Alkoholizm to choroba, możesz nauczyć się ją kontrolować ciesząc się pełnią życia.


Blog do wynajęcia Blog do wynajęcia Blog do wynajęcia

Sporządzenie listy nie jest trudne


"Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



"Sporządzenie listy osób, które skrzywdziłem, nie było dla mnie zbyt trudne. Większość z nich figurowała już w mojej inwenturze do Kroku Czwartego; byli to ludzie, do których żywiłem urazę uzasadnioną lub bezpodstawną, oraz ludzie, których skrzywdziłem, odpłacając im pięknym za nadobne"

Codzienne Refleksje str 274



- Czego nauczyłem się przy sporządzaniu listy osób, które skrzywdziłem?

Czy Bóg jest alkoholikiem?


To ostanie zdanie z filmu "28 dni".

Akoholik nie jest Bogiem i w to wierzę.
Ale czasami wydawało mi sie, że wszystko mogę, to było w okresie mojego pijaństwa.

Mam ogromne szczęście , że nie uwierzyłem w slogan: wszyscy alkoholicy są tacy sami.
I takiego tematu na trzeźwo bym nie wymyślił.
Po pijaku- owszem.
I jeszce jedna myśl mnie różni od masy: cecha mojej chorby był EGOIZM.
Karmiłem go szczodrze i aby wyzdrowieć - przestałem go karmić.
Nawet taką myślą, że na mityng idę dla siebie.
Czy chodzenie na mityngi" dla siebie" nie jest karmieniem własnego EGO? odkryłem w tym pierwszym wilku - własne EGO.
Dlatego nie karmię tego wilka, nie chodze na mityngi dla siebie, a dla innych.
I nie od wczoraj to czynie, a od wielu lat.
Trwam w trzeźwości dla swoich najbliższych i dlatego zachowałem swoja Rodzinę, że staram sie byc użyteczny dla swoich najbliższych.
Nigdy nie dałem się nabrać na zwalenie odpowiedzialności za swoje pijaństwa
na Ojca i Matkę, na Siostrę, za swoje krnąbrne dzieciństwo.
A zakusy takie były na terapii.
Nawet list pożegnalny mi "nie wyszedł".
Bo już byłem w AA i zrozumiałem , że ze swoim obrońca przed wpadką nie
powinienem rozstawać się do końca. Dlatego wyzdrowiałem serio z alkoholizmu, nie odzyskując kontroli nad ilością wypijanego alkoholu.
Dlatego, wierzę, że kazdy alkoholik jest inny i każdy jest dzieckiem Jedynego Boga.


Uczciwość - jak to widzę


Uczciwość jest to prawda w relacji z Bogiem, samym sobą i człowiekiem.

> Prawda o mnie w relacji z Bogiem jest pytaniem, - Jaka jest Twoja wola Panie.
> Prawda o mnie w relacji z samym sobą jest czuciem - czyny, zgodność z wyznawanymi wartościami(sumieniem) = odczuwanie.
> Prawda o mnie w relacji z człowiekiem jest współodczuwaniem - intensywność współodczuwania zależy od poziomu lęku przed otwarciem oraz podobieństwa odczuć.

Uczciwość to droga, którą podążam zgodnie z Jego wolą czując zgodność czynów z wartościami wewnętrznymi i potwierdzając to w sercach innych ludzi.
Przeciwieństwem jest kłamstwo, manipulacja, zaniechanie, ukrycie, ucieczka.

Czy musimy być doskonali?
Harold S. Kushner


Było kiedyś koło, któremu brakowało jednego kawałka. Został z niego wycięty duży trójkątny klin. Koło chciało być całe, poszło więc na poszukiwanie brakującego fragmentu. Kiedy toczyło się powoli, podziwiało po drodze kwiaty. Gawędziło z motylami. Cieszyło się słońcem.
Znalazło wiele kawałków, ale żaden nie pasował. Jedne były za duże, inne za małe. Jedne były zbyt kwadratowe, inne zbyt spiczaste. Zostawiało je więc na boku i szukało dalej.
Pewnego dnia znalazło kawałek, który doskonale pasował. Było bardzo szczęśliwe. Teraz będzie całe i niczego mu nie będzie brakować. Wsunęło brakujący kawałek na miejsce i zaczęło się toczyć. Teraz było doskonałym kołem. Mogło się toczyć bardzo szybko, zbyt szybko, by zauważyć kwiaty, zbyt szybko, by rozmawiać z motylami. Kiedy zdało sobie sprawę z tego, jak inaczej wygląda świat, gdy tak szybko się przezeń toczy, zatrzymało się zostawiło brakujący kawałek i powoli odtoczyło się w poszukiwaniu brakującego kawałka.
Przesłaniem tej opowieści jest w jakimś dziwnym sensie to, iż jesteśmy bardziej cali, kiedy jesteśmy niekompletni, kiedy brakuje nam czegoś. Człowiek, który ma wszystko, jest poniekąd biednym człowiekiem. Nigdy nie będzie wiedział, co to znaczy tęsknić, mieć nadzieję, żywić duszę marzeniem o czymś lepszym. Nigdy nie zazna doświadczenia, kiedy ktoś, kogo kocha, daje mu coś, czego zawsze pragnął.
Jest pełnia w człowieku, który może dać siebie, swój czas, pieniądze siłę innym i nie czuć się przez to pomniejszony. Jest pełnia w człowieku, który godzi się ze swoimi ograniczeniami, który wie, kim jest i co potrafi, a czego nie potrafi, który jest dość odważny, by zrezygnować ze swych nierealnych marzeń i nie czuć się z tego powodu nieudacznikiem. Jest pełnia w człowieku, który przekonał się, że jest dość silny, by przeżyć tragedię, który traci kogoś przez śmierć, rozwód, rozłąkę, ale nadal się czuje jak cała osoba, a nie tylko część rozbitej pary. Wtedy nic nie może cię przerazić. Przeszedłeś przez najgorsze i wyszedłeś z tego cały. Kiedy tracimy część samych siebie, ale nadal "toczymy się" przez życie i cenimy je, osiągamy pełnię, do jakiej inni mogą jedynie aspirować.
Być całym przed Bogiem oznacza stać przed Nim z wszystkimi naszymi wadami i cnotami i słyszeć przesłanie, że jesteśmy akceptowani. Być całym oznacza wznieść się nad potrzebę udawania , że jesteśmy doskonali, wznieść ponad lęk, że zostaniemy odtrąceni za brak doskonałości. Oznacza też niedopuszczenie do tego, by nieuniknione chwile słabości i egoizmu stały się trwałą częścią naszego charakteru. Wiedz, co jest dobre, a co złe i kiedy czynisz zło, zdaj sobie sprawę z tego, że to nie jest istota ciebie. Stało się tak dlatego, że wyzwanie bycia człowiekiem jest tak trudne, iż nikomu nie udaje się wszystkiego zrobić dobrze. Bóg nie prosi nas o nic więcej.
Filozof Immanuel Kant napisał: " Z gałęzi tak pokrzywionej jak ta, z której zrobiono człowieka, nie można wyrzeźbić nic prostego". Prawdopodobnie ma rację, ale lekcja jakiej trzeba się nauczyć z tej myśli, nie oznacza zrezygnowania z bycia człowiekiem, lecz z pogoni za doskonałością. W końcu jednak, jeśli jesteśmy dość odważni, by kochać, jeśli jesteśmy dość silni, by przebaczyć, jeśli jesteśmy dość wielkoduszni, bo radować się szczęściem kogoś innego i jeśli jesteśmy dość mądrzy, by wiedzieć, że miłości wystarczy dla nas wszystkich, możemy osiągnąć spełnienie, jakiego żadne inne stworzenie nigdy nie pozna. Możemy powrócić do raju.

pobierz pdf

Pięć etapów wnikania alkoholu do organizmu


stadium pierwsze – MĄDRY
nagle stajesz się ekspertem z każdej dziedziny. Wiesz, że wiesz wszystko i chcesz przekazywać swą wiedzę każdemu, kto Cię wysłucha. W tym stadium MASZ zawsze RACJĘ. No i oczywiście osoba, z którą rozmawiasz, nigdy jej NIE MA. Rozmowa (kłótnia) jest bardziej interesująca, kiedy obie osoby są w stadium MĄDROŚCI.

stadium drugie – PRZYSTOJNY
wtedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś najprzystojniejszą osobą w barze,
wszystkim się podobasz i każdy chciałby z Tobą porozmawiać. Pamiętaj, że jesteś już MĄDRY, a więc możesz porozmawiać z każdym na każdy temat.

stadium trzecie – BOGATY
nagle stajesz się najbogatszą osobą na świecie. Stawiasz drinki wszystkim w barze, ponieważ pod barem stoi twoja ciężarówka – pełna kasy. Na tym etapie również robisz zakłady, a ponieważ ciągle jesteś MĄDRY, to wygrywasz.
Nieważne ile obstawiasz, ponieważ jesteś BOGATY… No i stawiasz drinki wszystkim, którym się podobasz – w końcu jesteś NAJPRZYSTOJNIEJSZĄ osobą na świecie.

stadium czwarte – KULOODPORNY
w tym stadium jesteś gotów bić się z kimkolwiek, zwłaszcza z osobami, z którymi się zakładałeś lub kłóciłeś. A to, dlatego, że nic nie może Cię zranić. No i nie boisz się przegranej, ponieważ jesteś MĄDRY, BOGATY no i
PIĘKNIEJSZY niż cała ta hołota kiedykolwiek była!

stadium piąte – NIEWIDZIALNY
jest to ostatnie stadium pijaństwa. Możesz wtedy robić wszystko, ponieważ NIKT, CIĘ NIE WIDZI. Tańczysz na stole, żeby zaimponować tym, którzy Ci się podobają, no a pozostali tego nie widzą. Jesteś też niewidzialny dla tych, którzy chcieliby się z Tobą bić. Możesz iść przez ulicę śpiewając ile sił, ponieważ NIKT cię NIE WIDZI i nie słyszy, a ty jesteś.

Słowa, które są trudne do wypowiedzenia, gdy jesteś pijany:
bezsprzecznie,
innowacyjny,
przygotowawczy,
proletariacki.

Słowa, które są bardzo trudne do wypowiedzenia, gdy jesteś pijany:
konstytucjonalizm,
wszystkowiedzący,
rozszczepienie jaźni,
szczęśliwe zrządzenie losu.

Słowa, które są absolutnie niemożliwe do wypowiedzenia, kiedy jesteś pijany:
dziękuję, nie mam ochoty na seks,
nie, dla mnie już piwa nie zamawiajcie,
przykro mi, ale nie jesteś w moim typie,
dobry wieczór, panie władzo, śliczny dzień dzisiaj mamy.

Tadeusz Broś, O chorobie alkoholowej

Jak dodaje sobie otuchy pisząc Krok Ósmy?


"Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



"Kiedy zadrży nam w ręku ołówek, możemy dodać sobie otuchy myślą o tym, co znaczył ten Krok dla naszych przyjaciół w AA. Bo przecież jest to początek końca naszego odosobnienia od ludzi i od Boga"







Czy przyjmuję porady innych i zgodnie z nimi działam ?


"Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



,,Jeśli przyjmę porady tych, którzy już skorzystali na Programie, i będę zgodnie z nimi działać, to mam szansę wyrosnąć poza granice, które narzuca mi moja przeszłość.''

Codzienne Refleksje str 262

Będziemy wytrwale starać się o rozwagę i obiektywizm


"Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



,,Powinniśmy unikać skrajnych sądów zarówno o sobie samych jak i o innych. Nie wolno nam wyolbrzymiać własnych ani cudzych wad. Będziemy wytrwale starać się o rozwagę i obiektywizm.''

12 Kroków i 12 Tradycji str 82



- Własne i cudze wady - które z nich wyolbrzymiam?

- Czy w staraniach o rozwagę i obiektywizm towarzyszy mi modlitwa?

Zagadka, która działa


Być może da się znaleźć wyjaśnienie doświadczeń duchowych takich, jak
nasze, wszakże ja sam często próbowałem wyjaśnić własne, ale udało mi
się zaledwie opowiedzieć jak to się stało. Wiem, jak to odczułem i
jakie to przyniosło rezultaty, jednak teraz widzę, że nigdy w pełni
nie zrozumiem związanych z nim, głębiej ukrytych "dlaczego" i "jak".
JAK TO WIDZI BILL, STR. 313

Podczas pewnego otwartego mityngu AA doznałem głębokiego przeżycia
duchowego, które sprawiło, że wreszcie wyrzuciłem z siebie tę
"tajemnicę": "Jestem alkoholikiem!" Od tamtego dnia nie miałem
alkoholu w ustach. Mógłbym powtórzyć wam słowa, które usłyszałem tuż
przed wstąpieniem do AA, i opowiedzieć, jak wielkie wywarły na mnie
wrażenie - jednak dlaczego stało się tak a nie inaczej, nie potrafię
wytłumaczyć. Wierzę, że jakaś Siła Większa niż ja sam wybrała mnie
abym zdrowiał - ale nie wiem, czemu. Staram się nie martwic tym, czego
jeszcze nie wiem, ani zbytnio się nad tym nie zastanawiać; zamiast
tego ufam, że jeśli będę dalej pracował nad Dwunastoma Krokami,
stosował zasady AA w codziennym życiu i dzielił się historią mojego
życia, to będę pomalutku prowadzony ku głębokiej i dojrzałej
duchowości, dzięki której coś więcej zostanie mi wyjawione. A na razie
cieszę się darem, jakim jest dla mnie zaufanie do Boga, praca nad
Krokami i pomaganie innym.
CODZIENNE REFLEKSJE, STR. 288



Nie wiem jak to działa... ale działa.
Przyszedłem, nie piję i żyję.

Lapet

Czy dokładam starań żeby nie pominąć nikogo?


"Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



,,A później musimy podjąć podróż w przeszłość, rok po roku, aż do granic pamięci, aby nie pominąć nikogo, komu kiedykolwiek sprawiliśmy ból. Każdy przypadek powinniśmy przemyśleć z wielką uwagą i starannością.''

12/12 str 82



Dlaczego najdotkliwiej raniłem najbliższych?


"Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



,,Bez trudu znajdziemy miejsce dla naszych najbliższych, których przecież raniliśmy najdotkliwiej.''

12/12 str 82

Zakuci w kajdany
Katarzyna Bosakowska



Kup teraz

To książka o rozpaczy pogrążonych w nałogu i nadziei tych, którzy zdecydowali się na terapię. Wstrząsający opis ich przeżyć, doświadczeń, obaw i wiary - pomimo wszystko. Ukazuje problem alkoholizmu z kilku perspektyw: terapeuty uzależnień, pacjentów, a przede wszystkim ich matek, małżonków i dzieci. Jest to książka o NICH i dla NICH. Także dla tych, którzy chcą im pomóc.

"Przydzielono mi kuratora. Nic sobie z tego nie robiłem, miałem kilkudniowe przerwy w piciu, ale potem czułem się tak silny, że byłem przekonany, iż problem alkoholowy nie dotyczy mojej osoby. Sądziłem, że są gorsi ode mnie. Mogłem sobie spokojnie wypić piwko. Sądziłem, że nic się nie stanie. A jednak stało się".

"Mam prośbę: zamknij oczy i wyobraź sobie, że stoję przed Tobą, a Ty walisz mnie pięścią w twarz tak mocno, że wpadam tyłem do wanny, odkręcasz zimną wodę i lejesz mnie z prysznica - długo, bo przecież nie umiem się wydostać. Ja płaczę, a Ty lejesz. Potrafisz to zobaczyć "na trzeźwo"?"

"Zakład Karny. Świat w świecie. Głód alkoholowy i narkotyczny, omamy i szaleństwo kaca. Trafiłem na grupę AA. Nie podobało mi się, ale czymś musiałem wypełnić nudę. Aż pewnego wieczoru moje życie zmieniła wypowiedź jednego 50-letniego mężczyzny. Powiedział, że umarł jego syn, a on był wtedy pijany. Całe życie był pijany. I nigdy mu nie powiedział, że go kocha. I mówi mu to teraz, ale on go już nie słyszy. Ale usłyszałem go ja".

List do alkoholu



Dawno nie kontaktowałem się z Tobą, ale musisz wie­dzieć, że przez pierwsze dwa tygodnie mojego pobytu na odwyku bardzo za tobą tęskniłem. Mam jednak wielki żal. Byłem Ci wierny przez wiele lat. Prawie zawsze stawiałem Cię na pierwszym miejscu, wszystko inne miało drugo­rzędne znaczenie. Adorowałem Cię od samego rana. By­łeś mi towarzyszem przez całe dnie. Pamiętasz, jak nieraz bawiliśmy się przez całą noc? Nie odstępowałem Cię na krok. Byliśmy nierozłączni jak bliźnięta syjamskie. Kocha­łem Cię za Twoje wnętrze. Czasami płakałem za Tobą, a czasami przez Ciebie. Byłeś dla mnie wszystkim. A Ty? Za to wszystko, co dla Ciebie robiłem, pozbawiłeś mnie osobowości. Zniewoliłeś w swoich kajdanach. Zatrułeś mój umysł. Zabrałeś mi mą młodość i zdrowie. Sprawiłeś, że miłość stała się dla mnie nudna i szara. Owszem, dawałeś mi ukojenie, dobry nastrój, towarzystwo kolegów, ale to było dawno temu, na początku naszej znajomości. Poza problemami nie dałeś mi nic więcej. Czy to niezbyt wysoka cena, jaką przyszło mi płacić? Nie pozwolę, byś zabrał mi to, czego jeszcze nie zdążyłeś wziąć. Jest to kobieta, którą kocham. I praca. Dopiero teraz, kiedy jestem tutaj, uświa­domiłem sobie pewien fajny cytat: „Jedyną gorszą rzeczą od bycia nieszczęśliwym jest być szczęśliwym i o tym nie wiedzieć".
Wiem, że jeszcze nie raz staniesz na mojej życiowej drodze.
Wiem, że będzie mi ciężko, ale zrobię dużo, aby stawić ci czoło. Na tym kończę.

Okaleczeni bólem


Agresja jest w każdym z nas. To wielka siła i jak każda siła, może być wykorzystana w dobrym celu, ale może też stać się czymś unicestwiającym. I bardzo często tak właśnie się dzieje.

To właśnie ona - pozostawiona gdzieś na granicy naszych niewypowiedzianych myśli i słów - staje się żywiołem gor­szym niż inne. Bo niszczy nie tylko to, co napotyka na swo­jej drodze, ale przede wszystkim TEGO, który jest pod jej władaniem. Jest jak rak, który rozkłada duszę, umysł, a na­wet ciało.

Kto z Was nie widział ludzi o twarzach dosłownie powy­krzywianych nienawiścią, zawziętych i groźnych? Kto nie spotkał się z takimi osobami, dla których krzywdzenie innych jest powodem do dumy, a nawet sprawia przyjemność?

Ile przykładów można przytoczyć? I powiemy - jakich zwyczajnych: obozy zagłady, wojny, o których słuchamy jak o propozycjach nowych artykułów w hipermarkecie. Dziś zabito tylu i tylu. Anonimowe ciała. Zbiorowiska. To prawie jak nie-ludzie. Liczby. Zamachy terrorystyczne - to już nas nudzi, te pseudoideologie podszyte grozą. Bójki na stadio­nach. Codzienna przemoc w rodzinie. Czym ona się staje na tym tle? O czym tu mówić, po co robić z tego takie wielkie halo? Dość ma społeczeństwo pożywki w wiadomościach

1 na ulicach. Po co wyciągać rodzinne brudy i przemocą nazywać zwyczajne rzeczy? Kto się nie kłóci? Kto ma się wtrącać w czyjeś domowe przepychanki? Że dzieci widziały? Niejedno widziały już w szkole. Dzieci też przecież po­trafią być okrutne i znęcać się nad słabszymi kolegami.

Nie chcę Wam przytaczać definicji tego, co przed chwi­lą wymieniłam. Sami wiecie, o czym mowa. Komu zależy na typowych informacjach - znajdzie wszędzie, czym jest PRZEMOC. Jak się ją dzieli, rozgranicza, rozpoznaje, czym ona się cechuje, jakie niesie skutki, nawet skąd się bierze i co za nią grozi.

Czytanie i słuchanie o niej wzbudza złość. Człowiek za­czyna się bronić. Ale dlaczego, skoro nas przecież to nie dotyczy.

Może łatwej będzie zrozumieć ją w inny sposób. Taki, który dotyka bezpośrednio każdego z nas. Bez wątpienia jest nim CIERPIENIE. Tak się go boimy. Unikamy go, wiele byśmy dali, aby nas ominęło. I wielkie polemiki nad zagad­nieniem, czy cierpienie fizyczne jest gorsze od psychiczne­go, stają się bez znaczenia. CIERPIENIE to CIERPIENIE.

Ogarnia całego człowieka. Przecież jesteśmy jak naczynia, które napełniają się tym, co zawierają. Jedna sfera dopełnia drugą. Sprawia, że jesteśmy całością.

Jak cierpi psychicznie człowiek skopany boleśnie na uli­cy? Poniżony, zmieszany z błotem czyichś butów. Jak ktoś, komu odebrano możliwość wyboru, spętano wolę, odebrano prawo decydowania o sobie, zniszczono jego ludzką wol­ność, pokazano, że jest NICZYM.

Albo dziecko żyjące w ciągłym lęku przed rodzicami. Bez poczucia bezpieczeństwa, oparcia, zależne od doro­słych, przerażone kłótniami i samotnością. Czy jego ciało tego nie odbiera? Czy nie choruje częściej niż inne dzieci, nie jest nerwowe, nie ma problemów z rozwojem fizycz­nym, nie boli je częściej żołądek i głowa?

Cierpienie zadane drugiemu człowiekowi.

Jakiekolwiek by było.

Krzywdzące tego człowieka i odbierające mu godność.

Cierpienie zadane sobie samemu. Odbierające godność samemu sobie.

Cierpienie otrzymywane od innych - ale nawet na to mo­żesz mieć wpływ, gdy sam zrezygnujesz z bólu zadawanego innym i sobie.

Będą się mniej Ciebie bać. Będą mniej nienawidzić. Bę­dą lepsi...

***

Mam napisać o Twoim piciu... Teraz, kiedy w domu jest spokój, kiedy od miesiąca już nie staję w nocy przy oknie (bo przecież i tak nie zasnę, zanim nie wrócisz), wy­patrując, kiedy będziesz wracał z baru, kiedy podjedzie sa­mochód lub taksówka, kiedy nie czekam na Twój telefon (bo mojego oczywiście nie odbierasz) z żądaniem natych­miastowego odebrania Cię z bliżej nieokreślonego miejsca razem z Twoim samochodem, Twoimi kompanami i samo­chodami, to paradoksalnie trudniej jest mi o tym pisać niż w dniach, kiedy wszystko, co wiązało się z Twoim piciem, było świeże i odczuwane przez nas bardzo emocjonalnie. Nie potrafię wychwycić momentu, kiedy Twoje picie za­częło mnie niepokoić, kiedy zaczęło być problemem dla mnie i dzieci, bo na początku Twoje picie nie odbiegało od „normy". Zdarzało się okazjonalnie, Twoje zachowa­nie wobec nas się nie zmieniło, picie nie dezorganizowało naszego życia. Jakieś sygnały pojawiły się już na samym początku naszej znajomości (pierwszy wspólny wyjazd na Mazury, kiedy wpadłam do lodowatej wody na śluzie, bo wszyscy na łódce byli pijani, a ja sama przecież nie mogłam sobie z nią poradzić). Ale wtedy pobraliśmy się, uro­dzili się chłopcy, kiedy jeszcze pracowałeś w G., też nic niepokojącego się nie działo. Chyba Twoje picie zaczęło mi doskwierać dopiero, kiedy zacząłeś pracować w obec­nej firmie. Zacząłeś wtedy lepiej zarabiać i zacząłeś pro­wadzić bujne życie towarzyskie, sprowadzać kolegów na imprezy do domu. Ja nie pracowałam i zaczęło się moje czekanie na Twoje powroty. Wtedy też zaczęły się Twoje wielogodzinne wizyty w barze, do dzisiaj pamiętam pełen politowania uśmieszek barmanki - jak ona miała na imię? - kiedy tam po Ciebie szłam. Do dzisiaj mam awersję do takich miejsc. Ale mam wrażenie, że jeszcze wtedy nie by­łeś uzależniony, po prostu lubiłeś taki styl życia, dobrze się czułeś, spędzając czas w towarzystwie i przy alkoholu. Wtedy też przestałeś się zajmować dziećmi, nie intereso­wało Cię, co ja robię, co jest potrzebne w domu, czy mam za co kupić dzieciom ubranie czy zabawki. Ważne, że sam się dobrze bawiłeś, a wysokość rachunków zostawianych w restauracjach nie była dla Ciebie żadnym problemem. Od tego też mniej więcej czasu nie wiem, ile zarabiasz, ile wydajesz i nie znam numeru PIN Twojego konta.

Powoli też krąg naszych znajomych zaczął się ogra­niczać do osób, które Ty zaakceptowałeś, dziwnym tra­fem byli to głównie Twoi znajomi lub ci spośród naszych wspólnych, którzy byli dobrymi kompanami do kieliszka. Ci, którzy nie akceptowali zbyt suto zakrapianych spot­kań, nagle zaczynali mieć tyle wad i tak Ci działać na ner­wy, że kontakty z nimi nie były podtrzymywane. Ja sama po latach odbudowałam moje więzi koleżeńskie z dużym trudem, ale są to tylko moi znajomi, nadal nie wspólni i nadal przez Ciebie nieakceptowani.

Chyba zauważyłam, że Twoje picie zaczyna się wymy­kać spod kontroli, kiedy to np. cały zapas piwa kupowany na święta znikał w dniu zakupu, a Ty nie potrafiłeś prze­rwać, póki nie opróżniłeś wszystkich butelek. Potem dni bez kilku butelek piwa zdarzały się sporadycznie. Potem to już poszło, sam to pewnie już teraz wiesz jak szybko. Niestety, wraz ze wzrostem Twojej tolerancji na alkohol wzrastała też moja tolerancja na Twoje picie. Na początku robiłam Ci wymówki o każde późne przyjście do domu, o każde upicie się, były „ciche dni" po każdej awanturze, wyprowadzka do mamy po pierwszym uderzeniu. Potem zaczęłam obojętnieć. Chciałam tylko, żebyś W MIARĘ wcześnie wrócił, W MIARĘ trzeźwy, żeby awantura, zwy­kle nieunikniona (a pretekst zawsze miałeś), W MIARĘ szybko się skończyła. Przestałam też Cię szukać, chodzić do baru po Ciebie, choć wcześniej też robiłam to rzadko. Zresztą Ty i tak rzadko chciałeś ze mną wychodzić, a uczu­cie upokorzenia, kiedy stałam o 2 w nocy przed barem pełnym pijaków i rozchichotanych panienek i czekałam na Twoje wyjście, pozostanie niezatarte jeszcze długo. Nie mogło mi się tylko pomieścić w głowie, że idziesz do baru prosto z pracy, nawet nie zajrzawszy do domu, że siedzisz w nim w niedzielę, zamiast jeść z nami obiad, że możesz tam wysiedzieć nawet 12 godzin, że przez kilka dni z rzędu nawet nie zamieniłeś z nami jednego słowa, NIC DLA CIEBIE NIE ZNACZYLIŚMY, ANI MY, ANI NA­SZE PROBLEMY.

Najbardziej bolała mnie moja bezsilność. W pracy by­łam doceniana, w wychowaniu dzieci same powody do du­my, sympatia znajomych, koleżanek, a tu porażka na całej linii, choć powinno być po problemie, bo zawodowo po­magam innym. I ta moja łatwowierność! Chyba chciałam Ci wierzyć, kiedy z przekonaniem obiecywałeś, że „od ju­tra.", że „tylko do sklepu po papierosy", że „w tym roku na Mazurach...". Kiedy dodatkowo zaczęły się problemy z moją mamą (owszem, pomagałeś mi, gotowałeś czasem obiady), miewałam somatyczne objawy świadczące o stre­sie, w jakim żyłam. Wchodząc po schodach do mieszka­nia mamy, nie wiedziałam, co tam zastanę. Miałam ucisk w żołądku, kołatanie serca, nierzadko rozwolnienie, to samo zaczęłam odczuwać, kiedy zbliżałam się do nasze­go domu. Zaczęłam mieć kłopoty ze snem, koncentracją, a moje uczucia, emocje stały się „płaskie". Wstydziłam się za Ciebie przed sąsiadami, kiedy pijany, nierzadko zanie­czyszczony wracałeś do domu, a przez okna słychać było Twoje krzyki. Nie mogłam nic zaplanować, bo nigdy nie wiedziałam, czy mogę na Ciebie liczyć, czy nas nie zawie­dziesz, tak jak kiedyś syna, którego miałeś zawieźć na studniówkę. Zaczęłam Ci życzyć, abyś poważnie zachoro­wał, bo wydawało mi się, że jedynie choroba zmusi Cię do rzucenia picia. Nadal mieliśmy wspólne sprawy, wspólne wyjazdy, bo przecież zdarzały Ci się dłuższe lub krótsze (coraz częściej) okresy niepicia, w których życie rodzinne się odradzało, ale pewnego dnia, wracając z pracy, znowu widziałam Twój samochód przed domem, a Ciebie nie by­ło. Te momenty dobijały mnie najbardziej, bardziej nawet niż awantury, wyrzucanie bigosu przez okno, całonocne urządzanie prania z obowiązkowym, cogodzinnym wcho­dzeniem do pokoju, gdzie usiłowałam spać, zapalaniem światła i wieszaniem prania na balkonie. W te dni, kiedy wracałeś do picia, ja byłam jak sparaliżowana, potrafiłam przesiedzieć/przeleżeć bez ruchu na tapczanie cały wieczór niezdolna do jakiegokolwiek działania.

Kilka lat temu prowadziłam zapiski - bo trudno to na­zwać dziennikiem - z Twojego picia. Robiłam to, nie ukry­wam, z myślą o wykorzystaniu podczas sprawy rozwodo­wej. Jest tego zaledwie kilka kartek, bo potem po prostu stało się to zbyt schematycznie, każdy zapis był podobny do poprzedniego. A kiedy teraz wyciągnęłam ten zeszyt, kilka zapisów aż się prosi, żeby je zacytować:

„Sobota - został nad Zalewem, nie wrócił na noc (nie spałam do 4 rano) - tłumaczył się, że nie miał odwozu i spał na łódce (nawet nie zadzwonił), wrócił o 8 rano, zjadł śniadanie i o 9 razem z W. pojechał z powrotem nad Zalew, rzekomo oddać śpiwór".

„Niedziela - syn, wracając z zajęć, chciał go zabrać, ale dał mu tylko kluczyki i syn wrócił sam (ojciec był już po­dobno mocno pijany). O 22 zadzwonił po syna, a kiedy ten pojechał nad Zalew, okazało się, że miał tylko zawieźć ojca i jego towarzystwo 200 m dalej (nawet syna nie przepro­sił). Wrócił o 23 pijaniusieńki, zasnął przy stole, musieli­śmy go kłaść do łóżka".

„Kolejny dzień - prosto z pracy do baru".

„Nasze urodziny - nie pił, przepraszał (...)".

„Wtorek - (.) wrócił wieczorem i kiedy podczas wy­miany zdań rzuciłam, że to już nie jest jego dom (bo on go nie traktuje jak dom), kazał synowi przynieść z piwnicy na­miot, wyciągnął śpiwór i obrażony chciał iść spać do lasu (czemu tam?). Pijany jest coraz bardziej nieobliczalny".

„Środa - jestem chora, z domu dzwoniłam do niego do pracy, żeby wracając, kupił mi jakieś lekarstwa. Kupił, ale nawet nie chciało mu się przynieść ich do domu - zostawił samochód i poszedł prosto do baru".

„Czwartek - umówiliśmy się, że pojedziemy dziś na groby, oczywiście nie ma go. O 16 dzwoni z pracy, ale słyszę, że ju ż jest pijany, więc jedziemy z synem sami, choć jeszcze mam temperaturę. Kiedy po powrocie wyrzucam mu, że kolejny raz nas zawiódł, wpada we wściekłość i ma pretensje do mnie. Syn staje w mojej obronie i pierwszy raz uczestniczy w naszych rozmowach (.). Sytuacja jest poważna, pierwszy raz pada słowo «separacja». Mąż zadaje mi cios poniżej pasa, twierdząc, że wszystko to moja wina, «bo sześć stosunków w roku go nie satysfakcjonuje». Syn musi tego wszystkiego wysłuchiwać".

Na koniec mam prośbę: zamknij oczy i wyobraź sobie, że stoję przed Tobą, a Ty walisz mnie pięścią w twarz tak mocno, że wpadam tyłem do wanny, odkręcasz zimną wo­dę i lejesz mnie z prysznica - długo, bo przecież nie umiem się wydostać. Ja płaczę, a Ty lejesz. Potrafisz to zobaczyć na trzeźwo?

***

.Pierwszy kontakt z alkoholem miałem w wieku 18 lat. Uczyłem się w technikum. Czteroosobową paczką po­jechaliśmy pod namiot na Mazury. Tam obchodziłem tzw. osiemnastkę. Pierwsza żubrówka w moim młodzieńczym wieku, kilka piw i niewiele brakowało, a wypadłbym z ło­dzi, która na szczęście była zakotwiczona przy brzegu.

W czasie edukacji miały miejsce pierwsze prywatki. Pie­niędzy nie było zbyt wiele. Codziennie dostawałem od ma­my kieszonkowe na słodkie bułki itp. Oszczędzałem na ich zakupie, by móc odłożyć parę groszy na kolejną prywatkę. Były one bardzo skromne, jak na tamte czasy przystało. Kawa, paluszki i kilka butelek zwykłego wina. W zasadzie nie chodziło o picie, a przede wszystkim o tańce, muzykę i podryw. W roku 1979 zdałem maturę, wypiliśmy po kilka piw i nasze drogi się rozeszły. Pracę zacząłem w „Ursusie" w Warszawie. Mieszkałem na stancji, którą zresztą opłacał zakład pracy. Nie piłem. Wkrótce otrzymałem powołanie do wojska. Był rok 1980. Szkółka podoficerska trwała 6 miesięcy. Ze stopniem kaprala wylądowałem w Jarosławiu. Stan wojenny to ciężkie czasy i ciężko było zdobyć cokolwiek, nie wyłączając alkoholu. Ten pojawiał się tylko wtedy, gdy bywałem na urlopie. Po zakończeniu służby powróciłem do dawnej firmy. Tym razem zamieszkałem w hotelu pracowniczym. Różni ludzie, różne charaktery. Okazji do wypicia było mnóstwo. Codziennie ktoś miał ochotę na kielicha. W pokoju wraz ze mną mieszkał pe­wien góral, który kiedyś powiedział mi: „Pamiętaj, Rysiek, że jeżeli jest potężna ulewa, to krople spłyną po skalistych głazach i nie pozostawią na nich śladu, ponieważ ulewa zazwyczaj nie trwa w nieskończoność. Jeżeli natomiast kropla po kropli będzie drążyć skałę, to w końcu wyżłobi w niej otwór". Dostosowałem się do tej zasady, była ona przez pewien czas moją dewizą. Sądziłem, że jeżeli mam iść na jedno lub dwa piwa, to wolałem siedzieć w pokoju, w moim mniemaniu była to tylko strata pieniędzy, brak szumu w głowie (a przecież pijąc, o to mi chodziło). Na­tomiast kiedy szykowała się impreza, w której alkoholu miało być pod dostatkiem, chętnie do niej dołączałem.

Wrócę na chwilę do momentu, w którym kończyłem służbę wojskową. Będąc na przepustce (po cywilne ciuchy), poznałem moją obecną żonę. W rok po wyjściu z wojska wzięliśmy ślub. Układało się nam bardzo dobrze. Dostali­śmy mieszkanie. Potrzebowaliśmy pieniędzy na umeblo­wanie.

Pracowałem w państwowym zakładzie i zarabiałem do­brze. Któregoś dnia zjawił się gość, który zaproponował mi pracę u siebie, w zakładzie prywatnym. Pensja miała być o 50% wyższa i była. Po rozmowie z żoną doszliśmy do wniosku, że trzeba wykorzystać nadarzającą się oka­zję. W tym okresie mój kontakt z alkoholem ograniczał się do imprez typu imieniny lub urodziny. Po przyjściu do nowej firmy wszystko zaczęło się zmieniać. Pracowałem dłużej, ale pieniędzy również miałem znacznie więcej. Były lata 80. O alkohol było ciężko. Kończyliśmy pracę o 16. O tej godzinie nie można było kupić już alkoholu w żadnym barze, a tym bardziej w sklepie. Braliśmy tary­fę i jeździliśmy po restauracjach, w których można było jeszcze coś wypić. Pieniędzy mi nie brakowało. Miała je żona, miałem je również ja. W każdy weekend szef zapra­szał nas na obiad do drogich restauracji i zakrapialiśmy go drogimi trunkami. Były dancingi, a więc tańce, muzy­ka na życzenie (oczywiście za odpowiednią zapłatą). Takie rozrywkowe życie zaczęło mi się podobać, zaczęło mnie wciągać. Bywały dni, w których nie wracałem do domu na noc, tłumacząc się przed żoną, że była awaria w pracy itp. Do dzisiaj nie wiem, czy wierzyła, jeżeli tak, to chyba tylko początkowo. Moje picie tłumaczyłem sobie tym, że dobrze zarabiam, żona ma wystarczająco dużo pieniędzy, ciężko pracuję, więc mogę się rozerwać i zabawić. W roku 1984 urodziła nam się pierwsza córka, a w roku 1986 druga. W międzyczasie wyjechałem do pracy w Czechosłowacji. Kiedy zobaczyłem, że tu można kupić piwo nawet w pracy, doznałem szoku. Dla mnie to był raj. Przez myśl mi nie przeszło, że mogę się uzależnić od piwa. Czesi traktowali je jak każdy inny napój. Codziennie wypijałem ich kilka, a czasami kilkanaście. Po dwóch latach wróciłem do Pol­ski i już bez piwa żyć nie umiałem. Żona zauważyła, że dzieje się ze mną coś niedobrego, wysłała mnie na kurs prawa jazdy, kupiliśmy samochód. Ona i ja wierzyliśmy, że będzie on w pewien sposób hamulcem w moim piciu.

1 był, tyle tylko, że nie do końca. Zmieniłem pracę. Jeź­dziłem do pracy trzeźwy, pracowałem trzeźwy, po pracy podjeżdżałem pod dom, parkowałem i pierwsze kroki kie­rowałem do sklepu, żeby kupić piwo lub dwa. To stało się ju ż tradycją, normą. Nawet wtedy, gdy nie miałem na nie ochoty, szedłem je kupić. Dzisiaj wiem, że choroba alko­holowa rozwijała się w zastraszającym tempie. Zmieniłem auto na nowe z salonu. Żona prowadziła sklep spożywczy. Dowoziłem towar. Pracowałem w swojej firmie. Czas mia­łem wypełniony, czasem go nawet brakowało, ale zawsze znalazłem odrobinę na alkohol. Mniej lub więcej, ale był. To były lata, w których dominowała praca.

Miałem ten komfort, że dziećmi opiekowała się moja teściowa, którą zawsze będę wspominał i innym dawał za wzór. To ona gotowała, prała, sprzątała, odprowadzała córki do szkoły, prowadziła do kościoła, uczyła dobroci i szlachetności. Zastępowała w pewnym sensie ojca, który dla nich nie miał czasu. To była kobieta, która (nie licząc mojej mamy) widziała u mnie nie tylko wady, ale również zalety.

Przyszedł czas, że firma zaczęła nieco gorzej prospe­rować. Pojawiły się pierwsze zwolnienia grupowe, ja „za­łapałem" się w drugiej turze. Dostałem odprawę. Od tej pory nie mogłem się odnaleźć. Pieniądze były na koncie, miałem dużo wolnego czasu. Codziennie wybierałem kil­kadziesiąt złotych z banku. Czasami więcej, w zależności od zapotrzebowania. Wystarczyło pół roku i konto było czyste. Znalazłem pracę poza miejscem zamieszkania. Fir­ma opłacała mi hotel. Po pracy kupowałem kilka piw, sia­dałem przed telewizorem, rozwiązywałem krzyżówki bądź też czytałem książki. Po dwóch latach powróciłem do do­mu. Z dnia na dzień dostałem pracę w Częstochowie. Za­robki były koszmarnie niskie, przestałem pić. Abstynencja moja trwała pół roku.

Po rozmowie z żoną doszliśmy do wniosku, że muszę szukać pieniędzy w innych firmach. Znalazłem pracę koło Częstochowy. Trudno się aklimatyzuję. Pierwsze dni były trudne. Znajomi z pracy to była stara paczka - a ja nowy.

Po pracy skręcali w boczną uliczkę, a ja maszerowałem na przystanek autobusowy. Po dwóch tygodniach wiedzia­łem, w czym rzecz. Wszyscy chodzili do sklepu na piwo i wódkę. Omawiany był przy okazji każdy kolejny dzień pracy. Było wesoło. Dołączyłem do towarzystwa. I już praktycznie nie było dnia, żebym nie wypił piwa. Po pi­wie niejednokrotnie była składka na wódkę. Żona wracała z pracy o 20, więc mogłem sobie pozwolić na wypicie jed­nego czy dwóch piw, nim otworzę drzwi do domu. Próbo­wałem coś ugotować, trochę posprzątać i z obawą czekać na jej powrót. Gdy byłem słaby, zmęczony, dzwoniłem do szefa po urlop. Zamiast wypoczynku serwowałem sobie kolejne piwa. Piwo i telewizor. I tak dzień po dniu. To był mój sposób na życie. Rozmowy na temat mojego picia przeprowadzone ze mną przez żonę i córki doprowadzały mnie do histerii.

Miałem całkiem inne zdanie na ten temat. Nie chcąc go ciągnąć w nieskończoność, wychodziłem z domu na piwo i papierosa. Pomagało na chwilę.

Kiedyś, gdy dzieci były małe, całą gromadką chodzili­śmy w niedzielę do kościoła. Czas biegnie szybko. Cór­ki dorosły. Każda z nich, włącznie z żoną, wybrała swoją mszę o określonej porze. Ja wybrałem poranną. Niedzie­lę miałem zaplanowaną perfekcyjnie. Wstawiałem rosół i wychodziłem do kościoła na mszę.

Wdrożyłem w życie maksymę: co boskie - oddaj Bogu, a co cesarskie - cesarzowi. Ewangelia i kazanie w kościele, pozostałe pół godziny spędzałem przy piwie. Potem na­stępował powrót do domu. Zjadłem rosół tak szybko, jak tylko mogłem, żeby tylko nie było czuć oparów alkoholo­wych. Żona wychodziła do kościoła, a ja na kolejne piwo. Wyjeżdżała odwiedzić swoja matkę, a ja znów na kolejne piwo. Niedziela jak każda inna. Zamknięte koło.

Kobiety, z którymi żyję pod jednym dachem, któregoś dnia miały mnie dosyć. Przydzielono mi kuratora. Nic so­bie z tego nie robiłem, miałem kilkudniowe przerwy w pi­ciu, ale potem czułem się tak silny, że byłem przekonany, iż problem alkoholowy nie dotyczy mojej osoby. Sądziłem, że są gorsi ode mnie. Stosunki na linii ja - córki oraz ja - żona zdecydowanie się poprawiły. Mogłem sobie spokoj­nie wypić piwko. Sądziłem, że nic się nie stanie. A jednak się stało. Pociągło mnie. Przyszło wezwanie do sądu. Nie poszedłem. Poszła żona. Sąd zaocznie skierował mnie na leczenie w Parzymiechach. Teraz nie mogłem spać ani pracować. Wydawało się, że w każdej chwili ktoś z policji wejdzie do mojego domu albo, co gorsza, wyciągną mnie z firmy na oczach całej załogi i wepchną do radiowozu. To była męczarnia. Myślałem o jednym - kiedy mnie zawiozą na odwyk. Nawet już piwa nie wystarczały. Któregoś dnia podjąłem decyzję. Jadę. W podróży towarzyszyła mi żona. W marcu 2007 r. ukończyłem terapię. Czułem się świet­nie. Jestem „gościem" (takie miałem o sobie mniemanie). W dwa dni po powrocie do domu zjawiłem się w firmie i z nowymi nadziejami i siłami rzuciłem się wir pracy. Nikt w pracy nie wiedział, że byłem na terapii, nawet szef, któ­remu powiedziałem, że wyjeżdżam za granicę, aby trochę dorobić. Dzień po dniu musiałem odmawiać kolegom, któ­rzy starym zwyczajem po skończonej pracy szli na piwo i inne trunki. Wychodziłem wcześniej lub późnej, mówi­łem, że mam ważną sprawę do załatwienia itp. Któregoś dnia pod ich namową zdecydowałem, że z nimi pójdę. Za­mówiłem napój bezalkoholowy. Rozmowa się nie kleiła. Poszedłem sam na autobus. Chciałem zaznaczyć, że moja abstynencja trwała już siedem miesięcy. Następnego dnia poszedłem z nimi również, wziąłem piwo i było o wiele le­piej. A potem już poleciało. Któregoś dnia, a był to piątek po czwartkowym piciu, wstałem, jak co dzień, do pracy. Po drodze pomyślałem sobie, że wstąpię do sklepu i kupię piwo na lepsze samopoczucie. Po pierwszym było drugie. Doszedłem do wniosku, że jestem za słaby i do pracy się nie nadaję. Ten dzień odpuściłem. Następne również. Mia­łem pieniądze, więc piłem dalej.

Któregoś dnia pojechałem do firmy po świadectwo pra­cy. Szefowi powiedziałem, że odchodzę z firmy ze względu na małe zarobki. Sądzę, że szef znał mój problem. Na boku powiedział mi, żebym doszedł do siebie i nieco się opano­wał. Wypłacił mi pozostałe należności i wypisał świadec­two na zasadzie porozumienia stron. Dostałem od szefa pieniądze, więc piłem dalej. Codziennie czekałem tylko na moment, kiedy żona wyjdzie do pracy. Wychodziłem za nią, tylko że moje drogi wiodły zupełnie gdzie indziej. Piłem mniej lub więcej, ale praktycznie codziennie. Uża­lałem się nad sobą, gdy byłem na rauszu, i nienawidziłem siebie w momentach trzeźwienia, zdawałem sobie sprawę, że zniszczyłem córkom dzieciństwo i wiek młodzieńczy. Nie potrafiłem im powiedzieć, że ciągle je kocham. Bałem się powiedzieć słowa „przepraszam", bo wiem, że tym sło­wem nie naprawię tylu przepitych lat. Żal mi było mojej żony, to dobra dziewczyna. Bardzo ją kocham, bardzo mi na niej zależy. Ślub z alkoholem, który wziąłem również bardzo dawno temu, był - jak się okazuje - trwalszy od tego kościelnego z żoną.

Chciałbym odzyskać zaufanie moich dziewczyn. De­cyzję o terapii podjąłem w momencie, gdy mój organizm był skrajnie wyczerpany. Bezsenność, brak apetytu spo­wodowały, że bez picia słaniałem się na nogach, chociaż skłamałbym, gdybym powiedział, że walczyłem do końca. Któregoś dnia żona zaproponowała mi ośrodek w Gorzy­cach, który ktoś jej polecił. Jeszcze próbowałem sobie i jej wytłumaczyć, że sam wszystko doprowadzę do porządku, ale to były pijane nadzieje. Oczekując na termin przyjazdu do Gorzyc, jeszcze sobie popijałem, ale to moje picie koń­czyło się na dwóch, trzech piwach.

Organizm miałem tak wyczerpany, że z trudem wcho­dziłem do domu. Problem alkoholowy mnie przerastał. Nadszedł dzień, w którym wraz z żoną jako towarzyszką podróży znalazłem się w ośrodku z nadziejami, że pomo­że mi wyjść z tego obłędu i pozwoli przeżyć kolejne lata w trzeźwości.

Deon.pl

Miłość to wybór. O terapii współuzależnień
Robert Hemfelt, Paul Meier, Frank Minirth




Kup teraz


Dowiesz się, na czym polega współuzależnienie i w jaki sposób może dotyczyć również Ciebie?
Poznasz 10 sposobów na rozpoznanie współuzależnienia
Odkryjesz, jak przełamać cykl współuzależnienia przechodząc przez 10 etapów procesu uzdrowienia
Dowiesz się, jak budować zdrowsze i wolne od współuzależnienia relacje z ludźmi

Być może nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak zranienia i niespełnione potrzeby emocjonalne z dzieciństwa wpływają na Twoje obecne relacje z ludźmi. Czy zastanawiałeś się, jak często Twoje relacje mają więcej wspólnego ze wzajemnym uzależnieniem niż z prawdziwą wolnością i miłością... Być może czujesz, że w Twoim życiu często obecna jest bolesna zadra, powodująca niewypowiedziane cierpienie i nieszczęście. Nieustannie starasz się wypełnić tę wielką, emocjonalną pustkę wewnątrz siebie. Próbując to zrobić, łatwo możesz wpaść w pułapkę uzależnienia od innych ludzi, alkoholu, narkotyków, pieniędzy, seksu, pracy.

Ten stan to współuzależnienie. Szacuje się, że z powodu problemów współuzależnienia cierpi nawet jedna trzecia ludzkości.

Czy współuzależnienie jest korzeniem Twojego nieszczęścia? Jeśli tak, to czy możesz w jakiś sposób się go pozbyć, aby ulżyć cierpieniu?

Autorzy tej książki, doświadczeni psychoterapeuci, opracowali dziesięciostopniowy program terapii uzależnień i współuzależnień. Pomógł on już tysiącom ludzi w Stanach Zjednoczonych. Teraz może pomóc również Tobie i Twoim bliskim.

Czytając tę książkę, masz szansę przełamać krąg współuzależnienia w Twoim otoczeniu i we własnych relacjach. Dzięki lekturze tej książki zobaczysz siebie w nowym świetle i nauczysz się budować odpowiedzialne, głębokie i pełne wolności związki z ludźmi. Sięgnij po nią już teraz i wyzwól się od współuzależnienia!

Robert Hemfelt - psycholog, oraz Frank Minirth i Paul Meier - psychiatrzy i absolwenci teologii, pracują w jednej z największych klinik psychiatrycznych na świecie - Minirth-Meier w Dallas (Teksas). Stworzyli autorski, dziesięciostopniowy program terapii uzależnień i współuzależnień. Opublikowali wiele książek na temat współuzależnienia.

FRAGMENT:

Gladys Jordan przycupnęła na krawędzi krzesła gotowa do ucieczki. Na przemian to splatała, to rozplatała zdeformowane palce, czasem tylko przerywając na chwilę tę czynność, by zdjąć z czoła spadający na oczy, siwiejący kosmyk włosów, po czym znów powracała do niespokojnej pracy dłoni. Akta podawały wiek: 53 lata. Wyglądała na 65.
Na krześle obok niej siedział mąż, John, ze skrzyżowanymi rękoma, lekko pochylony do tyłu, z grymasem na twarzy. Krępy, silny mężczyzna, nic gruby, ale laki co to lubi dobrze zjeść. Zmarszczki wokół oczu i opalenizna zdradzały z górą pięćdziesięcioletni staż pracy na świeżym powietrzu. Był przedsiębiorcą o doskonałej reputacji, zawsze na miejscu, zawsze na czas.
— Jestem tutaj, ponieważ Gladys chciała, bym przyszedł - oświadczył. — Nic sądzę, aby psycholog mógł pomóc. Jest na to za późno.
John Jordan nie okazał słabości.
W klinice Minirth-Meier, mając za sobą lata doświadczeń, dobrze rozumiemy niewypowiedziane obiekcje kryjące się za obronną postawą Johna Jordana, stąd też zaczęliśmy ostrożnie:
- Możesz mieć poczucie, że wizyta u nas to pomyłka. Szukanie pomocy u psychologa czy psychiatry często postrzegane jest jako słabość i nieumiejętność poradzenia sobie z trudną sytuacją; a może brak ci zdrowego rozsądku, przecież tym zajmuje się psychologia W końcu zdrowi ludzie potrafią kontrolować swoje postawy i emocje. Czy o to chodzi?
— Tak
John, wiem, że zbudowałeś swoją firmę od zera. Zacząłem zaraz po szkole średniej, miałem tylko jedną używaną ciężarówkę.
— Ile pojazdów masz dzisiaj?
Siedem ciężarówek, dwie wywrotki, parę furgonetek, ładowarkę i koparkę.
W głosie Johna słychać było wyraźną dumę — usprawiedliwioną, zdrową dumę.
Ach tak. Szkoda, że nie jesteś silniejszy. Gdybyś był wystarczająco silny, nie potrzebowałbyś tych wszystkich kosztownych narzędzi Mógłbyś przenosić ładunki samodzielnie, wyrównywać teren szuflą.
Twarz Johna mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Jej wyraz coraz to się zmieniał, przechodząc od zmieszania poprzez nagłe olśnienie (Aha! Więc o to chodzi! Światełko zabłysło) aż po szelmowskie iskierki w oczach. Dla nas był to pierwszy słaby sygnał, że być może jego wrogość nieco łagodnieje, jednak iskra szybko zniknęła.
— Wiem, co chcesz powiedzieć, że niby poradnictwo to narzędzie, ale i ono nic nie zmieni. Gdybym tylko mógł sam sobie wmówić, że to ma sens, albo gdybym miał większą wiarę — to nie byłoby nas tutaj.
- To nie jest tak. Nie można poruszyć góry za pomocą słowa; potrzeba narzędzi; nie dlatego, że brak nam wiary, ale dlatego, że tak właśnie, tu na ziemi, robi się te rzeczy. Chcemy pomóc tobie i twojej żonie poruszyć górę.
— Gladys — zwróciliśmy się do żony - trzydzieści jeden lat małżeństwa, troje dzieci — dwóch synów i jedna córka. Domyślam się, że wszyscy już na swoim. Co robią twoje dzieci?
Głos Gladys drżał, mówiła ze ściśniętym gardłem, cała roztrzęsiona
— John junior ma licencjat z narządzania i założył pralnie chemiczną. Mówi, że ma dużo pracy i mało czasu, ale idzie mu bardzo dobrze. Marsha jest pielęgniarką w Pogotowiu św. Józefa. Lubi, jak coś się dzieje. Świetnie radzi sobie w sytuacjach stresowych. No i James... — tu zwilżyła usta. — On ma pewne problemy, ale w tej chwili jest na odwyku i wszystko będzie dobrze.
— John, rozumiemy, że wiara jest bardzo ważna dla was obojga. Rozwód nie jest brany pod uwagę, czy tak? Moglibyście rozważyć morderstwo, ale nie rozwód.
Kąciki ust niezależnego przedsiębiorcy uniosły się w górę, bardziej jednak w grymasie aniżeli uśmiechu.
— Dobrze to ujęliście — grymas na twarzy Johna zmienił się nagle w prawdziwą łagodność. Niezgodność charakterów, różnice, których nie daje się pogodzić, to my, od zawsze. Małżeństwo powinno być zaaranżowane w niebie. Nasze nie jest! Gdybyśmy mogli wybrać rozwód — jedno z nas już dawno by odeszło.
Gladys zacisnęła usta.
— Gdybyśmy mieli wybór...
Nagle posmutniała, a jej ręce wykonywały wciąż te same nerwowe ruchy — wyglądała, jakby znalazła się w potrzasku.
— John nie słucha. W ogóle nie stara się usłyszeć tego, co mam do powiedzenia. To takie beznadziejne, ciągle walić głową w mur.
John zaoponował:
— Ona nie stara się dogadać. Rozmowa to dyskutowanie o dobrych i o złych rzeczach. A ona wszystko krytykuje. W jej oczach jestem kimś, kto nie potrafi nic powiedzieć czy zrobić dobrze. Cokolwiek jej daję, ona chce więcej albo co innego. Nigdy nie jest to właściwa rzecz, nigdy też wystarczająco dobra.
Życie małżeńskie Jordanów nie było usłane różami. Ciągłe kłótnie zniszczyły szczęście domowego ogniska. Oto na krzesłach w odległości półtora metra od siebie siedzi dwoje bohaterów prawdziwej tragedii: dwoje dobrych, szczerych ludzi, którzy chcą tylko wzajemnie się kochać, ale nie potrafią albo nie mogą.




Zagrożeni alkoholem, chronieni miłością
Ks. Marek Dziewiecki



Kup teraz

Ta książka nie mówi o alkoholu, lecz o człowieku w obliczu alkoholu. Kto nadużywa alkoholu, ten zastawia na siebie kuszącą pułapkę, gdyż obiecuje sobie łatwe szczęście.

To nie alkohol jest dla nas zagrożeniem, lecz nasza własna słabość. Właśnie dlatego znaczna część ludzi nie ma problemów ani z alkoholem, ani z innymi substancjami psychotropowymi – jak narkotyk czy nikotyna. Tego typu substancje stają się chorobliwie atrakcyjne jedynie dla tych ludzi, którzy nie radzą sobie z twardą rzeczywistością i którzy w związku z tym próbują uciekać od realiów życia z “pomocą” substancji, które zawężają i zniekształcają naszą świadomość i nasze stany emocjonalne.

Być człowiekiem, to być kimś zdolnym do życia w radości i wolności. To umieć myśleć, kochać i pracować. Ale być człowiekiem to jednocześnie być kimś zagrożonym. Człowiek jest zagrożony przez ludzi egoistycznych i niedojrzałych, ale także przez samego siebie, czyli przez własną naiwność i słabość. Dramatycznym zagrożeniem są uzależnienia, bo one oddalają nas od wolności, prawdy i miłości. Kto sięga po alkohol w wieku rozwojowym albo nadużywa alkoholu w dorosłym życiu, ten zastawia na siebie najbardziej podstępną pułapkę, jaką człowiek może zastawić na samego siebie. Pułapką tą jest obietnica łatwego szczęścia, a zatem szczęścia osiągniętego bez wysiłku i czujności, bez miłości i odpowiedzialności, bez dyscypliny i stawiania sobie twardych wymagań.

Niniejsza publikacja, napisana językiem dostępnym dla każdego, jest owocem spotkań autora z ludźmi uzależnionymi oraz z ich współcierpiącymi rodzinami.
To instrukcja postępowania w obliczu problemów alkoholowych. To zestaw reguł, dzięki którym staje się możliwa skuteczna obrona przed krzywdą wtedy, gdy przychodzi nam żyć w bliskim kontakcie z osobami uzależnionymi. To także zestaw reguł postępowania wobec ludzi dotkniętych chorobą alkoholową, dla których jedyną szansą na wyzwolenie się z uzależnienia jest terapia mądrej miłości, czyli doświadczenie miłości dostosowanej do ich sytuacji i zachowania. Ta książka nie daje łatwych recept na rozwiązywanie problemów alkoholowych i na wychowanie młodego pokolenia w trzeźwej wolności. Daje natomiast recepty prawdziwe, czyli te, jakie interesują ludzi dojrzałych i mądrych.

Rozdział pierwszy ukazuje wielkość i jednocześnie słabość człowieka, który potrafi w tak niedojrzały sposób korzystać z własnej wolności, że może ją zupełnie stracić. Rozdział drugi to opis mechanizmu, który staje się początkiem wszelkich uzależnień. Mechanizm ten to zawężenie i zniekształcenie pragnień, marzeń, ideałów i aspiracji. Kolejny rozdział prezentuje opis mechanizmów choroby alkoholowej. Znajomość tych mechanizmów umożliwia zajęcia dojrzałej postawy wobec osób uzależnionych. Tego złożonego zagadnienia dotyczy rozdział czwarty. Następny rozdział ukazuje fazy trzeźwienia i wyzwalania się z choroby alkoholowej oraz sposoby przezwyciężania bolesnych skutków tej choroby. Szósty rozdział dotyczy zasad wychowania dzieci i młodzieży w abstynencji i w dojrzałej wolności po to, by następne pokolenie nie stało się ofiarą epidemii alkoholizmu. Ostatni rozdział jest poświęcony modlitwie, która pomaga, gdy wszyscy i wszystko już zawiodło. Zawiera także Drogę Krzyżową dla osób uzależnionych i ich rodzin. Książka wzbogacona została o Materiały praktyczne. Znajdziemy wśród nich m.in. adresy grup AA (Anonimowych Alkoholików), refleksje i modlitwy.

Niniejsza książka, napisana językiem dostępnym dla każdego, jest owocem spotkań autora z ludźmi uzależnionymi oraz z ich współcierpiącymi rodzinami. Pierwszymi adresatami tej publikacji są najbliżsi krewni osób, które nadużywają alkoholu lub które znalazły się już w zaawansowanej fazie alkoholizmu. Publikacja ta jest adresowana również do wszystkich wychowawców: rodziców, nauczycieli, pedagogów, psychologów, księży, katechetów i profilaktyków uzależnień, a zatem do tych, którzy podejmują trud wychowania dzieci i młodzieży w odpowiedzialnej wolności, która prowadzi do trwałej radości życia.

Modlitwa dla alkoholików



Kup teraz


Ojcze Niebieski, jestem chory. Dałeś mi życie i zdrowie, ale przez nadużywanie alkoholu zniszczyłem Twoje dary i straciłem swoją wolność. Dużo ludzi cierpi przeze mnie, a inni dają mi odczuć, że nie jestem w porządku. Chciałbym być zdrowy, ale każde nowe postanowienie daje mi dodatkowe doświadczenie mojej słabości i niemocy. Wiem, że potrzebuję leczenia, a jednak boję się jego wymagań. Dużo ludzi mną pogardzą i tak samo boli obojętność innych. Nie widzę ratunku, jeśli Ty nie pomożesz.

Dziękuję Ci, Panie Jezu, za Twoją Najdroższą Krew. Wicie razy plamiłem moje sumienie, straciłem zdrowie, pieniądze, przyjaciół i honor - a jednak przez Twoją Krew zawsze pozostawała mi godność człowieka, za którego umarł Syn Boży. Jedynie Twoja Krew daje mi nadzieję i odwagę nowego rozpoczęcia. Panie, ratuj moje życic, ratuj moją rodzinę, moich przyjaciół. Przyjmij moją słabość i nicość i wypełnij ją do końca swoją Najdroższą Krwią. Przebaczając tym, którzy Ciebie przybili do krzyża, dałeś nadzieję także mnie. Pragnę zmartwychwstać z Tobą i przyjąć Twojego Ducha, aby stać się nowym człowiekiem.

Duchu Święty, wypełnij moje serce, abym był pokorny. Własnymi siłami nie mogę się leczyć. Potrzebuję pomocy od innych, potrzebuję prawdy, wspólnoty i wytrwałości, potrzebuję nowej radości życia i wiary, która jest Twoim darem. Umacniaj mnie we wszystkich pokusach i kryzysach i pomóż mi pomagać innym.




Kiedy obietnice Programu 12 Kroków AA zaczęły realizować się w moim życiu?




- kiedy się poddałem i przestałem walczyć

- kiedy uwierzyłem, że Bóg jest w stanie uzdrowić mnie od obsesji picia

- kiedy zauważyłem, że żyjąc uczciwie, moje życie zmienia się w każdej sferze

- kiedy przestałem okłamywać samego siebie, największej destrukcyjnej siły w procesie mojego zdrowienia

- obietnice AA zaczęły się realizować od samego początku i realizują się cały czas

- od momentu zaakceptowania siebie jako alkoholika.



Czy będąc alkoholikiem do końca życia, mogę zdrowo żyć?




- tak, mogę żyć zdrowo pod warunkiem, że nigdy nie zapomnę, kim jestem

- tak, jeśli będę realizował w życiu codziennym Program 12 Kroków

- nigdy nie zapomnę, że jest Bóg, i że On decyduje o efektach mojej pracy nad sobą





Jak dbam o uzyskane zdrowie?




- poprzez kontakt z innymi zdrowiejącymi alkoholikami

- dzielenie się doświadczeniem i korzystanie z doświadczeń innych

- realizację 12 Kroków każdego dnia

- poprzez regularne wizyty u lekarzy, higieniczny tryb życia dbam o zdrowie fizyczne

- pogłębianie wiedzy o chorobie alkoholowej, sposobach i metodach radzenia sobie z nią

- czytanie literatury na ten temat



Czy stosując Program 12 Kroków powróciłam/powróciłem do zdrowia?




- tak, wiara w Siłę Wyższą przywróciła mi zdrowie

- zaufanie Bogu (jakkolwiek Go pojmuję) i uporządkowanie własnego życia, to warunki zdrowienia z alkoholizmu

- badanie samego siebie, modlitwa i medytacja, odpowiedzialność i gotowość do zmian dają zadowolenie i radość

- planuję nie pić 24 godziny, poza tym funkcjonuję normalnie

- powierzenie Bogu i zwrócenie się do Niego w pokorze, aby usunął moje braki, spowodowały moją przemianę wewnętrzną

- z pomocą Boga zacząłem odróżniać chore myślenie od zdrowego, dobro od zła, odbudowywać kontakt ze światem zewnętrznym, moje życie w sferze moralnej, umysłowej i duchowej zostało uzdrowione

- największym szczęściem jest to, że Bóg uwolnił mnie od obsesji picia, a największym darem, jest dla mnie życie i zdrowie, jakie realizując kroki 1-9 odzyskałem



W jaki sposób przekazuję dalej posłanie AA?


- przez służbę, propagowanie warsztatów Kroków i Tradycji, także zagranicą

- uczestnictwo w mityngach na detoksach i odwykach

- poprzez własną postawę (w domu, środowisku, pracy) udowadniam, że program 12 Kroków działa skutecznie

- poprzez mityngi informacyjne

- poprzez współpracę z organizacjami religijnymi, społecznymi i terapiami

- poprzez literaturę i jej rozpowszechnianie

- przekazywanie własnych doświadczeń

- sponsorowanie

- poprzez udział w dyżurach PIK

- poprzez udział w mityngach w zakładach karnych, domach opieki społecznej

- poprzez współpracę z kuratorami sądowymi, pracownikami ośrodków pomocy społecznej, szkołami, a także policją.



Szukamy tych, którym wyrządziliśmy krzywdę


"Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim’’



,,Dokonawszy rzetelnego przeglądu wszystkich naszych stosunków z ludźmi i dostrzegłszy te cechy osobowości, które raniły innych i szkodziły im, teraz możemy zacząć szukać w pamięci konkretnych ludzi, którym wyrządziliśmy krzywdę.''

12/12 str 82



- Czy dostrzegam te cechy osobowości, które raniły innych i szkodziły im?




"Ruch AA nie jest religią w ścisłym sensie, choć zbliża się do niej i niektórzy krytycy opisują go jako religie przez zaprzeczenie. Nie jest to również organizacja chrześcijańska, choć takie ma korzenie. Słynne dwanaście kroków AA to oświadczenia o dużej mocy. Większość ludzi jest zaskoczona, że abstynencja nie jest jednym z nich.(...) Niezależność AA dobrze im służy, choć utrudnia bezstronne badanie skuteczności ruchu.(...)akceptacja - tylko pod jednym warunkiem, że alkoholicy chcą przestać pić - ma miejsce nawet wówczas, gdy inni ich odrzuca. Dlatego instytucja AA jest nazywana ostatnim domem na ulicy.,,
Armando Favazza - Religia i psychologia

Będę musiał się zmienić


"Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



"Wiedziałem, że aby odbudować swoje związki z ludźmi, będę musiał się zmienić. Chciałem nauczyć się żyć w harmonii ze sobą i innymi, tak aby móc żyć również w wolności emocjonalnej. Początek końca mojej izolacji - od ludzi i od Boga- nastąpił wtedy, gdy sporządziłem listę do Kroku Ósmego.''

Codzienne Refleksje str281/ 281




- Czy umiem dzisiaj żyć w harmonii ze sobą i innymi, tak aby móc żyć również w wolności emocjonalnej?



Na trzeźwą głowę


Według najnowszych danych Światowej Organizacji Zdrowia, Rosjanie stawiają alkoholizm na pierwszym miejscu na liście nurtujących ich problemów, dalej idą wzrost cen i walka z korupcją. Obecnie w kraju oficjalnie zarejestrowanych jest 1,7 miliona chorych na alkoholizm, jednak w rzeczywistości ta liczba jest o wiele większa.

„Ograniczenia w sprzedaży alkoholu już dają pożądane wyniki”, – twierdzi naczelny specjalista od leczenia narkomanii i alkoholizmu w kraju Jewgienij Briun. W minionym roku spożycie zmniejszyło się od 18 do 15 litrów na osobę. Zresztą, w dalszym ciągu wskaźnik ten pozostaje prawie dwa razy większy od wielkości uważanej za niepokojącą w myśl metodyki stosowanej przez Światową Organizację Zdrowia: ta liczba wynosi 8 litrów w skali rocznej. Natomiast każdy litr ponad tę granicę zabiera mężczyznom 11 miesięcy życia i 4 miesiące kobietom.

Jewgienij Briun proponuje w dalszym ciągu wywieranie sztywnego wpływu na rynek alkoholu i wprowadzenie, między innymi, ograniczenia na sprzedaż każdego napoju alkoholowego osobom w wieku poniżej lat 21. Przy tym naczelny specjalista do spraw narkomanii i alkoholizmu powołuje się na pozytywne doświadczenie kampanii antyalkoholowych krajów skandynawskich:

„Należy kształtować korelację stosunków wzajemnych na linii człowiek – alkohol – społeczeństwo. Dwa kierunki o znaczeniu strategicznym – to regulacja rynku produkcji alkoholowej i tytoniowej oraz obniżanie popytu na alkohol. Na regulację składają się cztery podstawowe zasady – jest to skrócenie miejsca, czasu, wieku i ceny. Czym jest obniżanie popytu? Ministerstwo zdrowia Federacji Rosyjskiej aktywnie tym się zajmuje. Rozbudowywane są ośrodki zdrowia, krajowa służba narkologiczna uczestniczy w informacyjnej propagandzie zdrowego trybu życia”.

„Chorych na alkoholizm w Rosji aktywnie poddaje się leczeniu i rehabilitacji”, - powiedział następnie Jewgienij Briun:

„Chory powinien konsekwentnie przejść przez szereg etapów: detoksykację, leczenie psychiatryczne, psychoterapię, rehabilitację. Jednak gdy chory odejdzie ze szpitala do otwartego społeczeństwa, to w każdym kiosku będą go kusić piwo, wódka i tak dalej. Jest to problem. Już od ponad 20 lat bardzo aktywnie rozwija się ruch alkoholików anonimowych i ich 12-etapowy program rehabilitacji. Staramy się naszych chorych ze szpitali nie wypuszczać donikąd, lecz włączyć ich do tej subkultury abstynencji”.

Jewgienij Briun upatruje korzyści grup alkoholików anonimowych w tym, że ich członkowie popierają siebie nawzajem, dzielą się przeżyciami, problemami oraz doświadczeniem w zakresie uwalniania się od tego nałogu. „Nie trudno jest zrezygnować ze spożycia napojów alkoholowych, natomiast pomóc w nauczeniu się życia bez alkoholu potrafią tylko ci ludzie, którzy sami przeżyli coś podobnego”, – uważa Jewgienij Briun.
Program „12 kroków” określa etapy złożonego procesu psychoterapii. Za jej pomocą ponad 2 miliony alkoholików na świecie prowadzi obecnie trzeźwy tryb życia, wspierając się nawzajem. Pierwsze stowarzyszenie anonimowych alkoholików w Rosji zostało zorganizowane w 1988 roku w Moskwie. Obecnie w kraju działa 375 grup w 129 miastach. Pracuje także Vesvalo – rosyjskojęzyczna on line grupa alkoholików anonimowych w Internecie. Nazwanie to jest tłumaczone z języka fińskiego na rosyjski jako „świeży pęd”. Jedynym warunkiem udziału w Vesvalo, zresztą, tak samo, jak we wszystkich innych grupach anonimowych alkoholików, jest dążenie do całkowitej rezygnacji z alkoholu.


źródło: Głos Rosji
poprawki stylistyczne Lapet

Karta Praw Każdej Jednostki Ludzkiej




Każdy ma prawo do:

1. myślenia – czasami – wyłącznie o sobie

2. proszenia o wsparcie psychiczne, gdy tego potrzebuje

3. krytycyzmu i wyrażania swojego protestu

4. własnych opinii i przekonań

5. błędów w dochodzeniu do prawdy

6. zwrócenia się do kogoś o pomoc w rozwiązaniu własnych problemów

7. mówienia: „nie, dziękuję”, „proszę mi wybaczyć, ale nie”

8. nie słuchania rad innych i pójścia własną drogą

9. samotności, nawet gdy inni potrzebują jego towarzystwa

10. własnych odczuć, nawet gdy dla innych są one bezsensowne

11. zmiany swojego zdania i sposobu postępowania

12. negocjowania zmian, gdy nie odpowiadają mu realia



Nigdy nie musisz:

1. być w 100% doskonały

2. iść za tłumem

3. cenić destrukcyjnych osób

4. prosić o coś ludzi nieżyczliwych

5. przepraszać za bycie sobą

6. pokazywać wszystkich swoich możliwości

7. czuć się winny za swoje pragnienia

8. uczestniczyć w niemiłych sytuacjach

9. rezygnować dla innych ze swojej tożsamości

10. podtrzymywać niekorzystnych związków

11. robić więcej niż pozwalają ci na to możliwości

12. robić czegoś, na co naprawdę nie masz ochoty

13. przystosować się do niezrozumiałych wymogów

14. dawać czegoś, czego nie chcesz dać

15. obciążać siebie za złe zachowanie innych

16. zapominać o sobie, bo inni tak chcą

-----------------------------------------------------------

Niniejszy katalog praw jednostki opracowała amerykańska organizacja PASA zajmująca się działaniami na rzecz ochrony praw człowieka.

Gotowość do zadośćuczynienia


"Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



,,Gdy zastanawiałem się nad podjęciem Ósmego Kroku, moja gotowość do zadośćuczynienia wyrosła z pragnienia uzyskania przebaczenia - od siebie i od innych.''

Codzienne Refleksje str 281



- Czy jestem gotowy zadośćuczynić?

- Czy moim pragnieniem jest uzyskanie przebaczenia?



Czy jestem gotowy zadośćuczynić?


"Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim

"

,,Gdy zastanawiałem się nad podjęciem Ósmego Kroku, moja gotowość do zadośćuczynienia wyrosła z pragnienia uzyskania przebaczenia - od siebie i od innych.''

Codzienne Refleksje str 281



- Czy moim pragnieniem jest uzyskanie przebaczenia?





Pytania najczęścej zadawane na spotkaniach poza AA


Pytania te opracowane zostały na podstawie wcześniej badań sondażowych. (Bardziej wyczerpujące odpowiedzi na wiele z nich znaleźć można w broszurze „44 pytania" oraz w innych pozycjach literatury AA).



Członkowie wspólnoty Anonimowych Alkoholików zawsze podkreślają stanowczo, że nie wypowiadają się w imieniu AA jako całości ale oczekuje się od nich, że udzielą odpowiedzi na te i inne jeszcze pytania, opierając się na swoim własnym rozumieniu i doświadczeniu, swoimi własnymi słowami.



1. Kim są Anonimowi Alkoholicy?

Preambuła przedstawia definicję najczęściej używaną. AA liczy sobie obecnie ponad 2 miliony członków, spotykających się w po¬nad 100 000 grup w 150 krajach.



2. Jak powstało AA?

Pewien makler giełdowy z Nowego Jorku, który przestał pić pod koniec 1934 roku, zdał sobie sprawę, że jego starania, by pomóc innym pijącym, pomagają jemu samemu trwać w trzeźwości. W 1935 roku podczas podróży służbowej do miasta Akron zetknął się z pewnym alkoholikiem, z zawodu chirurgiem. Gdy i on odzyskał trzeźwość, obaj zaczęli wyszukiwać innych alkoholików. Zapoczątkowany przez nich ruch rozszerzał się, a swą obecną nazwę zaczerpnął z tytułu książki „Anonimowi Alkoholicy" opublikowanej w 1939 roku.



3. Jak działa AA?

Głównie poprzez lokalne spotkania, podczas których alkoholicy pomagają sobie nawzajem w stosowaniu programu zdrowienia Anonimowych Alkoholików (patrz następne pytanie).



4. Czym jest Dwanaście Kroków?

Są to zasady oparte na konkretnych doświadczeniach pierwszych członków AA w procesie zdrowienia. Stanowią one nie tyle środek służący powstrzymaniu się od picia, lecz propozycję programu życia.



5. Co to jest otwarty mityng AA?

Jest to spotkanie grupy AA, w którym uczestniczyć może każdy - zarówno alkoholik, jak osoba nie będąca alkoholikiem. Prowadzący otwiera i zamyka mityng, a także przedstawia wypowiadających się (prawie zawsze są to członkowie AA, podobnie jak prowadzący). Opowiadają oni o swym życiu przed i po przystąpieniu do AA, mogą również dzielić się swymi indywidualnymi poglądami na temat programu AA.



6. Jak jest zorganizowane AA?

Wspólnota AA jest bardzo mało sformalizowana. Grupy wybierają osoby, które pełnią służbę - nie rządzą - w ograniczonym czasie. Każda grupa wybiera przedstawiciela mandatariusza, który bierze udział w spotkaniach intergrupy, a także w konferencjach regionu. Region wybiera delegatów do Służby Krajowej AA i Rady Powierników. Uczestnicy konferencji i powiernicy również służą wspólnocie, lecz nią nie rządzą.



7. Czym są Tradycje AA?

Są to proponowane przez AA zasady, które zapewniają trwanie i rozwój grup oraz całego AA, a także kształtują stosunki AA ze światem zewnętrznym.



8. W jaki sposób wstępuje się do AA?

Po prostu przychodząc na mityng grupy AA. Nowo wstępujący mogą zadzwonić lub napisać do Biura Służby Krajowej Anonimowych Alkoholików, do AA może go też skierować znajomy, krewny bądź profesjonalista zajmujący się alkoholikami. Decyzja o wstąpieniu należy jednak do samego alkoholika. Jedynym warunkiem uczestnictwa jest pragnienie zaprzestania picia.



9. Ile kosztuje członkostwo w AA?

Nic.



10. Z czego utrzymuje się AA?

Z dobrowolnych datków przyjmowanych wyłącznie od członków AA dzięki którym utrzymują się grupy oraz które pomagają utrzymywać krajowe i międzynarodowe służby AA.



11. Czy do AA należy dużo kobiet?

Kobiety stanowią około jednej trzeciej członków AA.



12. Jak skuteczne jest AA?

Ostatnie badania (przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie) wykazują, że alkoholik, który ma za sobą mniej niż rok trzeźwości w AA, ma 41 % szans na zachowanie jej przez następny rok; mający od jednego do pięciu lat trzeźwości - 86% szans, a ponad pięć lat - 92% szans.



13. Dlaczego wydaje się, że AA nic działa na niektórych ludzi?

AA działa na tych, którzy naprawdę chcą przestać pić i potrafią trwale uznawać to za swój główny cel.



14. Czy AA jest powiązane z jakimiś innymi organizacjami?

Nie. Ale wspiera inne działania na rzecz pomocy alkoholikom.



15. Czy AA jest wspólnotą religijną?

Nie. Do AA należą osoby wielu różnych wyznań, jak również agnostycy i ateiści.



16. Czy AA jest ruchem abstynenckim?

Nie. AA jako wspólnota nie zajmuje żadnego stanowiska w kwestii, czy inni ludzie powinni czy nie powinni pić. Członkowie AA po prostu wiedzą, że oni sami nie potrafią pić alkoholu w sposób kontrolowany i bezpieczny dla siebie.



17. Czym jest alkoholizm?

AA uważa, że alkoholizm nie jest przejawem upadku moralnego, lecz chorobą; chorobą postępującą, która zaostrza się, im dłużej się pije; nieuleczalną chorobą o trojakim charakterze - fizycznym, umysłowym i duchowym - która może być powstrzymana dzięki stosowaniu programu AA.



18. Kto to jest alkoholik?

Absolutnie każdy typ człowieka może cierpieć na tę chorobę, o czym świadczy ogromna różnorodność członków AA. Jeśli picie ma negatywny wpływ na życie człowieka w jakiejkolwiek sferze, a mimo to nie potrafi on zaprzestać picia, wówczas - tak twierdzi większość członków AA - jest on alkoholikiem.



19. Jakie są wczesne symptomy alkoholizmu?

a. Zaczynają ci się zdarzać luki w pamięci.

b. Stale pijesz więcej, niż zamierzałeś.

c. Przekonujesz się, że alkohol znaczy dla ciebie więcej niż dla innych ludzi.

d. Zaczynasz usprawiedliwiać przed sobą własne picie.

e. Zaczynasz klinować (pić od rana).

f. Zaczynasz pić w samotności.

g. Po wypiciu stajesz się wrogi wobec innych ludzi.

h. Zaczynasz chodzić na popijawy.

i. Czujesz głęboki, nieokreślony niepokój,

j. Czujesz ciągły głód alkoholu.

(Ten wykaz dziesięciu symptomów zaczerpnięto z materiałów opublikowanych przez Krajową Radę do spraw Alkoholizmu w Nowym Jorku.)



20. Jakiej pomocy może udzielić osoba nie będąca alkoholikiem?

Odpowiadając na to pytanie należy oprzeć się na rozeznaniu, czym zajmują się członkowie danej grupy. Jeśli na przykład są to profesjonaliści - lekarze, pielęgniarki, prawnicy, pracownicy opieki społecznej czy duchowni - wiadomo, że pijący alkoholicy lub ich krewni sami przyjdą do nich po pomoc.

Jeśli nie są to profesjonaliści, pijący alkoholik może być ich przyjacielem, znajomym, krewnym, sąsiadem itp. Albo też mogą podejrzewać, że sami mają ten problem.

Powinieneś zatem dążyć do tego, aby słuchacze zyskali poczucie swej ważności w roli „osoby trzeciej" - kogoś, kto dociera do pijącego alkoholika z informacją, że alkoholizm to choroba i że AA daje nadzieję na jej powstrzymanie.

Możesz również skierować swoich słuchaczy do miejscowej grupy rodzinnej Al-Anon. Grupy rodzinne Al-Anon nie są co prawda związane z AA, ale mają bardzo poważny udział w szerzeniu wiedzy na temat alkoholizmu i jego wpływu na rodzinę.

Oto kilka propozycji - możesz do nich dołączyć swoje - dla osób nie będących alkoholikami, które dzięki temu także mogą wnieść swój wkład...

a. Zaproponuj pijącemu alkoholikowi pomoc w nawiązaniu kontaktu z AA, udostępniając mu listę telefonów lub wskazując inne drogi - wyjaśniając

przy tym, że taki kontakt nie pociąga za sobą konieczności przystąpienia do AA.

b. Zaproponuj, że wraz z nim wybierzesz się na otwarty mityng AA - wyłącznie po to, by zorientował się, czym jest AA. Takie osoby są również mile widziane.

c. Wytłumacz mu, że tylko on sam jest w stanie ocenić, czy jest naprawdę alkoholikiem; zaproponuj mu spotkanie i rozmowę z kimś z AA, kto mógłby mu pomóc w wyjaśnieniu problemu.

d. Rozmawiaj z pijącym alkoholikiem używając jedynie sugestii, unikaj straszenia i zmuszania do czegokolwiek, jako że decyzja musi i może zostać podjęta jedynie przez samego alkoholika.

e. Postaraj się zyskać pełniejsze osobiste rozumienie AA przez uczęszczanie na otwarte mityngi AA oraz czytanie literatury AA, zwłaszcza książki „Anonimowi Alkoholicy". Warto tu wyjaśnić, że Wielka Księga jest powszechnie uznawana za podstawowy tekst AA. Została opublikowana w 1939 roku, drugie wydanie miała w 1955 roku, trzecie w 1976 roku, a czwarte w 2001 r. W 2004 r. ukazało się II polskie wydanie Wielkiej Księgi z historiami osobistymi polskich AA. Można ją nabyć w miejscu spotkań wielu grup AA lub w

Biurze Służby Krajowej AA

Warszawa ul. Chmielna 20

tel. (0-22) 828-04-94!

f. Udostępnij pozycje literatury AA pijącemu alkoholikowi, polecając mu je jako lekturę interesującą i nad wyraz pożyteczną.

g. Użyj swoich wpływów w lokalnej społeczności, aby pomóc innym osobom nie będącym alkoholikami lepiej zrozumieć problemy i potrzeby alkoholików, jak również charakter pomocy Jakiej udziela AA.

h. Zwracaj się do AA w każdym przypadku, gdy tylko może okazać się pomocne.


Przygotowano na podstawie pdf "Speaking at Non - AA Meetings"





Gotowość


"Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim’"



,,Gotowość jest dla mnie czymś szczególnym, gdyż wydaje się, że osiągam ją na przestrzeni czasu; najpierw towarzyszy jej świadomość, a później lekkie uczucie dyskomfortu, które wywołuje we mnie chęć podjęcia jakiegoś działania''

Codzienne Refleksje str 281



- Czym jest dla mnie gotowość?



Jak mówić o AA poza AA


Do grup ANONIMOWYCH ALKOHOLIKÓW na całym świecie nadchodzi coraz więcej zaproszeń dla uczestników AA na spotkania poza Wspólnotą od organizacji, które pragną dowiedzieć się czegoś więcej o stosowanym w AA podejściu do alkoholizmu. Sytuacje te są powodem wielu wątpliwości:



- „Czy powinienem?",

- „Co mam powiedzieć?",

- „Jak o tym opowiedzieć?".



Czy w ogóle przyjmować zaproszenia na takie spotkania?



Każda grupa AA sama rozstrzyga, czy chce delegować swoich przedstawicieli na takie spotkania przyjmując jakąś ogólną zasadę bądź też podejmując decyzję w każdym konkretnym przypadku. Organizacja zapraszająca wskazuje niekiedy, że interesuje ją nie tyle AA jako takie, lecz przede wszystkim samo zjawisko alkoholizmu. Prośby takie grupa AA może przekazać do którejś z agencji zajmujących się szerszymi aspektami alkoholizmu. Jednak dla członka AA opowiadanie o AA i naszym programie zdrowienia na spotkaniach poza AA pozostaje w pełnej zgodności z Tradycjami AA, o ile tylko zachowane zostaną pewne proste środki ostrożności.



W wielu miejscach grupy AA uznają udział w Tego rodzaju spotkaniach za jeden z fundamentów sprawnego programu informowania społeczeństwa o AA. Uważają one, że stwarza to doskonałą okazję, by zademonstrować naszą gotowość do traktowania „naszych przyjaciół w przyjazny sposób", do uwzględniania w naszych działaniach informacyjnych roli AA w lokalnej społeczności, nade wszystko zaś - do niesienia posłania o naszym programie zdrowienia również poprzez osoby trzecie. Znaczna część tych, którzy obecnie wstępują do AA, znajduje do nas drogę dzięki wskazówkom ludzi dobrej woli nie będących alkoholikami - lekarzy, duchownych, prawników, pracowników socjalnych, pracodawców, związkowców, krewnych lub przyjaciół, którzy zetknęli się z informacjami życzliwie usposabiającymi do AA.



Kto jest uprawniony?



Dążąc do niesienia posłania AA za pośrednictwem osób trzecich poprzez występowanie na spotkaniach poza AA, członkowie AA przyjmują na siebie poważną odpowiedzialność. Otóż nawet jeśli będą pamiętali, aby wyjaśniać, że nie wypowiadają się w imieniu AA jako całości, wielu spośród odbiorców wyrobi sobie dobrą lub złą opinię o AA na podstawie tego, co usłyszy i jak to zostanie przekazane. Reakcja słuchaczy nie będących alkoholikami, decydująca w konsekwencji o tym, czy w przyszłości będą kierowali alkoholików do AA czy też nie, może któregoś dnia zaważyć na życiu lub śmierci alkoholika, który wciąż jeszcze cierpi.

Niezależnie od tego, jak poważne okoliczności wchodzą tu w grę, nie oznacza to, że odpowiedzialność tę mogą podejmować jedynie ci członkowie AA, którzy zostali do tych zadań specjalnie przeszkoleni, bądź też „wypróbowane autorytety". Jeśli tylko jakiś członek wspólnoty zachowuje trzeźwość w AA na tyle długo, że potrafi sensownie interpretować nasz program zdrowienia - Kroki, Tradycje i zadania służb - powinien wywiązać się z tego zadania z powodzeniem.



O czym mówić?



Występując na spotkaniach poza AA członkowie AA mogą wykorzystać ogrom wiadomości z własnego doświadczenia, z poznanego doświadczenia innych, a także z różnych broszur i innej literatury wydawanej przez

Fundację Biuro Służby Krajowej AA,

00-950 Warszawa I

skr. poczt. 243

tel. (022) 828-04-94.



Pozostaje tylko dokonać wyboru. Oto niektóre broszury i inne materiały rekomendowane jako pierwsze źródło informacji:

- „44 pytania" -„To jest AA"

- „Jak rozumieć anonimowość"

- „Informator o AA"

- „Jak AA współpracują z profesjonalistami?"







Czy powinienem opowiedzieć moją własną historię?



Członkowie AA mający doświadczenie w występowaniu przed publicznością złożoną z osób nie będących alkoholikami twierdzą, że osoby takie zwykle chcą raczej dowiedzieć się, co to jest AA, czym się zajmuje, jak oni sami mogliby współpracować z AA - a nie słuchać członka AA prezentującego swoją osobistą historię, jak na mityngu AA.

Z drugiej jednak strony doświadczenie wykazuje, że podczas takich spotkań dla zilustrowania takiej czy innej kwestii użyteczne bywa odwołanie się do jakichś konkretnych sytuacji z czasu własnego picia. Przytoczenie przykładów dowodzących, że alkoholizm ma charakter postępujący lub zrelacjonowanie swojego własnego przypadku może przydać wiarygodności całej twojej wypowiedzi.

Ile problemów uda ci się poruszyć - zależy od tego, ile czasu zaplanowano na twoje wystąpienie i czy przewidziano po nim czas na pytania i odpowiedzi.

Wybór tematów do omówienia w pewnym stopniu zależy także od charakteru publiczności, z jaką będziesz miał do czynienia. Na przykład przemawiając do grona lekarzy czy duchownych będziesz zapewne akcentował inne zagadnienia niż zwracając się do uczniów szkoły średniej.



Oto kilka sugestii, czego powinieneś się dowiedzieć na temat swojej publiczności:

Informacje ogólne

1. Czym się trudnią?

2. Jeśli są to członkowie jakiejś organizacji - czym zajmuje się ta organizacja i czym się kieruje w swych działaniach?

3. Jaki jest cel spotkania?

Informacje szczegółowe

1. Jakie są obecnie najważniejsze problemy tej organizacji?

2. Co wyróżniają spośród innych?

3. Czym szczycą się jej członkowie?

4. W jakim celu poproszono AA o wystąpienie?



Zachowajmy naszą pozycję amatorów



Występując na spotkaniach poza AA członkowie AA powinni uważać, aby utrzymać postawę amatorów. Nie powinni przyjmować roli ekspertów w dziedzinie medycznych, fizjologicznych czy psychologicznych aspektów alkoholizmu. Na spotkaniach tego rodzaju nie sposób jednak uniknąć pytań o alkoholizm wykraczających poza problematykę związaną z AA. Podchodząc do tej sprawy praktycznie, należy po prostu udzielać możliwie rozsądnych i niedogmatycznych odpowiedzi, które zaspokoją ciekawość pytających.



Występując przed grupami szczególnego rodzaju



Gdy przychodzi ci występować przed ściśle wyspecjalizowanymi grupami (takimi jak prawnicy, przedstawiciele organów ścigania, pracodawcy, lekarze itp.), możesz odwołać się do broszur przeznaczonych właśnie dla tego rodzaju odbiorców. Na przykład dla duchowieństwa - „Duchowni pytają o Wspólnotę Anonimowych Alkoholików"; (...). Do rozpowszechniania na takich spotkaniach przeznaczona jest również ulotka „Rzut oka na AA" czy „Artykuł Jacka Alexandra o AA"

Możesz poinformować słuchaczy, jak dotrzeć do tych broszur, albo też zaopatrzyć się w nie idąc na spotkanie. (...) Potrzebne materiały możesz nabyć w

Biurze Służby Krajowej AA,

00-950 Warszawa 1

skr. poczt. 243

ul. Chmielna 20,

tel./faks (0-22) 828-04-94



Przygotowano na podstawie pdf "Speaking at Non - AA Meetings"



Badanie stanu trzeźwości pracowników


Od 1 lipca 2011 r. pracodawcy dysponują nowym uprawnieniem. Jeśli ich pracownik zachowuje się w sposób wskazujący na spożycie alkoholu, mogą zażądać od niego poddania się badaniom stanu trzeźwości. Do tej pory inicjatywa poddania się takim badaniom mogła wyjść tylko ze strony pracownika.

Kierownik zakładu pracy lub osoba przez niego upoważniona mają obowiązek niedopuszczenia do pracy pracownika, jeżeli zachodzi uzasadnione podejrzenie, że stawił się on do pracy w stanie po użyciu alkoholu albo spożywał alkohol w czasie pracy. Okoliczności stanowiące podstawę decyzji powinny być podane pracownikowi do wiadomości (art. 17 ust. 3 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, (Dz. U. z 2007 r. Nr 70, poz. 473), dalej ustawa o wychowaniu w trzeźwości).

Podobnie wypowiedział się Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 11 kwietnia 2000 r. (I PKN 586/99, OSNP z 2001 r., Nr 18, poz. 556) stwierdzając, że pracownik, który stawił się do pracy w stanie nietrzeźwości, nie może wykonywać pracy. Stawienie się pracownika w miejscu wykonywania pracy w stanie nietrzeźwości wyklucza zarówno możliwość świadczenia przez niego pracy, jak też pozostawania w gotowości do jej świadczenia.

Do 1 lipca 2011 r. badanie stanu trzeźwości mogło być dokonane na żądanie pracownika podejrzanego o stawienie się do pracy w stanie po użyciu alkoholu albo spożywanie alkoholu w miejscu pracy. Pracodawca miał obowiązek zapewnić takiemu pracownikowi przeprowadzenie badania stanu trzeźwości.

Od 1 lipca 2011 r. pracodawcy mogą żądać od swoich pracowników podejrzanych o stawienie się do pracy w stanie po użyciu alkoholu albo spożywanie alkoholu w miejscu pracy poddania się badaniom stanu trzeźwości. 1 lipca 2011 r. wchodzą bowiem w życie przepisy ustawy z dnia 25 marca 2011 r. o ograniczaniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców (Dz. U. Nr 106, poz. 622). Na podstawie art. 5 wskazanej ustawy zmieniony zostaje przepis art. 17 ust. 3 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości. Zgodnie ze wskazanym przepisem na żądanie kierownika zakładu pracy, osoby przez niego upoważnionej, a także na żądanie pracownika podejrzanego o stawienie się do pracy w stanie nietrzeźwym, badanie stanu trzeźwości pracownika przeprowadza uprawniony organ powołany do ochrony porządku publicznego. Zabiegu pobrania krwi dokonuje fachowy pracownik służby zdrowia.

Badanie stanu trzeźwości pracownika odbywać się powinno zgodnie z przepisami rozporządzenia Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej z dnia 6 maja 1983 r. w sprawie warunków i sposobu wykonywania badań na zawartość alkoholu w organizmie (Dz. U. Nr 25, poz. 117).

Spożywanie alkoholu w miejscu pracy może stanowić podstawę rozwiązania stosunku pracy w trybie natychmiastowym (art. 52 § 1 pkt 1 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. - Kodeks pracy (tekst jedn.: Dz. U. z 1998 r. Nr 21, poz. 94, z późn. zm.) - dalej k.p). Zachowanie takie kwalifikowane jest od lat w orzecznictwie Sądu Najwyższego jako ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych. Przykładowo, w wyroku z dnia 5 listopada 1999 r. (I PKN 344/99, OSNP z 2001 r., Nr 6, poz. 190) Sąd Najwyższy stwierdził, że dla postawienia zarzutu ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych wskutek świadczenia pracy po użyciu alkoholu nie mają znaczenia okoliczności, które doprowadziły do spożywania alkoholu w czasie pracy przez pracownika, od którego rodzaj wykonywanych obowiązków pracowniczych wymagał bezwzględnego zachowania trzeźwości.

Z kolei w wyroku z dnia 23 lipca 1987 r. (I PRN 36/87) Sąd Najwyższy uznał, że wynikający z przepisów prawa oraz z zasad współżycia społecznego obowiązek pracownika zachowania trzeźwości w czasie pracy należy do podstawowych obowiązków pracownika i ciąży na pracowniku nie tylko wówczas, gdy wykonuje on pracę w siedzibie zakładu pracy, lecz także wtedy, gdy przebywa w jakimkolwiek innym miejscu w czasie przeznaczonym na wykonywanie pracy.

Obowiązek udowodnienia przyczyny rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia z winy pracownika obciąża pracodawcę (zob. np. wyrok SN z dnia 5 lutego 1998 r., I PKN 519/97, OSNP z 1999 r., Nr 2, poz. 48).

Do tej pory jednak większość pracodawców nie miała podstawy prawnej, aby domagać się od pracownika podejrzanego o stawienie się do pracy w stanie nietrzeźwym, czy spożywanie alkoholu w miejscu pracy poddania się badaniom na zawartość alkoholu we krwi. Zgodnie z dotychczasowym orzecznictwem Sądu Najwyższego inicjatywa co do wykonania badań stanu trzeźwości należała do pracownika, któremu pracodawca zarzucił naruszenie obowiązku trzeźwości (wyrok Sądu Najwyższego z 26 sierpnia 1999 r.; I PKN 241/99, OSNAP 2000/24/895). Odmowa poddania się badaniu przy użyciu probierza trzeźwości nie polepszała jednak sytuacji pracownika, a stanowiła jedną z okoliczności wymagających rozważenia - w oparciu m.in. o doświadczenie życiowe - na tle całokształtu konkretnego stanu faktycznego. W opinii Sądu Najwyższego z reguły trzeźwy pracownik nie miał jednak interesu w tym, by odmówić poddaniu się badaniom stanu trzeźwości (wyrok Sądu Najwyższego z 23 lipca 1987 r.; I PRN 36/87; OSNCP 1989, z. 2, poz. 32). W postępowaniu przed sądem pracy można było jednak powoływać wszelkie środki dowodowe w celu wykazania stanu nietrzeźwości pracownika, uzasadniającego niedopuszczenie go do pracy lub odsunięcie od wykonywania pracy i uprawniające pracodawcę do zastosowania innych przewidzianych prawem sankcji (zob. uchwała SN z dnia 14 grudnia 1978 r., V PZP 7/78, OSNCP z 1979 r. Nr 2, poz. 21).

Autor: dr Magdalena Rycak

kierownik studiów podyplomowych prawa pracy i ubezpieczeń społecznych na Uczelni Łazarskiego w Warszawie.

źródło: ABC a Wolters Kluwer business
dodajdo.com

Opór przed spotkaniem...


,,Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim’’



,,Kiedy patrzymy na listę naszych znajomych i przyjaciół których skrzywdziliśmy, możemy odczuwać pewien opór i onieśmielenie przed spotkaniem się na płaszczyźnie duchowej''

Anonimowi Alkoholicy str 66





Ulga w bólu


,,Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim’’



,,Krok Ósmy dostarcza mi sposobu na wybaczenie sobie. Sporządzenie listy osób, które skrzywdziłem, przynosi mi ulgę w wewnętrznym bólu. Dokonanie zadośćuczynienia uwalnia mnie od ciężaru winy i wstydu, przyczyniając się do uleczenia''

Codzienne Refleksje str 279



- Czy sporządzanie listy osób, które skrzywdziłem przynosi mi ulgę?



Kiedy kłamiemy lub oszukujemy...


"Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim"



,,Kiedy kłamiemy lub oszukujemy, pozbawiamy innych nie tylko dóbr materialnych, ale także poczucia bezpieczeństwa emocjonalnego i spokoju ducha''

12/12 str 81



- Dlaczego kłamałem, i oszukiwałem innych?



Krzywda


,,Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim’’



,,Warto też zastanowić się, co to właściwie znaczy, kiedy mówimy, że ,,skrzywdziliśmy'' kogoś. Jakiego rodzaju ,, krzywdy'' ludzie wyrządzają sobie nawzajem? Pojęcie ,,krzywda'' możemy praktycznie określić, jako takie zdarzenie instynktów, którego rezultat kaleczy ludzi, umysłowo lub duchowo''

12/12 str 81



- Jakiego rodzaju krzywdy najczęściej wyrządzałem innym?





"Byłem poniżej dna"
Krzysztof Jaryczewski dla Newsweeka


Piosenkarz, muzyk rockowy, były lider zespołu Oddział Zamknięty.

Gdybym dłużej pożył tak, jak żyłem, dołączyłbym do klubu, w którym teraz jest Amy Winehouse – mówi były lider zespołu Oddział Zamknięty Krzysztof
Jaryczewski.


Newsweek: Zdziwiła pana śmierć Amy Winehouse?
Krzysztof Jaryczewski: Niespecjalnie. Chociaż myślałem, że z tego wyjdzie. Parę osób już się w ten sposób pożegnało z tym światem.

Newsweek: Pan też tak mógł skończyć.
Krzysztof Jaryczewski: No, robiłem wszystko, żeby właśnie tak się stało. Tylko zakładałem, że dożyję do trzydziestki.

Newsweek: O, to długo. Dlaczego muzycy tak łatwo wpadają w nałogi?
Krzysztof Jaryczewski: Słyszałem, że szewcy, hydraulicy, biznesmeni i dziennikarze też.

Newsweek: W narkotykowe?
Krzysztof Jaryczewski: A, o tym pani myśli? Chociaż coraz więcej naukowców mówi, że alkohol to narkotyk, bo działa na te same receptory, są prawie te same mechanizmy uzależnienia. To tylko kwestia substancji. Często narkomani przestają brać i zaczynają pić albo odwrotnie. Podobno – jak to określił Wiktor Osiatyński – to jest skaza pierwotna, na osobowości, na charakterze. Polega ona na tym, że się kompulsywnie robi różne rzeczy. Myślę, że uzależnienie to cecha umysłu powodująca, że się chce sięgać nawet nie dna, tylko spodu, włazić pod ten spód.

Newsweek: I pan właził?
Krzysztof Jaryczewski: Właziłem. Pamiętam, że kiedy zaczynałem pić, a miałem wtedy ze 14 lat, to nie było stop. Piłem do końca, do spodu właśnie. Początkowo wszystko wygląda niewinnie, bo to są tak zwane urwane filmy, mniejsze lub większe zatrucia.

Newsweek: I młodym ludziom w szkołach mówi pan, że początki są niewinne, że od kilku piwek się nie uzależnią?
Krzysztof Jaryczewski: Przecież taka jest prawda. Dodaję też zawsze, że alkohol może się spodobać, działka dragów też i można przepaść.

Newsweek: Panu się spodobało?
Krzysztof Jaryczewski: Pamiętam pierwszą alpagę wypitą z kumplami. Po wszystkim jechałem windą z taką babą, sąsiadką jakąś, której po prostu nie trawiłem. A po tej alpadze wydała mi się niezwykle sympatyczną kobietą. Nawet do niej zagadałem. Cieszyłem się, że znalazłem skuteczne lekarstwo na swoje blokady, nieśmiałość, stany depresyjne.

Newsweek: Alkohol lekarstwem dla nastolatka na stany depresyjne?
Krzysztof Jaryczewski: Miałem swoje smuteczki i zacząłem je znieczulać. Pytała pani o środowisko muzyczne, dlaczego muzycy tak łatwo wpadają w nałogi. Jeśli mają konstrukcję psychiczną podobną do mojej, to znaczy, że są wrażliwcami. To ludzie często nieśmiali, nieradzący sobie z popularnością. Nie znałem Amy Winehouse, ale wydaje mi się, że była nadwrażliwa, a przy tym bardzo zdolna. I dlatego sięgała po różne rzeczy. Tak mają ludzie, którym wydaje się, że nie pasują do tego świata, że są z innej bajki.

Newsweek: A pan z jakiej jest bajki?
Krzysztof Jaryczewski: Kosmicznej. Z kosmosu jestem po prostu. Już jako dzieciak miałem takie wrażenie. Czułem, że nie pasuję, że ktoś mnie moim rodzicom podrzucił. Miałem wrażenie, że jestem za szybą i żeby nie zwariować z tej samotności, przełamać lęk przed innymi, zwłaszcza przed kobietami, nie mówiąc już o publicznych występach, piłem, a potem brałem. Pamiętam, jak mój starszy brat, który również jest muzykiem, a który widział, co się dzieje w Oddziale Zamkniętym (zawsze na scenę wychodziłem pod wpływem używek), powiedział: „Uważaj, bo kiedyś bez tego nie wyjdziesz na scenę”.

Newsweek: Olał pan te słowa oczywiście?
Krzysztof Jaryczewski: Oczywiście. Poza tym, co to znaczy: kiedyś? Jakie kiedyś? Nie planowałem dłuższego życia niż do trzydziestki. A kiedy zobaczyłem serial „Czterdziestolatek”, utwierdziłem się w tym przekonaniu. Poza tym wychodziłem z założenia, że w życiu wszystkiego trzeba spróbować. I nie mówię tylko o substancjach. Na scenę wychodziłem pijany albo naćpany, a podczas koncertu za wzmacniaczem zawsze stała flaszka, bo przecież musiałem podtrzymać ten stan.

Newsweek: Winehouse na ostatnim koncercie, w czerwcu, była kompletnie pijana, nie panowała nad sobą, nad tym, co śpiewa. Panu też się to zdarzało?
Krzysztof Jaryczewski: Pamiętam jak przez mgłę koncert na zamku w Malborku, bodajże w 1983 roku. Po pięciu czy sześciu numerach padłem na pysk na scenę. Nie mogłem się ruszyć, choć nie straciłem przytomności. Koncert przerwano. Później koledzy z zespołu zawsze mieli nerwy, bo nie wiedzieli, czy dam radę dociągnąć koncert do końca. Może myślałem, że publiczność i tak zna wszystkie piosenki na pamięć, więc ja na tej scenie jestem zbędny (śmiech). Pierwszą płytę wydaliśmy w 1984 roku, a i tak dwa lata wcześniej ludzie znali cały nasz repertuar. Nagrywali na grundigi koncerty, potem przegrywali jedni od drugich i się kręciło.

Newsweek: Koledzy z zespołu pilnowali pana, zakazywali chlania, dragów?
Krzysztof Jaryczewski: Przecież ja byłem dyktatorem. Nikt nie śmiał podskoczyć. Gdyby menedżer zwrócił mi uwagę, pewnie bym go zwolnił. Na pewno byłem potworem.

Newsweek: Odetchnęli z ulgą, kiedy dwa lata później stracił pan głos?
Krzysztof Jaryczewski: W pewnym sensie tak, zwłaszcza Wojtek Pogorzelski. Potem parę lat się zbierał, ale reaktywował Oddział. A mnie ta akcja z utratą głosu, z chorobami, paradoksalnie uratowała życie. Miałem 25 lat i jeśli jeszcze ze dwa lata pograłbym z Odziałem i tak pożył, to jak nic dołączyłbym do klubu, w którym teraz jest Amy.

Newsweek: Ale nie przestał pan używać alkoholu i narkotyków?
Krzysztof Jaryczewski: Jasne, że nie przestałem. Ale trochę ograniczyłem. Przynajmniej na początku. Nie wiedziałem tylko, że choroba przeciągnie się na 15 czy 16 lat. Myślałem, że przez rok czy dwa odpocznę sobie od Oddziału Zamkniętego, a potem wrócę i uwaga: wszystkim wam, kurwa, jeszcze pokażę, co potrafię!

Newsweek: Miał pan odłożone pieniądze?
Krzysztof Jaryczewski: Kasa do odpoczynku nie jest aż taka potrzebna. Poza tym umiałem zarobić w inny sposób – hazardowo grałem w karty. To był mój kolejny nałóg. Chodziłem też na wyścigi konne. A jak nie miałem na picie i dragi, to na przykład zastawiłem naszą Złotą Płytę na jakiejś mecie. Dostałem za nią dwie flaszki. Manipulowałem ludźmi i robiłem wszystko, żeby zdobyć substancje, od których byłem uzależniony. Nawet w stosunku do mamy posunąłem się do szantażu, że sobie życie odbiorę, jeśli nie da mi pieniędzy. Miałem oczywiście przebłyski, żeby leczyć gardło, bo przecież nie mogłem mówić, szeptałem ledwie.

Newsweek: Dotarł pan do lekarza?
Krzysztof Jaryczewski: Szedłem kilkanaście lat. Przecież trzeba się umówić, potem na tę wizytę dotrzeć i być w miarę trzeźwym, bo lekarz musiałby w gardło zajrzeć, wywiad zrobić. To było dla mnie niewykonalne. Oczywiście trafiałem na odtrucia, detoksy, w sumie pewnie z dziesięć razy. Kiedyś nawet leżałem w szpitalu po jakiejś bójce. Do lekarza od gardła dotarłem w 1999 roku, po 14 latach od utraty głosu.

Newsweek: I przez ten czas nie było przy panu nikogo, kto chciałby panu pomóc?
Krzysztof Jaryczewski: Było wielu. Ale najpierw taką pomoc trzeba chcieć przyjąć. A ja nie chciałem. Miałem zawsze swoje koncepcje, nie wyobrażałem sobie, że pójdę do psychologa i powiem mu, że coś ze mną nie tak, że nie potrafię sobie ze sobą poradzić, że poniosłem porażkę. Nawet najbliższa osoba, czyli żona, nie potrafiła mi pomóc, mimo że jest terapeutką, a pracę magisterską pisała z 12 kroków anonimowych alkoholików. Dopiero kiedy chciała odejść, zacząłem
się leczyć.

Newsweek: Zaszantażowała pana?
Krzysztof Jaryczewski: Nie. Myślę, że naprawdę chciała odejść. Wówczas miałem rzeczywiście długi ciąg alkoholowo-narkotykowy. Żona przyszła z pracy i znalazła mnie bez oznak życia. Wezwała pogotowie, które odwiozło mnie do szpitala, gdzie mnie kilka dni ratowano, a potem przez dwa miesiące odtruwano z tej całej chemii. Przez ten czas nikt ze znajomych mnie nie odwiedził. Na koniec przyszła moja żona i powiedziała, że jest już spakowana, że odchodzi, wyjeżdża, że się poddała. A wcześniej chyba miała misję, żeby Jaryczewskiego wyciągnąć z tarapatów.

Newsweek: Jest jakaś pana zasługa w tym, że jest pan teraz trzeźwym człowiekiem?
Krzysztof Jaryczewski: Największa jest zasługa strachu. Miałem paniczny lęk przed samotnością. I pewnie ten lęk nazywałem miłością. Wszystko było mało związane z rzeczywistością. Przecież przyszłą żonę poznałem, kiedy byłem nietrzeźwy. Brałem ślub, kiedy byłem nietrzeźwy. Zresztą wszystkie trzy śluby brałem
po pijaku albo po dragach. Dopiero po wielu latach, po długiej terapii nauczyłem się żyć bez alkoholu, marihuany, chemii, środków uspokajających.

Newsweek: Na znane wszystkim pytanie: „Stary, ze mną się nie napijesz?” – co pan dziś odpowiada?
Krzysztof Jaryczewski: Że się nie napiję. Bez tłumaczenia. Nauczyłem się odmawiać.

Newsweek: Robi pan prywatki?
Krzysztof Jaryczewski: Tak, ale zapraszam ludzi, którzy wiedzą, że u mnie się nie pije, nie pali. Staram się być ostrożny, ale często gram w klubach, do których ludzie przychodzą wiadomo po co. Po koncercie nie siedzę, nie chłonę atmosfery, bo wiem, że to wciąż niebezpieczne. Pewnie zawsze będzie niebezpieczne. W głowie uaktywnia się ten wirus nałogu nawet pod wpływem odpowiedniej atmosfery. A dzisiaj alkohol by mi w niczym nie pomógł.

Newsweek: Z perspektywy 51 lat żałuje pan tego, co robił sobie przez ponad dwie dekady?
Krzysztof Jaryczewski: Miałem taką fazę. Nie mogłem sobie dać rady ze stratą czasu, który przepiłem, przećpałem. Nie umiałem tego przerobić na tych wszystkich terapiach. Chociaż z drugiej strony wiem, że wtedy też się zdarzyło wiele fajnych rzeczy.

Newsweek: Na przykład wtedy, gdy fani zablokowali ulicę Nowy Świat, bo chcieli, żeby Oddział Zamknięty podpisał im płytę. To było w 1984 roku.
Krzysztof Jaryczewski: Na przykład. A wie pani, że te tłumy i nas w tych tłumach zarejestrowała wtedy telewizja austriacka? Dobrze, że mogę to teraz na trzeźwo obejrzeć, bo wtedy nie bardzo kontaktowałem. Oczywiście teraz śmieję się z różnych sytuacji, demolek w hotelach, jeżdżenia na froterkach, rzucania galaretą w tresowane pudelki dające występ dla gości jakiegoś nocnego dancingu… Z drugiej strony to było żałosne.

Newsweek: Byliście porównywani do Rolling Stonesów…
Krzysztof Jaryczewski: Tak, tak. Tylko Mick Jagger dziś skończył 68 lat i świetnie się trzyma. Choć ćpał i pił. Ja też chciałem tak jak on: trasa, koncerty, panienki, alkohol i dragi. Kiedyś było sex, drugs & rock’n’roll, a teraz jest love, pax i rock’n’roll.

Newsweek: Wszystkiego pan spróbował?
Krzysztof Jaryczewski: Amfetaminy nie próbowałem. Ale brałem kokainę, a to ma podobne działanie. Marihuanę zapaliłem pierwszy raz w klubie Remont, jeszcze w liceum. I dostałem tak w dekiel, że nie wiedziałem, jak się nazywam. To był paniczny napad lęku. Wielu ludzi to odstrasza i więcej nie palą. Ja się jednak nie wystraszyłem. Znalazłem niedawno kalendarzyk kieszonkowy z czasów liceum, w którym zaznaczałem krzyżykami dni, kiedy jestem trzeźwy. I tylko raz zdarzyło się, że dziesięć dni z rzędu nie piłem, nie paliłem, nie wąchałem.

Newsweek: Czyli już wtedy pan wiedział, że coś jest nie tak, że to jest niebezpieczne?
Krzysztof Jaryczewski: Przecież głupi nie jestem. Czułem, że piję nienormalnie i gdzieś intuicyjnie – bo wiedzy na ten temat nie miałem prawie żadnej – wiedziałem, że to mnie niszczy. A mimo to brnąłem w to.

Newsweek: To była potrzeba autodestrukcji?
Krzysztof Jaryczewski: Ale i intensywności przeżyć. Trawę, samosieję głównie, a trzeba było pół worka wypalić, żeby coś zakręciło, paliłem pewnie codziennie. Odurzałem się różnymi rzeczami: lekami nasercowymi, kodeiną, lekiem na padaczkę, strasznym halucynogenem, po którym widziałem swoje poodcinane ręce i nogi – ale to jeszcze w liceum. Kiedyś postanowiłem uciec na wieś, odpocząć od tego rockandrollowego życia, od tego grania po dwa, trzy koncerty dziennie, i uciekłem do znajomego do Przysieki w okolicach Jeleniej Góry. Jednak nie na długo, bo okazało się, że znajomy zajmuje się tam hurtową produkcją kompotu i zaopatruje narkomanów chyba z całego regionu dolnośląskiego (śmiech). Na gazie stały takie wielkie gary, gdzie towar się gotował, a co chwila dowożono susz. I jak ja miałem się wyciszyć, uspokoić, oczyścić trochę? Jeszcze któregoś dnia kolega powiedział, że idziemy na grzyby i w swojej naiwności byłem przekonany, że naprawdę wybieramy się do lasu. Okazało się, że zaserwował mi grzybki halucynogenne. Chodziłem po tym na uszach.

Newsweek: I teraz ma pan prawo mówić ludziom, że narkotyki są złe, żeby nie brali?
Krzysztof Jaryczewski: Nie mam zapędów misyjnych. Mnie, kiedy byłem dzieciakiem, nikt nie powiedział paru prostych rzeczy, tylko serwowano mi jakieś komunały, farmazony, przy tym traktowano mnie jak dziecko. A człowieka, który ma 15-16 lat, trzeba traktować jak dorosłego, jak partnera i mówić do niego otwartym tekstem. Pamiętam, jak w drugiej klasie liceum przysłano do nas młodą panią psycholog, która mówiła o szkodliwości alkoholu. To był śmiech na sali. Wtedy prawie cała klasa co sobota imprezowała i piła. A rodzice nie rozmawiali, tylko nakazywali albo zakazywali. Jak miałem wierzyć ojcu, który był sportowcem, a wypalał półtorej paczki papierosów dziennie i zakazywał mi palić. Przyzna pani, że był mało wiarygodny.

Newsweek: A pan jak mówi do młodych ludzi?
Krzysztof Jaryczewski: Przede wszystkim, że ich życie to ich wybór. Tłumaczę, że jak zaczną pić, ćpać, to nie mogą mieć do nikogo pretensji, kiedy wylądują na detoksie, a rodzina się od nich odwróci. Staram się nie mówić o sobie, choć jak pytają, to nie mam tajemnic. Pytam ich, jaki mają stosunek do siebie, czy uważają, że są dla siebie kimś ważnym, czy też mają w dupie to, co się z nimi stanie. No i tak sobie gadamy. Czasem godzinami. Pytam też te dziewczyny i chłopaków, czy potrafią stanąć przed lustrem, spojrzeć sobie głęboko w oczy i bez ironii, bez śmiechu żadnego powiedzieć: kocham siebie.

Newsweek: Pan potrafi?
Krzysztof Jaryczewski: Od kilku lat. Ale łatwo nie było. Nie zajmuję się leczeniem uzależnień, bo do tego trzeba być specjalistą. A w Polsce jest bardzo wielu pseudoterapeutów. U nas wystarczy skończyć krótki kurs i już się jest terapeutą. Znam też na szczęście wielu profesjonalistów. Po
13 latach w trzeźwości umiem odróżnić amatorów od mistrzów w swoim fachu.

Newsweek: Kiedyś pan śpiewał: „Zróbmy więc prywatkę, jakiej nie przeżył nikt. Niech sąsiedzi walą, walą, walą do drzwi” albo „Świat w kolorach daje mi. Ja i ona już na zawsze. Andzia”. I to ostatnie to była pochwała gandzi, czyli marihuany?
Krzysztof Jaryczewski: To była opowieść o niej.

Newsweek: Zachęcał pan do brania?
Krzysztof Jaryczewski: Ależ ja i teraz nikomu nie zakazuję. Niech ludzie robią, co chcą. Moim celem jest, by jak najwięcej z nich wiedziało, jakie są tego konsekwencje.

Newsweek: Amy Winehouse śpiewała, że mówią jej, by poszła na odwyk, a ona na to: nie, nie, nie.
Krzysztof Jaryczewski: I co, myśli pani, że tą piosenką namówiła wielu uzależnionych, by nie poszli na odwyk, a ja zalecałem, by pić i palić gandzię?

Newsweek: Właśnie tak myślę.
Krzysztof Jaryczewski: Jeśli tak było, to nie wprost. Amy nie śpiewała: nie idź na odwyk. A ja nie śpiewałem: zajaraj.

Newsweek: Dalej pan śpiewa „Prywatkę” i „Andzię” na koncertach?
Krzysztof Jaryczewski: Oczywiście. Ale może te moje programy antynarkotykowe, te spotkania z młodzieżą, to jest jakaś forma zadośćuczynienia. Na przestrzeni paru lat trochę młodzieży już się przewinęło przez moje spotkania. Na pewno to idzie w tysiące.

Newsweek: Bierze pan za to pieniądze?
Krzysztof Jaryczewski: Biorę. Wydaje mi się, że finansowane jest to z gminnych bądź miejskich pieniędzy. Gram też młodym na gitarze. Trochę śpiewam starych i nowych piosenek.

Newsweek: Czyli wychowuje pan sobie fanów?
Krzysztof Jaryczewski: Mnie się wydaję, że to służy temu, żeby klimat wprowadzić (śmiech). Często śpiewam „Obudź się”, „Andzię” i oni znają te piosenki. Ba, nawet mają płyty Oddziału Zamkniętego, często od rodziców. Poza tym ja teraz sporo gram – mam dwa zespoły: Exces i Jary Band. Młodzi przychodzą i śpiewają ze mną. Wydaje mi się, że piosenki się nie zestarzały.

Newsweek: A pan?
Krzysztof Jaryczewski: A ja mam wrażenie, że właśnie dorastam. We wrześniu z Jary Band wydaję płytę „Trudno powiedzieć” i mam nadzieję, że ludzie też będą ze mną śpiewać nowe piosenki.

Newsweek: Myśli pan, że 13 lat temu dostał pan nowe życie?
Krzysztof Jaryczewski: Gdybym wtedy nie przestał, dzisiaj bym nie żył. Na szczęście przestraszyłem się śmierci. Wcześniej bałem się, że zwariuję i zamkną mnie do końca życia w szpitalu psychiatrycznym. Zacząłem pytać, co zrobić, żeby nie umrzeć. Zadziwiające jest, ile ciało ludzkie może znieść. Przecież poddawałem je tak strasznym katuszom. Po latach spotkałem Zbyszka Hołdysa i obydwaj mieliśmy refleksję, że było duże prawdopodobieństwo śmierci. On też niezbyt łaskawie obchodził się ze swoim ciałem. Dorosłość zawsze kojarzyła mi się z odpowiedzialnością, z odważnym podejmowaniem decyzji, a ja do 1998 roku naprawdę nie byłem odpowiedzialny.

Newsweek: A teraz nawet nie pali pan papierosów?
Krzysztof Jaryczewski: Od ośmiu lat. A nagromadzone toksyny wyrzucam w saunie. Sam zbudowałem tę saunę w ogrodzie i jestem z tego bardzo dumny. Staram się żyć zdrowo.

Newsweek: Ortodoksyjnie?
Krzysztof Jaryczewski: Nie, bez przesady. Colę czasami wypiję.

źródło: Newsweek

dodajdo.com