warszawy. Nad moją głową jest dymek, a w nim napis: Jak pojadę do Warszawy, to im pokażę.

I niczego panu nie żal, naprawdę?


– Żałuję może tego, że nie zostałem mistrzem olimpijskim. Ale niech pani nie pyta w jakiej dyscyplinie. Bo za dużo tych dyscyplin uprawiałem. Nadal jeszcze intensywnie jeżdżę konno. Czasami z Jankiem Kowalczykiem - mistrzem olimpijskim. Intensywnie boksuję też z mistrzami Europy albo olimpijskimi. Tymi z mojego pokolenia albo starszymi, oczywiście.

Ale z kobietami nie umiał się pan dogadać.

– To sprawia moja wieczna naiwność chłopięca. Ułatwia może granie Szekspira. Ale nie kontakty z kobietami. Stary Lear też był naiwny jak sześcioletnie dziecko. Mnie ciągle, niestety i na szczęście, zdumiewa kobiecość. Zachwyca i przeraża. I już taki umrę.

Zanim zaczęliśmy rozmowę, wspomniał pan o tym, że rzucił alkohol.

– Tak, chociaż tej używce zawdzięczałem dużo radości w moim życiu. W pewnym momencie jednak uznałem, że może trochę za dużo. Bo alkohol zaczął mi dostarczać więcej męczących doznań, niż przyjemności. Zwłaszcza następnego dnia. A ponieważ niczego nie umiem robić na pół gwizdka, nie potrafię wypić tylko lampki wina, więc zamiast lampki - szklanka wody.

Nic pośrednio.

– Tak. Rzuciłem też papierosy. Przez lata miło było sobie zapalić. W przerwie między jednym ujęciem, a drugim. Po próbie, czy w stresie. A potem papieros stał się moim nieodłącznym towarzyszem. Dochodziło nawet do kilku paczek dziennie. Palenie towarzyszyło każdej mojej emocji, niemal każdej funkcji życiowej. Uznałem więc, że to bez sensu. Czułem się zresztą coraz gorzej. Widziałem, że coraz gorzej wyglądam. Że rano nie chce mi się wstać. Zjeść smacznego śniadania. I tak z wiekiem energii fizycznej mam coraz mniej. Więc po co to jeszcze?

Długo pan się z tym zbierał?

– Zbierałem się. Aż przyłapałem się na tym, że oglądam uroczystości żałobne Jana Pawła II z Placu świętego Piotra. Byliśmy świadkami odchodzenia wielkiego człowieka. Polakom szczególnie drogiego. I widziałem jak w wielu ludziach te emocje wyzwalały piękne, pozytywne rzeczy. Pomyślałem, że chciałbym dołączyć do nich. Zacznę od siebie. A czego w sobie nie lubię? Że za dużo piję i palę. Więc to należy spróbować zmienić. A tam spróbować. Trzeba to zmienić. Więc tego dnia koło południa zgasiłem ostatniego papierosa. Dopiłem gin z tonikiem. Nie powiem - pół na pół wymieszany. I powiedziałem - to ostatnie. Żona przyglądała się temu. Ale wierzyła, że mi się uda. Bo Krysia (Dempska - dop. aut.) mnie często nazywa kosmitą. Potrafię czasami robić albo przeczuć rzeczy, które się normalnym ludziom nie zdarzają.

I od tamtej pory alkohol i palenie to już nie jest problem?

– Zacząłem się szalenie cieszyć każdym dniem. Tym, że mi się tak bezboleśnie udaje.

W swoim życiu spotkał pan wielu wspaniałych ludzi. Czy któryś z nich jakoś mocno zaznaczył się w pana życiu?


– Miałem dużo szczęścia w życiu. Zostałem obdarzony niezwykle chłonną naturą. Otwartą na przejawy życia. Nie mogę stwierdzić - kto był najważniejszy w moim życiu. Prawdopodobnie fakt, że się urodziłem, był już pierwszym przypadkiem od Boga czy losu zupełnie niewiarygodnym. Bo moja matka nosiła mnie w brzuchu w środku Powstania Warszawskiego. I to, że przetrzymała ciążę, że nie zginęła i że ja się urodziłem zdrowy, graniczy z cudem. Potem wspaniałym zbiegiem okoliczności była moja rodzina. I jeśli dziś mówimy o patriotyzmie, to tego nie nauczy naszych dzieci czy wnuków Roman Giertych. To się wynosi głównie z domu.

Wszystkie trzy żony zalicza pan do swojej rodziny?

– Tak. Ale ja mówię o dzieciństwie. Bo to ono kształtuje. Byłem synem przedwojennego publicysty i nauczycielki języka polskiego oraz francuskiego. Oboje rodzice byli zakochani w teatrze. Podsuwali mi książki do czytania. W dodatku dorastałem na Podlasiu, gdzie krzyżowały się trzy wielkie kultury. To była gleba, na której rosłem. A potem pamiętam rok 1953. Miałem osiem lat. Radio na słuchawki. Czasy były stalinowskie. A ja pamiętam pięciokrotnie odegrany hymn Polski.

Z jakiego powodu?

– Bo nasi bokserzy wygrali mistrzostwa Europy w Warszawie. Było aż pięć zwycięstw. Drogosz, Stefaniuk, Kruża, Kukier, Chychła. Pamiętam te nazwiska. Bo to były wtedy tak ważne nazwiska jak Kmicic, Wołodyjowski, Skrzetuski, Zawisza Czarny czy Maćko z Bogdańca. To również dla mnie byli bohaterowie. Bohaterowie moich dziecięcych marzeń. I potem Bóg sprawił, że z Leszkiem Drogoszem zagrałem w filmie „Bokser”. Mój charakter kształtowała nie tylko rodzina, ale literatura i sport. Bo ja się wychowywałem w Polsce, która może nie bardzo była niepodległa. Ale za to polscy sportowcy odnosili co chwilę sukcesy, które nam prostowały plecy.

Gwiazda, gwiazdorstwo lubi pan te słowa?

– Czas najwyższy zrozumieć, że bez gwiazd nie ma kina. Nie ma teatru. Gwiazda to ktoś niezwykle utalentowany. A do tego z charyzmą. To ktoś, dla kogo pani włącza telewizor albo kupuje bilet do kina. Żeby go jeszcze raz zobaczyć. To Meryl Streep, Robert de Niro, Boguś Linda...

Daniel Olbrychski...

– I jeszcze wielu młodszych kolegów możemy włączyć do tego grona. Z wielką przyjemnością zagrałem tutaj na Wybrzeżu w serialu „Kryminalni”. Jako ojciec Maćka Zakościelnego. On też jest już gwiazdą. A ja lubię ten serial. Podobnie jak inne polskie seriale. Dlatego gościnnie wystąpiłem w kilku. Nie mamy ostatnio dobrych polskich komedii. Ale mamy komediowe seriale, na których ja śmieję się do rozpuku. Kiedyś zaśmiewałem się na „13 posterunku”. A w tej chwili płaczę ze śmiechu, oglądając serial „Daleko od noszy”.

Co pana bawi w tym serialu?

– Wszystko. A panią nie bawi?

Chwilami, owszem. Siostra Basen, czyli Hanna Śleszyńska, na przykład.


– Wszyscy tam fantastycznie grają. A przy okazji jest to fenomenalnie napisane. Abstrakcyjny pozornie humor, nie jest aż tak abstrakcyjny. Bo kto miał szczęście lub nieszczęście być w szpitalu widzi, że to jest może karykaturalna rzeczywistość, ale jednak nasza rzeczywistość. To się nie dzieje na Marsie. Jak człowiek jest w szpitalu, to mu się lekko włos jeży na głowie, czy nie wyjdzie bardziej chory z tego szpitala. Albo z czterema nerkami zamiast jednej (śmieje się). Bo to też jest możliwe. Byłem przez kilka dni w szpitalu. Wiem, co widziałem.

Przyjemniej jednak rozmawiać o gwiazdach. Pana panteon gwiazdorski jak wyglądał przez lata?

– We wczesnym dzieciństwie byłem kształtowany przez gwiazdy teatru polskiego radia. Bo nie było telewizji. Poznawałem je tylko po głosach. A potem miałem szczęście jako aktor widzieć je już na żywo. A kiedy dorosłem, był Zbyszek Cybulski. Jeszcze za jego życia mówiono, że będę jego następcą.

A światowe gwiazdy?

– Marlon Brando, oczywiście. Ale też Burt Lancaster, z którym grałem w filmie i siłowałem się na rękę (śmieje się) czy Kirk Douglas, z którym się zaprzyjaźniłem. Ale najpierw był dla mnie idolem.

Grał pan w filmach francuskich. Nie myślał pan tak jak Andrzej Seweryn, żeby zostać we Francji?

– Mój Boże, gdybym się przy tym upierał, to cóż stało na przeszkodzie? Tylko, że ja nie miałem ochoty grać klasyki francuskiej. I nie miałem ochoty być na etacie we Francji.

A zostać tam?

– Gdybym był przymuszony... Gdyby nie zmienił się ustrój w Polsce, to przypuszczam, że tak. Ale z wielkim bólem. Bo nie czułbym się we Francji jak u siebie w domu. Miałem za dużo lat, żeby się całkowicie przystosować i powiedzieć sobie - to jest moja ojczyzna i mój język na co dzień. Andrzej założył tam rodzinę. Miał swoje miejsce pracy. On nawet z nami przez telefon próbował rozmawiać po francusku. Potem mu na szczęście przeszło. Ale rozumiem go. Był tak zdeterminowany, żeby dać sobie radę. Jako dorosły już mężczyzna zaczął się uczyć tego języka. I stał się gwiazdą wzorcowego teatru francuskiego. Na spektakle Comédie Francaise przyjeżdżają wycieczki. Nie tylko, żeby obejrzeć świetnie zagraną sztukę. Ale też, żeby posłuchać, jak należy mówić po francusku. To imponujący wyczyn Andrzeja. Zresztą po 1989 roku zrozumiałem, że moje miejsce jest jednak we własnym kraju. Nie zdążyłem wziąć nawet paszportu francuskiego. A należał mi się. Bez zbędnych formalności próbował mi go ofiarować francuski minister kultury, dekorując mnie najwyższym odznaczeniem Francji. A ja mu powiedziałem żartobliwie, dlaczego nie mogę mieć podwójnego obywatelstwa: Powiedzmy, że za mojego życia wybucha wojna polsko-francuska. To jaki mundur miałbym wtedy przywdziać? A on się zaśmiał, odpowiadając: Rozumiem cię. Jesteś skazany na Polskę. I bardzo cię za to kochamy.

Ryszarda Wojciechowska





PT

źródło: Wiadomisci24.pl

Dlaczego księża sięgają po alkohol
Oblicza samotności


Z ks. Wacławem Oszajcą rozmawia Michał Okoński



MICHAŁ OKOŃSKI: - Przed kilkoma tygodniami poruszyła nas wiadomość o biskupie, który
pod wpływem alkoholu spowodował wypadek samochodowy. Jeden z księży-bohaterów książki
Jana Grzegorczyka "Adieu" mówi: "Szkoda, że wśród apostołów nie było
jednego z problemem alkoholowym, byłby jakiś patron dla nas". Dlaczego księża sięgają
po kieliszek?





KS. WACŁAW OSZAJCA: - Z tego samego powodu, co i wszyscy inni. My przecież jesteśmy z
tej samej gliny. Jedni bardziej podatni na alkohol, inni mniej; niewykluczone, że wielu
księży-alkoholików zaczęłoby pić i bez trafienia do seminarium.




Głód ciała, głód domu



Poza tym należymy do grupy podwyższonego ryzyka, podobnie jak np. lekarze czy
policjanci. Są więc specyficznie "księżowskie" powody. Pierwszy dotyczy nie
tylko prezbiterów, nie tylko biskupów, ale także zakonników i zakonnic - a więc
wszystkich, którzy składają śluby czystości. Znajdujemy się w trudnej sytuacji, bo
nie bardzo umiemy wyrazić nasze pozytywne emocje: przyjaźń, miłość, nawet koleżeństwo.
W normalnym życiu te najgłębsze uczucia człowiek wyraża poprzez ciało. Nie tylko
podczas stosunku seksualnego, ale też w mnóstwie innych gestów, które rodzą się między
bliskimi sobie ludźmi. A my jesteśmy odcięci od języka ciała, mamy w sobie bardzo
mocną blokadę. Alkohol może dać złudne poczucie relaksu, więc człowiek coraz częściej
do niego wraca, żeby się rozluźnić.



- Rozluźnić się, żeby złamać celibat czy rozluźnić się, żeby o zapomnieć o jego
ciężarze?




- Żeby zapomnieć i żeby stworzyć sobie pewnego rodzaju namiastkę. To zgubne przede
wszystkim dla młodych, ponieważ oni najczęściej jeszcze nie pogodzili się z tajemnicą,
z którą muszą żyć w stanie duchownym: z jednej strony odcięcie od własnej cielesności,
a z drugiej od wyrażenia siebie w tym, co cielesne. Formatorzy, magistrowie nowicjatu,
ojcowie duchowni powinni pomóc tym ludziom zrozumieć, że w nich zawsze będzie pewnego
rodzaju niespełnienie, a więc i głód, jeśli chodzi o możliwość wyrażenia siebie
przez ciało.




Powód drugi: plebania i klasztor dla wielu księży, zwłaszcza młodych, nie jest domem.
Zdarzają się ludzie, którzy traktują te miejsca jak hotel, gdzie się człowiekowi
należy obsługa, bo przecież on się poświęcił, wybierając taką trudną drogę. Ale
bywa i tak, że to przełożeni nie potrafią stworzyć domu. Dopóki proboszcz będzie
tylko pracodawcą, który dysponuje pieniędzmi i czasem swoich podwładnych, dopóty ci
ludzie nie będą wiedzieli, co to wspólnota; nie będą mieli oparcia w drugim człowieku.
Będą samotni i będą uciekać przed samotnością, a najbardziej poręcznym i
powszechnie tolerowanym sposobem jest alkohol.




Diabeł parafialny



Problem w tym, że plebania jest często traktowana jako beneficjum, miejsce zarobkowania.
Proboszcz jest w tym świecie wszystkim, natomiast wikary żyje z jego łaski. Wyobraźmy
sobie chłopaka, który wyszedł z seminarium. Przeżywa pierwszy, najtrudniejszy okres
kapłaństwa, musi się nauczyć żyć z ludźmi, pośród ludzi i dla ludzi. Co go spotka
na pierwszej placówce? Jaki wzór osobowy pokaże mu proboszcz, jaki styl pracy? W jaką
duchowość go wprowadzi? Myślę, że tu jest do odkrycia rola, jaką w diecezji powinni
sprawować biskupi - to biskup tworzy prezbiterów. Nie może być tak, że przyjeżdża
do parafii na wizytację i nawet nie wejdzie do pokoju wikarego, nie zapyta, gdzie ten młody
ksiądz siebie widzi, co mu wychodzi, a co nie. W naszym zakonie nazywamy to
,,rozeznawaniem": ja ze swoim przełożonym mam obowiązek być szczery, on ma obowiązek
szacunku dla mojego zdania. Posłuszeństwo bowiem nie polega na tym, że przełożony może
zrobić ze mną, co chce, tylko że nad nami jest Ktoś, komu obaj mamy służyć. Jeśli
odniesienia do Chrystusa zabraknie, wtedy mamy dyktaturę, a podwładni wyrabiają w sobie
mentalność niewolnika: jak najmniej wysiłku, jak najwięcej korzyści.



- Ale po alkohol sięgają nie tylko młodzi księża.



- Bo w życiu księdza są różne etapy. Koło pięćdziesiątki problem samotności jest
przeżywany inaczej: myśli się o starości bez domu, bez dzieci, na dobrą sprawę nawet
bez przyjaciół... Jeśli wcześniej myślało się o robieniu kariery, a nie o służbie,
jest już jasne, że się nie będzie biskupem, nie trafi się na lepszą parafię. Tu
wraca problem formacji duchowej księży. Bo jeśli zabraknie żywej wiary, mocnego związania
z Chrystusem, które będzie się objawiało w całej gamie przeżyć natury emocjonalnej
(nawet wątpliwości czy buntu przeciwko Bogu), nie znajdzie się np. mocnego uzasadnienia
dla celibatu. Nikt przecież nie zechce marnować życia na samo sprawowanie obrzędów,
choćby były nie wiem jak piękne i mądre. Nie wystarczy też człowiekowi rzekomo większa
wolność (w końcu żyje sam), bo ta wolność się przeciwko niemu obróci i zacznie ją
zapełniać: "zamieni żądzę na pieniądze", popadnie w alkoholizm, stanie się
karierowiczem albo kompletnym cynikiem. Całą gamę takich postaw pokazuje Grzegorczyk w
"Adieu". Ataki na niego, ale i popularność książki, biorą się z pokazania
źródeł naszych problemów.



- Są takie miejsca, gdzie nawet najsilniejszy duchowo ksiądz nie wytrzyma dłużej niż
kilka lat. Dla jednego to może być hospicjum, dla innego antyklerykalna szkoła albo
parafia, w której wydaje się, że nikt z wiernych nie przejmuje się tym, co mówisz...





- Albo taka parafia, gdzie wszystko wydaje się na ostatni guzik zapięte: tam, gdzie
kuchnia dobra, pieniądze nie najgorsze i proboszcz uprzejmy, też nieraz dochodzi do
tragedii.



Nie wystarczy, że parafia będzie porządnym punktem usługowym, nie wystarczy nawet to,
że proboszcz będzie bardzo miły, jak też nie wystarczy to, że będzie próbował być
ojcem dla młodszych kolegów. My nie mamy być dla siebie ojcami i synami, nawet biskup
nie ma być dla nas ojcem. Ojca mamy w niebie, a my jesteśmy dla siebie braćmi. I jesteśmy
sobie dani, żeby siebie nawzajem w wierze i miłości umacniać.



Stoi przed nami przemyślenie tego, co się nazywa karierą czy awansem w Kościele. Uważam,
że takie pojęcie powinno zniknąć nie tylko z języka kościelnego, ale przede
wszystkim z naszego serca.



- Księża mówią o lepszym i gorszym klasztorze czy parafii...



- A za tym się bardzo często czai diabeł i ludzka krzywda. Na małych parafiach
wiejskich, które się nieustannie wyludniają, proboszczom zaczyna brakować pieniędzy
nawet na utrzymanie domu. W miastach jeszcze jest dobrze, czasem bardzo dobrze. Może
trzeba myśleć o wspólnotowym zarządzaniu pieniędzmi - o tym, że bogatsza diecezja
wspiera uboższą? To kwestia nie tylko solidarności, ale i sprawiedliwości. Ksiądz, który
ma w ciągu roku więcej pogrzebów niż chrztów i ślubów w ciągu pięciu lat, ma
prawo do szczególnego wsparcia. Z jednej strony wsparcia materialnego - on nawet na
katechezie nie może zarobić, bo szkoły mu się wyludniły... A z drugiej wsparcia
duchowego, bo przecież ma do czynienia z ginącym Kościołem, z ginącą parafią. Jest
zupełnie sam pośród ludzi starych, opuszczonych przez dzieci: z dala od innych księży,
z dala od duszpasterstwa innego niż pogrzeby. Co się dziwić, że siada wieczorem na
pustej plebanii, zmęczony i zniechęcony, włącza telewizor i wyciąga butelkę.




Kiedy Jezus nie wystarcza




- Stres w pracy kapłańskiej musi być czymś bardzo silnym: spowiedzi, nieraz
towarzyszenie przy czyjejś śmierci, cierpieniu...




- Mówiłem, że jesteśmy grupą podwyższonego ryzyka. Po żadnym człowieku nieszczęścia
nie spływają jak woda po kaczce. Prezbiterem się jest na okrągło, dzień i noc. Jeśli
się o tym zapomni, nieszczęście gotowe. Nie można zbyt długo grać, odstawiać księdza,
bo się popada w schizofrenię. Nic wtedy człowieka nie cieszy, bo nie jest ani
celibatariuszem, ani mężem; jedną nogą na plebanii, drugą w domu kobiety, która też
nie wie, kim jest - kochanką, żoną, gospodynią? Tymczasem trzeba stanąć przed ołtarzem
i mówić nowożeńcom o miłości, o czystości małżeńskiego życia, mówić przerażonym
śmiercią kogoś bliskiego o radości życia, biznesmenom o etyce pracy... Takiego
rozdwojenia nie można zbyt długo dźwigać.



Ja jestem księdzem od 1971 r. - z czego pierwszych 16 lat w diecezji, a od 1987 w
zakonie. I mam poczucie, że miałem w życiu ogromne szczęście. W Lublinie trafiłem do
wspaniałej parafii - św. Pawła, a w zakonie też czuję się u siebie. Nie jestem sam.
Wieczorem wiem, że ktoś do mnie zajrzy choćby po to, żeby obejrzeć "Panoramę".
Wyciągamy piwo, gadamy, czasem ja idę do kogoś. Pukam do drzwi, jeśli mnie zaprosi -
wchodzę, jeśli nie - nie narzucam się, bo wiem, że ten człowiek akurat potrzebuje
samotności. To, że mogę z kimś usiąść, sprawia, że nie potrzebuję uciekać, kiedy
nie wystarcza - a są takie chwile - samo towarzystwo Jezusa. Bywa, że się zaplączę,
wpadnę w matnię, przed którą innych ostrzegam i chronię - wtedy błogosławieństwem
jest pewność, że mam, jak mówi Ignacy z Loyoli, przyjaciół w Panu, to znaczy mogę pójść
do współbrata, do przełożonego i powiedzieć - pomóż, rozgrzesz.



Czasem od nas, duchownych, świeccy za dużo wymagają. Angażują się w przyjaźń z
nami, zapominając, że jesteśmy w ich parafii tylko przez jakiś czas i że wkrótce będziemy
musieli zacząć od nowa - dla innych. Bo parafia jest Pana Boga, a nie najfajniejszego
nawet księdza. Czasem to strasznie trudne, bo zaprzyjaźnisz się z kimś, a wiesz, że będziesz
musiał walizkę spakować. W pewnym momencie można popaść w cynizm: dosyć tego, będę
trzymał dystans, jak sprzedawca, który się uśmiechnie, bo to popłaca, ale nic więcej.



Na dodatek to, co z natury rzeczy nas, prezbiterów, miało stawiać przy człowieku i
kazało być z nim twarzą w twarz - sakramenty - też stało się tylko obrzędem. W
konfesjonale ci w oczy nie popatrzę, na Mszy stoisz bardzo daleko. Nawet udzielenie
sakramentu chorych jest aktem, gdzie nie ma na dobrą sprawę tego najważniejszego -
intymnego kontaktu z drugim człowiekiem. W każdym z tych przypadków nie musi tak być,
ale często tak jest. Myślę, że ludzie uciekają z Kościoła nie tylko ze złej woli
czy warunków zewnętrznych - np. dlatego, że muszą zarabiać i nie mają czasu. Oni po
prostu czego innego od nas oczekują; chcą, żebyśmy byli nie tyle pasterzami czy
duszpasterzami, co towarzyszami w ich drodze, tymi, którzy pomagają, podpierają, a
prowadzi Kto inny. Wydawałoby się, że to abstrakcja i marzenie jakichś mistyków. Ale
coraz bardziej widzę, że bez tego nie da się dobrze służyć Temu, którego nazywamy
jedynym kapłanem. Że przychodzi czas Kościoła; czas na poważne potraktowanie wiary w
Kościół.




Prawo do błądzenia




Nie da się rozmawiać o "księżych problemach" bez rozmowy o księżej duchowości.
Człowiek choćby nie wiem co robił, jeśli zrezygnuje z tego, co Miłosz nazywa "sięganiem
po niemożliwe", będzie musiał znaleźć jakąś dechę, którą będzie przygniatał
duszę. Może to być alkohol, ale może być także np. pracoholizm.



- W formacji księdza trzeba nauczyć go upadać... Ks. Grzegorz Ryś pisał kiedyś, że
pogoń za idealnym księdzem jest usiłowaniem budowania Kościoła obok Ewangelii.
"Kościół Ewangelii nie jest Kościołem herosów. Najważniejszym jego doświadczeniem
(z którego się rodzi!) jest doświadczenie grzechu i przebaczenia"...




- Kiedy człowiek jest najpiękniejszy? Dotychczas mówiono, że piękny jest ten, który
jest kryształowo czysty - taki model Ryś słusznie krytykuje. Kiedy się spojrzy przez
pryzmat poezji, szerzej - sztuki, ale też przez pryzmat konfesjonału - widać, że człowiek
najpiękniejszy jest wtedy, kiedy ma odwagę bić się w piersi i mówić ,,moja
wina". Wielkość chrześcijanina polega na tym, że bierze odpowiedzialność za
wszystko i nawet trochę więcej, nie odbiera winy jako nieszczęścia, tylko jako coś,
co go buduje (pomijam w tej chwili patologie). Trzeba samemu umieć robić rachunek
sumienia i trzeba umieć wysłuchać grzechów drugiego człowieka. W konfesjonale, ale i
w rodzinie czy wśród przyjaciół. Powiedziano: ,,odpuszczajcie sobie grzechy
nawzajem". Nie chodzi o ekshibicjonizm: ktoś tam wychodzi w kościele i daje świadectwo,
jakim to był grzesznikiem, a teraz się nawrócił i jest święty. Chodzi o to, żeby dać
człowiekowi prawo do rozwoju, a więc również prawo do błądzenia.



Bo jak my, katolicy, reagujemy na upadki księży? Ze współczuciem czy z satysfakcją?
Zapominamy, że ten, który się wyśmiewał z pijanego ojca, nosi imię Cham. I że takie
nieszczęście jest sprawdzianem dla tego, na ile jesteśmy chrześcijanami. Niedawno
poznałem historię parafii, w której proboszcz przyglądał się, jak wikary popada w
alkoholizm, a taksówkarze przywożą mu dziewczęta z agencji towarzyskiej. Cała wieś
gadała, a nikt nie miał odwagi zająć się tym człowiekiem. I kiedy w końcu zapytano
proboszcza, czy nie próbował mu pomóc, padła odpowiedź: "Przecież ja go na
odchodne przycisnąłem i pocałowałem, a nawet dałem pieniądze".



Oburzamy się, potępiamy albo wyśmiewamy się z człowieka, ale nie chcemy mu pomóc.
Jego nieszczęście nas wcale nie boli, przeciwnie: myślimy, że skoro proboszcz może,
skoro biskup czy wikary może, to co dopiero my. Z drugiej strony to także nasza wina,
księży, bo próbujemy się postawić ponad Kościołem, ponad wierzącymi i udawać, że
jesteśmy niepokalanie poczęci. Pamiętam taki poradnik dobrego wychowania dla księży,
gdzie było powiedziane, że jeśli ktoś dzwoni do plebanii, to nie powinniśmy wychodzić
natychmiast, tylko musimy przywdziać sutannę i biret, a potem wziąć brewiarz pod pachę.
Taki ksiądz nie zagraża ani naszemu lenistwu, ani naszemu świętemu spokojowi.



- A może to ludzie oczekują od księży, żeby byli na piedestale, święci, bez skazy?




- Wystarczy się przejechać pociągiem w koloratce i bez koloratki. Jeśli jesteś w
koloratce, masz łatwy żywot. Z jednej strony są ci, którzy ciebie lubią, z drugiej
ci, którzy będą cię atakować. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie dowiesz się
prawdy.



Jest chrześcijański sposób reagowania na alkoholizm - czy to księdza, czy biskupa, czy
świeckiego. To ma nas boleć. Ma w nas budzić troskę. To sprawdzian tego, czy wierzymy
w Kościół.




Do kurii czy do mamy



- Problem w tym, że alkoholizm jest społecznie akceptowany. Słyszałem kiedyś takie
zdanie: "Może pić, byle nie gadał z ambony, że to grzech".




- Mimo wszystko ludzie mają dobrze ustawioną hierarchię wartości. Tolerują
alkoholizm, tolerują nawet to, że ksiądz ma dziecko, natomiast nie cierpią innego
uzależnienia - kiedy ksiądz staje się materialistą, staje się pazerny i wszystko tej
pazerności podporządkowuje.



- A może, wiedząc, co to w Polsce znaczy - że z alkoholem wiążą się tysiące
nieszczęść - księża nie powinni sięgać po wódkę?





- Abstynenci na pewno mogą dawać mocne świadectwo. Ale mogą też narobić dużo złego.
Kiedyś na pielgrzymce zjawił się desant: trzy abstynentki, damy w słusznym wieku, zaczęły
mówić do studentów, że alkohol to trucizna, diabelski wymysł. Ktoś przytomnie zapytał:
to co ze Mszą zrobić, gdzie jest również wino? Kluczem do wszystkiego jest umiar.



Sam miałem w życiu różne okresy, byłem zatwardziałym abstynentem, i byłem człowiekiem,
który lubi wypić. Teraz zaczynam być bardziej cnotliwy, bo żołądek i głowa już nie
ta. Ale wiem, że to nie diabeł wymyślił alkohol. Problemem jest natomiast kultura
picia i kulturalne obchodzenie się z człowiekiem, który sobie podpił. Jeśli jestem
gospodarzem i widzę, że mój gość popił tak, że ledwo się na nogach trzyma, to nie
powinienem go wypuścić, zwłaszcza jeśli ma kluczyki od samochodu. Tak można by uniknąć
wielu dramatów, także w Kościele.



- No właśnie: co robić, jak ksiądz się udaje po alkohol?



- Kiedyś przyjęliśmy na plebanię księdza-alkoholika, suspendowanego przez biskupa.
Wydawało się nam, że to nie jest rozwiązanie:
że obowiązkiem biskupa jest dbać o księdza zwłaszcza w takiej sytuacji, zapewnić mu
utrzymanie, namawiać na leczenie, nawet być gotowym na to, że policja przywiezie go
pijanego do kurii. Ten człowiek w którymś momencie życia, przyjmując święcenia, włożył
przecież swoje ręce w ręce biskupa: to zobowiązuje.



Któregoś dnia ten ksiądz zapragnął zastąpić mnie na różańcu. Po jakimś czasie
przyszła do mnie zakrystianka i mówi, że odprawiający jest przy drugiej tajemnicy i
nie może pójść dalej, bo zdążył coś wypić. Poszedłem do kościoła i powiedziałem,
że dalej poprowadzę różaniec. Kiedy odchodził, trzeba go było podtrzymywać. Po skończonym
nabożeństwie powiedziałem normalnie: "Kochani, jest tak, jak widzieliście. Módlmy
się za niego, ale spróbujmy też coś dla niego zrobić. Niech on będzie jednym z nas,
a nie kimś wykluczonym". To wydarzenie, poza paroma osobami, nikogo nie zgorszyło.
I myśmy go pilnowali, jako cała plebanijna wspólnota, zwłaszcza kilku studentów. Były
takie dni, kiedy naprawdę dobrze mówił, spowiadał, miał nawet swoją grupę
duszpasterską: właśnie studentów. Ale trzeba było wyczuć moment, kiedy przychodzi na
niego "trzydniówka" i chodzić koło niego jak koło małego dziecka. Mimo to
po paru latach się zapił. Nigdy nie widziałem ludzi tak płaczących na pogrzebie księdza...



- Z tą chorobą wiąże się szczególny proces samookłamywania: nie jestem uzależniony,
mogę pić...





- Żeby skutecznie pomóc temu człowiekowi, trzeba lekarza, psychologa, psychiatry. My możemy
próbować go podprowadzić pod bramę szpitalną, a potem nie zostawić go samego. I
znowu: rola parafii jako wspólnoty. W sytuacji, kiedy ma się między sobą alkoholika,
zwłaszcza w tym pierwszym etapie, może trzeba zrezygnować z alkoholu nawet przy świątecznym
stole.



- W wielu takich sytuacjach problemem jest fałszywa tolerancja: wiemy, ale nic nie
robimy.




- To sprawa, nad którą wciąż się zastanawiam. Z jednej strony jestem naznaczony tym,
co się dzieje w konfesjonale, a więc zachowywaniem absolutnej tajemnicy. Z drugiej,
alkoholizm może się wiązać z krzywdą innych ludzi - nie tylko tego, który pije. Jak
reagować? Chciałoby się tego człowieka ochronić, żeby nie wyrządzono mu krzywdy,
ale przecież nonsensem jest przeczekiwanie, przyklepywanie wszystkiego, niereagowanie w
porę.



- W jakimś sensie jestem za tego człowieka odpowiedzialny. Mam donieść przełożonemu?



- Dotykamy sprawy, która jest nierozwiązywalna w obecnych strukturach diecezjalnych. W
zakonach jest łatwiej: nie wszędzie, nie bez oporów, ale są mechanizmy, które
pozwalają na większą szczerość; na ogół nie ma rywalizacji - o parafię czy inne
tzw. zaszczyty. Jeśli nie ma serdecznej więzi między księżmi a biskupem, to jest
problem, gdzie jest zwykła informacja, która wynika z troski o drugiego człowieka, a
gdzie już donoszenie. Jeśli powiadomienie biskupa o tym, że ktoś staje się
alkoholikiem, równa się suspensie i wyrzuceniu na bruk, to mam poważne wątpliwości,
co zrobić.



- Ks. Piotr Brząkalik, niepijący alkoholik, duszpasterz trzeźwościowy z Archidiecezji
Katowickiej, mówił w "Znaku", że potrzebował tej suspensy. Z jednej strony
chodzi o czytelny sygnał, że w tym stanie ksiądz nie jest w stanie godziwie wypełniać
swoich obowiązków, z drugiej - mówiąc potocznie - bez sięgnięcia bruku nie będzie
wyleczenia.





- Powtarzam: nie można takiego człowieka wyrzucać na bruk. Owszem, jeśli tylko tak można
pomóc, tzn. suspendować, to trzeba. Ale nie można człowieka odesłać, jak to się mówi,
"do mamy". Istnieją w Polsce ośrodki odwykowe dla duchownych, równie dobre, a
może i lepsze są oddziały odwykowe w szpitalach publicznych - bo może nie ma sensu
tworzenie "getta" księży-pijaków? Ale by ksiądz alkoholik tam trafił,
trzeba go nieraz "dostarczyć", a potem, w czasie kuracji, podtrzymywać.



- A co zrobić, jak pije przełożony?



- Przełożony powinien mieć swojego przełożonego. Jeśli proboszcz zaczyna pić, jest
od tego biskup. Jeśli pije biskup, są koledzy biskupi i Watykan.



- Ale daleko.



- Więc póki co, trzeba zainteresować kolegów, którzy są najbliżej. To nie jest łatwe,
jeśli na jego beneficjum już ktoś czyha.

- Jest też kwestia troski o wizerunek Kościoła: skandalu z wypadkiem biskupa może można
by uniknąć, skoro jego choroba była tajemnicą poliszynela...




- Zawsze powinniśmy okazywać człowiekowi miłosierdzie. Jeśli popełnił przestępstwo
- od tego są sądy. Ale prezbiter, biskup, a właściwie każdy chrześcijanin jest od miłosierdzia
i musi stać przy człowieku do upadłego. Podziwiam np. biskupów amerykańskich, którzy
mają odwagę być na sali sądowej, kiedy ich podwładnych sądzą za pedofilię: to
pokazuje, jak wiele znaczy, jak prawdziwa i mocna jest więź pomiędzy biskupem a
prezbiterem. Myśmy mieli w zakonie księdza, o którym Urban pisał, że zabił drugiego
jezuitę. I do końca prowincjałowie, choć się zmieniali, a także znajomi ojcowie jeździli
do niego do szpitala psychiatrycznego.



- Z rozmów z młodymi księżmi wynika, że w seminariach o problemie alkoholizmu mówi
się mało. Nawiasem mówiąc: do czego może mieć prawo kleryk, jeżeli chodzi o
alkohol?




- Myślę, że przede wszystkim do wspólnego stołu z wykładowcami i wychowawcami. Jeżeli
są święta, np. czyjeś imieniny, powinny być obchodzone przez całą wspólnotę - ciągle
chodzi o to, żeby seminarium coraz bardziej stawało się tym, czym ma być: miejscem, w
którym człowiek rozsmakuje się w życiu wspólnotowym, w którym pokocha Kościół.
Ludzie przychodzą z różnych domów, z różnych wspólnot kościelnych, często o
mocnym zabarwieniu sekciarskim i najpierw trzeba ich otworzyć na Kościół powszechny.
Pomóc w nawiązywaniu kontaktów, otworzyć, żeby umieli wspólnie żyć i świętować.



W seminariach i scholastykatach zakonnych winno się jak ognia unikać wszelkich pozorów.
Najprościej zakazać spożywania alkoholu. Trudniej uczyć świętowania, bo alkohol,
stuknięcie się lampką wina, zmusza do popatrzenia sobie w oczy, a to weryfikuje nasze sądy
o sobie i innych.

źródło: tygodnik Powszechny

Dlaczego księża sięgają po alkohol?
Wyzwalacze uzależnień


Ks. Piotr Brząkalik



Do księży, nauczycieli, lekarzy i prawników zwykle bardzo trudno dociera prawda o tym,
że są uzależnieni. Są przecież od tego, żeby nauczać i prowadzić. Jak ktoś powołany
do nauczania ma się przyznać, że sam nie daje sobie z czymś rady?







W "Tygodniku Powszechnym" (nr 15/2003) ukazała się rozmowa Michała Okońskiego
z ks. Wacławem Oszajcą, poświęcona alkoholizmowi wśród księży. Bardzo się ucieszyłem,
że poważne pismo podjęło tę trudną, ale i delikatną sprawę. Ucieszyłem się podwójnie:
po pierwsze, sam jestem księdzem doświadczonym chorobą alkoholową, od siedmiu lat
niepijącym po leczeniu odwykowym; po drugie - być może rozpoczniemy w ten sposób poważną
rozmowę, bez podszewki sensacyjności towarzyszącej większości medialnych spojrzeń na
ten problem.



Jedyny kamyczek, jaki powinniśmy wrzucić do własnego ogródka, to spóźnienie, z jakim
się odzywamy - sprowokowani książką "Adieu" Jana Grzegorczyka albo wypadkiem
samochodowym spowodowanym przez nietrzeźwego biskupa. A przecież problem alkoholowy
nabrzmiewa latami i najczęściej jest tajemnicą poliszynela. Jednak lepiej późno niż
wcale - tym bardziej, że tu nigdy nie jest za późno.




Choroba czy grzech



Dlaczego księża sięgają po alkohol? Myślę, że odpowiedzi na tak postawione pytanie
jest tyle, ilu sięgających po alkohol duchownych. Można by też przewrotnie zapytać: a
dlaczego mają nie sięgać, skoro są dziećmi swojego środowiska, obyczaju, tradycji?
Nie są przecież ulepieni z innej, lepszej gliny.



Dlaczego używanie alkoholu u jednych przeradza się w uzależnienie, a u innych nie? To
zagadka, która nie ma jeszcze jednoznacznego rozwiązania. Możemy jednak mówić o
swoistej alergii na alkohol - podobnej do uczulenia na cokolwiek innego. Wszyscy używamy
cukru, ale tylko niektórzy z nas zostaną cukrzykami - podobnie rzecz się ma z
alkoholem.



Jest grupa ludzi, którzy taką alergię w sobie noszą, niezależnie od tego, kim by nie
byli, jakich powołań i funkcji by w życiu nie spełniali. Księża, biskupi, zakonnicy
i zakonnice nie są - i nie mogą być - poza tym niebezpieczeństwem. Jeśli oczekujemy,
że niebezpieczeństwo uzależnienia od alkoholu powinno ich ominąć, to znaczy, że
alkoholizmu nie traktujemy jeszcze jako choroby, a tylko jako grzech i niemoralność.
Dopiero jeśli uzależnienie od alkoholu potraktujemy jak chorobę, którą można i da się
leczyć, to na jej obecność wśród duchowieństwa spojrzymy zupełnie inaczej.




Nikt z tych, których przygoda z alkoholem skończyła się uzależnieniem, nie rozpoczynał
jej przecież po to, żeby taki miała finał. Każdy, nawet jeśli ma przykre doświadczenia
z alkoholem we własnym środowisku, wierzy w to, że da sobie radę, że będzie wiedział,
kiedy skończyć. Tyle tylko, że to złudzenie.




Przyczyna tkwi we mnie



Możemy jednak - i powinniśmy - nazywać po imieniu okoliczności i sytuacje, które mogą
wyzwolić tę uśpioną alergię. Wyzwalaczy uzależnienia należy szukać przede
wszystkim w sobie. Jestem przekonany, że nawet wtedy, gdybyśmy poprawili język naszego
ciała, zrezygnowali z celibatu, zreformowali organizacyjną, personalną i finansową
stronę parafii, wyrównali ekonomiczne różnice między diecezjami (co ks. Oszajca
wymienia jako główne przyczyny sięgania przez księży po alkohol), zjawisko nadużywania
czy uzależnienia od alkoholu wśród duchownych wcale by nie zanikło. Gdyby rzeczywiście
zewnętrzne powody odgrywały pierwszorzędną rolę w popadaniu w uzależnienie,
wystarczyłaby zmiana parafii, diecezji, biskupa, towarzystwa, kolegów, żony, teściowej,
sąsiadów. Ale przecież to nie pomaga - i nie pomoże.



Przyczyna mojego uzależnienia tkwi we mnie. Jak długo będę czekał, aż zmieni się
otaczający mnie świat (albo nawet jeśli samemu będę próbował go zmieniać), tak długo
nie uporam się z uzależnieniem. Ja nie mam zmieniać świata, żeby opanować moje uzależnienie,
ja mam zmienić siebie, żeby w tym świecie umieć żyć bez alkoholu. Bo dla żadnego
alkoholika nie ma powrotu do tak zwanego kontrolowanego, towarzyskiego picia.

Omnibusy ze spiżu



Odpowiedzi na pytanie o przyczyny alkoholizmu wśród księży szukałbym też w czymś,
co nazwałbym "omnibusowatością duchownych", do której zresztą jesteśmy
trochę wychowywani w seminariach. Ksiądz musi umieć wszystko: być dobrym kaznodzieją,
dobrze śpiewać, być dobrym katechetą tak dla dzieci, jak i dla młodzieży, dobrze
gospodarować, spełniać oczekiwania biskupa, proboszcza i parafian, które nie zawsze idą
w parze. Wszyscy winni być z niego zadowoleni. Tyle tylko, że tak się po prostu nie da.
A jeśli nałożymy na to delikatne sumienia ukształtowane w seminarium, mamy gotową pożywkę
dla rozwoju poczucia winy i budowania postaw pod presją opinii innych.




Nie możemy spełnić oczekiwań wszystkich i nie mamy wpływu na to, co ludzie sobie o
nas pomyślą. Prędzej czy później coś musi zaboleć, zburzyć wizerunek
dyspozycyjnego zawsze księdza. Wtedy potrzeba najzwyklejszego znieczulenia, a alkohol do
takiej roli świetnie się nadaje.



Spiżowatowość kapłaństwa, bez dania sobie prawa do błędu czy pomyłki, to jeszcze
jeden z kapłańskich wyzwalaczy. Przyznam, że jednym z przełomów w leczeniu odwykowym
było dla mnie odkrycie, że mam prawo do błędu, że nie muszę wszystkiego umieć
najlepiej, że mogę być zmęczony, a co najważniejsze - mam prawo odmówić.



To zresztą nie tylko kapłańska nieumiejętność. Wszyscy mamy lęk przed odmawianiem,
obawiając się, że ktoś się obrazi, źle sobie o nas pomyśli. Bywa, że robimy coś
wbrew sobie tylko dlatego, że nie potrafimy odmówić. U księży ten lęk przed
odmawianiem jest spotęgowany przeświadczeniem, że duchownemu nie uchodzi powiedzieć
"nie". A jeśli tak trudno przychodzi nam odmawiać w ogóle, to dlaczego
mielibyśmy umieć odmawiać alkoholu?



Wyróżniłbym jeszcze jeden kapłański wyzwalacz uzależnienia: napięcie, jakie
rozgrywa się w każdym z księży. Z jednej strony mamy być przedstawicielami samego
Pana Boga wobec ludzi, mamy w Jego Osobie sprawować święte obrzędy, rozgrzeszać i
przewodniczyć Eucharystii. Z drugiej - mamy być równocześnie reprezentantami ludzi, z
całą ich ułomnością i grzesznością, wobec Pana Boga. To zderzenie w kapłańskim człowieczeństwie
dwóch przeciwstawnych natur, rzeczywistości i światów - Bożego i ludzkiego, świętego
i grzesznego - nie może nie zostawiać pęknięć, nie może nie burzyć wewnętrznego ładu
i spokoju. Stąd już tylko krok, by próbować złagodzić w sobie to napięcie, sięgając
po alkohol.



Ból i pomoc



Alkoholizm jest chorobą, której zaczynamy się przyglądać dopiero wtedy, kiedy boli,
kiedy zaczynamy ponosić jej konsekwencje. Bywa, że czasem trzeba pomóc, żeby zabolało.
Każdy mężczyzna zaczyna poważniej przyglądać się swemu piciu nie wtedy, kiedy go
straszą niebezpieczeństwem straty, ale wtedy, gdy zaczyna naprawdę tracić: pracę,
dom, rodzinę, kontakt z dziećmi. Księdzu też czasem trzeba pomóc, żeby go zabolało,
żeby stracił - nawet pozbawiając go prawa wykonywania funkcji kapłańskich.




Prawda, że ten ból musi być czasem bardzo dotkliwy, bo burzenie misternie zbudowanego
muru zewnętrznych przyczyn sięgania po alkohol jest trudne i czasochłonne. Do księży,
nauczycieli, lekarzy i prawników bardzo trudno dociera prawda o tym, że nadużywają
alkoholu, że są uzależnieni. Bardzo opornie podejmują leczenie. Są przecież od tego,
żeby nauczać i prowadzić. To oni są specjalistami od uczenia, jak żyć, żeby dostać
się do nieba; jak się uczyć, żeby otrzymać promocję do następnej klasy; jakie zażywać
lekarstwa, żeby być zdrowym; jak stosować prawo. Jak się przyznać, że ja - powołany
do nauczania - sam nie daję sobie z czymś rady?



Przyznanie się do tego, że coś mnie przerasta, pociąga za sobą jeszcze jedną trudność,
kto wie czy nie większą: trzeba poprosić o pomoc. To strasznie ciężko przechodzi
przez gardło. Wstydzimy się. A jeśli o pomoc poprosić ma ten, kto sam powołany jest
do pomagania, to siła wstydu wydaje się nie do uniesienia.



Chciałoby się teraz zakrzyknąć do wszystkich, którym alkohol ciąży, także do
biskupów, kapłanów, zakonników, by nie wstydzili się prosić o pomoc. Ale chciałoby
się też zawołać do wszystkich innych, by nie wstydzili się swoich kapłanów proszących
o pomoc.



*



I jeszcze jedna myśl. Oprócz bardzo potrzebnego zastanawiania się nad powodami sięgania
po alkohol - przez księży czy kogokolwiek innego - sprawą nieocenioną jest świadectwo,
przykład tych, którzy uporali się ze swoim uzależnieniem. To niezbędne, zwłaszcza na
początku powracania. Wiem o tym z własnego doświadczenia. Kiedy znalazłszy się na
leczeniu odwykowym usłyszałem: "Mam na imię Marian, jestem księdzem i jestem
alkoholikiem", przemknęło mi przez myśl, że jeśli jemu się udało, to może i
mnie... Choć przede mną była jeszcze długa droga.



To, czego nam chyba najbardziej potrzeba, to świadectwo uporania się z uzależnieniem,
zwłaszcza tych z pierwszych stron gazet, powołanych do przewodzenia i nauczania. Bardzo
bym się ucieszył, gdybym mógł usłyszeć: "Mam na imię Andrzej, jestem biskupem
i jestem alkoholikiem". Albo gdyby któryś z księży, trzeźwiejących alkoholików,
biskupem został. I jest to możliwe, bo w Kościele nie takie cuda się zdarzały.







Ks. Piotr Brząkalik jest niepijącym alkoholikiem, Duszpasterzem Trzeźwości
Archidiecezji Katowickiej i proboszczem parafii Matki Bożej Nieustająącej Pomocy w
Katowicach-Szopienicach.

źródło: Tygodnik Powszechny